Serce czasem odchodzi od zmysłów, szczególnie wtedy gdy Rozum głupieje.
Bywają chwile by do tego żeby człowiek poczuł się bezpiecznie wystarczy niewiele. Jedno słowo, muśnięcie ręki, znak, że ktoś bliski pamięta...
Kolejne księżycowe dni rozpoczęły się dzisiaj tak jak i cyklicznie chwile, gdy moje poczucie bezpieczeństwa topniało z każdą sekundą.
Mam poważne problemy z poczuciem narzucania się i proszeniem o pomoc. Prawda jest taka, że dzisiaj czuję się jak wrak i to wcale mi nie pomaga wziąć się w garść. Dzisiaj wróciły durne myśli, że z niczym nie daję sobie rady i wszystko mi się wymyka.
Poranna niezapowiedziana wizyta mamy i jej przebieg wyprowadziły mnie z równowagi na resztę dnia. Znów wszystko we mnie uderza ze zdwojoną siłą. Im bardziej się staram zachować pokerową twarz i siłę, tym słabsza się czuję. Jakby wszystkie moje starania wysysały ze mnie resztkę godności. Nienawidzę tego poczucia bezsilności więc z rosnącą złością patrzę na siebie samą.
W rzeczywistości wystarczyłby jeden gest... W głębi serca pragnęłam dzisiaj żeby po prostu ktoś mnie bez słowa przytulił. Po prostu przez minutę potrzymał w ramionach. Wiem, ze ktoś by się znalazł gdybym tylko poprosiła... Problem polega na tym, że i tak mam wrażenie że proszę wszystkich o zbyt wiele i to rodzi frustrację.
Czuję się jak rozbity wazon, który trzyma się w całości jedynie siłą przyzwyczajenia.
W piątek sprawa rozwodowa. Na samą myśl brakuje mi oddechu ze zdenerwowania. Nie umiem nawet wytłumaczyć dlaczego. Z jednej strony jestem zdeterminowana i wiem, że tego chcę. Z drugiej wiem, ze będę musiała przekreślić i zakończyć rozdział zawierający kawał mojego życia. Kawał, który zawierał też pełne uśmiechu chwile i nie był całkowicie żałosny. Nie jestem pozbawioną emocji suką, która z uśmiechem na twarzy pociąga za spust pistoletu celującego w głowę uroczej staruszki z sąsiedztwa. To jest trudne. Cholernie trudne. Spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy i przy tych wszystkich urzednikach powiedzieć: "Nie kocham Cię". To upokarzające i poniżające. Dla obu stron. Rozwody małżęństw bezdzietnych powinno się przeprowadzać w gronie trzech osób: dwójki zainteresowanych i sędziego. Bez ławników i przypadkowych gapiów. Bez przesłuchań. Co kogo obchodzi czy ktoś gdy zawierał małżeństwo dojrzał do niego czy też nie. Gdy dwójka ludzi dzieli mająek między siebie i postanawia się rozstać to nie powinno się im tego utrudniać. Jak dojdą do wniosku, ze się pomylili to się zejdą. Proste. Dziecinnie...
Będę musiała spojrzęć K. w oczy i powiedzieć: "Nie kocham Cię już." Trudno to powiedzieć bez emocji komuś, kto podobno nadal coś do nas czuje.
Najbardziej chyba upokarza i boli mnie fakt właśnie tego rzekomego uczucia z jego strony, a raczej to że mimo uczuć nie próbował o mnie zawalczyc. Głupie prawda? Czy ja wiem... Już dawno uznałam, że nie byłam warta w jego oczach tego by w jakikolwiek sposób próbował naprawić to co między nami się psuło. Ja się po prostu poddałam pewnego dnia i zobojętniałam. On starannie unikał zauważenia problemu. A teraz nadal chce być częścią mojego zycia jako przyjaciel... To nie wyjdzie.
Najbardziej męczy mnie myśl, ze może rzeczywiście nie jestem warta tego by o mnie walczyć i próbować mnie zatrzymać. Kilka lat temu uznałam, ze jestem niewystarczająco dobra dla K. skoro każda moja próba motywacji kończyła się porażką. Pojawił się S. i zaczęłam odzyskiwać siebie i wiarę w to, ze jednak jestem w porządku. A potem nadszedł październik i listopad... W ciagu tych dwóch miesięcy dostałam obuchem w głowę i znów wkradła się do mojej głowy myśl... "Niewystarczająca..." Irracjonalne i głupie. Idiotyzm. Wyrwałam to z siebie ale chyba zostawiło gdzieś cierń i czasem zatruwa mi umysł. Stąd brak poczucia bezpieczeństwa. I strach, że historia się powtórzy, ze znów okażę się niewarta tego by w razie potrzeby o mnie zawalczyć. I że znów ktos sobie mnie odpuści.
Ja wiem, ze działam zbyt emocjonalnie. Pracuję nad tym. Ale do cholery potrzebuję w tej pracy pomocy. Chociażby głupiego smsa w ciągu dnia ze słowem "dzień dobry". Czasem potrzebuję dostac kwiatek bez okazji.. Choćby i zerwany z krzaka w ogródku. Albo kubka herbaty podanego gdy czuję się jak potrącona przez tira. Ale potrzebuję tego bez moich próśb. Tylko z potrzeby serca...Czy ja naprawdę mam tak niewiele z siebie do zaoferowania, żeby nie zasłuzyć na takie drobne gesty?
Całe życie daję. Nie oczekuję tego, ze w zamian ktoś będzie mi dawał równie wiele. Każdy człowiek jest inny, każdy ma inne potrzeby. Mnie cieszy i sprawia przyjemność dawanie i udzielanie wsparcia. Naprawdę cieszy mnie świadomość że komuś pomogłam. Dla samego jego uśmiechu. Tylko czasem przychodzą dni kiedy mi potrzeba małego gestu świadczącego o tym, ze nie jestem sama, że jestem warta tego by przez chwilę się zatrzymać i poświęcić minutę na potrzymanie mnie za rękę.
Dzisiaj pełno we mnie żalu. To wpływ księżycowych dni. To pewne.
Jestem idiotką. Recydywistką do tego.
Niereformowalnie głupią kobietą, która uważa w takich dniach za upokarzające powiedzenie komuś: "Potrzebuję Cię dzisiaj. Posiedzisz przy mnie chwilę?"
Z niereformowalnym kretynizmem ciągle łudzę się, że któregoś dnia ktoś zrobi to sam. Z potrzeby serca. Zapominam tylko, że powinnam mu to umożliwić wychylając się chociaż zza tegomuru, za który uciekam. Ze strachu. Strach nie jest potrzebą serca...
środa, 23 lutego 2011
niedziela, 20 lutego 2011
Warto pamiętać....
Bywają momenty gdy wszystko wali się nam na łeb, grunt ucieka spod nóg a nadwątlona wiara i nadszarpnięte zaufanie drżą jak galareta. Wtedy warto mieć coś pewnego. Warto pamiętać, że jest Ktoś.
Nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia, a Ten na górze kocha nas bezwarunkowo. Cokolwiek się dzieje, cokolwiek zrobimy, gdziekolwiek pójdziemy.
Tylko dlaczego nam ludziom tak łatwo przychodzi zapominać?
Zapominamy o krzywdach i przykrościach wyrządzanych bliźniemu. Zapominamy o telefonie do rodziny. Zapominamy mówić "Kocham"... A potem nagle okazuje się być za późno. Ile takich "Zapomniałem", "Nie zdążyłem" doświadczyliśmy w naszym życiu.
Potwierdziło się to co już wiedziałam. Córka Wujaszka zmarła. Razem z S. obstawialiśmy wypadek samochodowy, okazało się że to tętniak. Przyczyna nieważna, ważne jest samopoczucie Wujaszka. A staruszek się trzyma niesamowicie. Jestem pełna podziwu. Tyle w nim wiary, tyle miłości i ufności... Tyle mądrości i ciepła.... Jest mi wstyd. Jest mi tak cholernie wstyd za siebie samą. Za brak niezłomności, za zmęczenie, za zwątpienie, za strach, za narzekanie na niesiony przeze mnie krzyż... Za zapominanie...
Dzisiaj juz wiem, że ból w klatce nie był mój. Po prostu zadziałałam jak bufor i ściągnęłam na siebie jego ból. Dzięki temu się nie rozsypał. To dziwna świadomość, ból realny, ale ufam, ze nic mi nie będzie. Nie wiedziałam, ze jestem jak gąbka.
Tęsknię.
Minęło tylko kilka godzin...
Kocica nie chce zejść mi z łóżka.
Wtulam nos w poduszkę...
Dziwnie cicho...
Ufam...
Nadal czuję niepokój...
Nadal ufam...
Pamiętam każdą chwilę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
