Planu nadal brak, w głowie pustka, a serce niemal z piersi wyskoczy. Rozum obrażony postanowił nas wszystkich zbojkotować, ale niepomni tego popadamy w stan nirwany absolutnej słuchając Koprucha
Serce odstawia taniec czy jakkolwiek by to coś zwać. Głupia zdzira zachowuje się jakby była non stop pijana. Nie ogarniam jej. Zaczynam pojmować zachowanie Rozumu, który mamrocze pod nosem sensowne argumenty. Zadziwiająco ich dużo. Dzisiaj doszły kolejne. Słucham go sobie z butelką Acodinu na kaszel. Zapalenie gardła ze mną nie wygra. Popijam małymi łyczkami ziołowy syrop i wystawiam głowę na gromki głos Rozumu. Jego argumenty trudno zbyć i podważyć. Przemyślane, logiczne, rozsądne...
Kiwam głową ze zrozumieniem. Naprawdę trudno Rozumowi odmówić słuszności. Serce jak szalona pląsa wokół nas, kompletnie nie zwracając uwagi na logikę. Powtarza ciągle te same słowa...
Idiotka.
Kiwam z politowaniem głową, lecz ona wyzywa mnie od tchórzy. Ma rację.
Nie wiem co robić.
wtorek, 31 sierpnia 2010
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Wind of change...
I się porobiło...
Podjęłam decyzję i teraz się z niej nie wycofam. nie wiem czy dobrze robię, ale jeżeli nie podtrzymam jej to będzie kanał.
Wyprowadzam się.
Od połowy września zmieniam adres. Muszę stanąć na nogi i złapać równowagę.
Nie będzie łatwo, ale przecież nie będę sama.
Nie wiem co będzie. Moje życie się skomplikowało ostatnio dość gwałtownie. Zostałam zaskoczona pewnymi słowy. To znaczy część mnie jest szczęśliwa, pozostała zaś czuje się przerażona.
Pierwszy raz w życiu nie mam żadnego planu...
Podjęłam decyzję i teraz się z niej nie wycofam. nie wiem czy dobrze robię, ale jeżeli nie podtrzymam jej to będzie kanał.
Wyprowadzam się.
Od połowy września zmieniam adres. Muszę stanąć na nogi i złapać równowagę.
Nie będzie łatwo, ale przecież nie będę sama.
Nie wiem co będzie. Moje życie się skomplikowało ostatnio dość gwałtownie. Zostałam zaskoczona pewnymi słowy. To znaczy część mnie jest szczęśliwa, pozostała zaś czuje się przerażona.
Pierwszy raz w życiu nie mam żadnego planu...
wtorek, 24 sierpnia 2010
Does the pain weigh the pride...?
One, 21 guns...
Może powinnam napisać: one, 21 shots...
Urżnęłam się z Sercem w przysłowiowe "trzy dupy"
Pierwszy raz w życiu.
Wiele głupstw narobiłam i wszystkie one przyszły do mnie dzisiaj, jak sobie Serce rozcinało arterie.
Ciężko biedaczce przyszło zaakceptowanie, że znaczy w sumie tak niewiele.. Rozum spieprzył gdzieś przy Serca 5 hauście. Serce wtedy zaczęło śpiewać. Pięknie wyśpiewało wszystkie bolączki, wszystko to co ją gryzło i bolało od kilku lat. A potem złapała za herbatnik i rozorała sobie arterie. Patrzyliśmy z Rozumem jak się wykrwawiała. On z przerastającym go przerażeniem, ja z dziwaczną fascynacją. Agonia bywa niezmiernie pouczająca.
Nie lubię gdy się mnie okłamuje, nie znoszę gdy się mnie ignoruje i nie cierpię gdy się nade mną lituje.
Łukasz wyłączył mi telefon. Zabrał i wyłączył. A potem Serce urżnięte na amen, słabym głosem od nadchodzącej nicości wyszeptało to, co boli mnie. Miałam ochotę ją zabić, ale nie kopie się leżącego, prawda? Chociaż nikt na to nie zwraca uwagi jeżeli chodzi o mnie. Tylko ja mam jakieś takie popierdolone obiekcje....
Za dużo myślenia, jak zwykle. Powodów mogło być tysiące ale ja musiałam wybrać oczywiście najczarniejszy scenariusz.
Esh...
W zeszłym tygodniu minął miesiąc od czasu, gdy pochowaliśmy dziadka. Nikt nie pamiętał... Dzisiaj to do mnie dotarło, że poza mną nikt nie był zapalić świeczki... Zatęskniłam za kochaną.
Ostatnie dni były próbą sił i nie wyszłam z nich najlepiej. Zbyt wiele wzięłam do siebie i na siebie. Część tego powinnam odpuścić, ale nie umiem. Cholerny altruizm! Pieprzona niewidzialna ręka! Dziadowskie motto: Lepiej cierpieć samemu niż na cierpienie innych patrzeć... Co ja Konrad jestem, który za miliony cierpiał?!
Kudłaty się na mnie wkurzył. Piłam, a ja nie piję bez powodu. True... Nie chciałam powiedzieć dlaczego piłam. W zasadzie nie piłabym gdybym tylko mogła z nim porozmawiać. Wtedy nie dałabym się wciągnąć w te porąbane rozterki Serca. On się na mnie wściekł za to, że nie chciałam mu powiedzieć. Przykro mu. Mnie też. Mnie też było przykro, bo czekałam na telefon. Był zajęty. Tak bywa.
A teraz poszedł... I też jest zajęty. Ok. Też bywa. Powinnam życzyć miłej gry, chyba. Przyzwyczajam się. Serce już mi się nie buntuje bo dogorywa pod stopą. Nadepnęłam na nie niechcący...
Dołożył swój gwoździk do trumienki. Im ich więcej tym lepiej. Będę miała pewność, że to co w niej zamknę nie wstanie, nie wyjdzie i nie wyrwie mi resztek godności w nocy gdy śpię. Albo gdy spać nie mogę.
Nie umiem podejmować decyzji ostatecznych od ręki. Muszę wiele przemyśleć i wiele rozważyć. Dzielę wtedy włos na czworo.
Czy ból przeważył głupią dumę? Nie. Chyba nadal jeszcze nie.....
Może powinnam napisać: one, 21 shots...
Urżnęłam się z Sercem w przysłowiowe "trzy dupy"
Pierwszy raz w życiu.
Wiele głupstw narobiłam i wszystkie one przyszły do mnie dzisiaj, jak sobie Serce rozcinało arterie.
Ciężko biedaczce przyszło zaakceptowanie, że znaczy w sumie tak niewiele.. Rozum spieprzył gdzieś przy Serca 5 hauście. Serce wtedy zaczęło śpiewać. Pięknie wyśpiewało wszystkie bolączki, wszystko to co ją gryzło i bolało od kilku lat. A potem złapała za herbatnik i rozorała sobie arterie. Patrzyliśmy z Rozumem jak się wykrwawiała. On z przerastającym go przerażeniem, ja z dziwaczną fascynacją. Agonia bywa niezmiernie pouczająca.
Nie lubię gdy się mnie okłamuje, nie znoszę gdy się mnie ignoruje i nie cierpię gdy się nade mną lituje.
Łukasz wyłączył mi telefon. Zabrał i wyłączył. A potem Serce urżnięte na amen, słabym głosem od nadchodzącej nicości wyszeptało to, co boli mnie. Miałam ochotę ją zabić, ale nie kopie się leżącego, prawda? Chociaż nikt na to nie zwraca uwagi jeżeli chodzi o mnie. Tylko ja mam jakieś takie popierdolone obiekcje....
Za dużo myślenia, jak zwykle. Powodów mogło być tysiące ale ja musiałam wybrać oczywiście najczarniejszy scenariusz.
Esh...
W zeszłym tygodniu minął miesiąc od czasu, gdy pochowaliśmy dziadka. Nikt nie pamiętał... Dzisiaj to do mnie dotarło, że poza mną nikt nie był zapalić świeczki... Zatęskniłam za kochaną.
Ostatnie dni były próbą sił i nie wyszłam z nich najlepiej. Zbyt wiele wzięłam do siebie i na siebie. Część tego powinnam odpuścić, ale nie umiem. Cholerny altruizm! Pieprzona niewidzialna ręka! Dziadowskie motto: Lepiej cierpieć samemu niż na cierpienie innych patrzeć... Co ja Konrad jestem, który za miliony cierpiał?!
Kudłaty się na mnie wkurzył. Piłam, a ja nie piję bez powodu. True... Nie chciałam powiedzieć dlaczego piłam. W zasadzie nie piłabym gdybym tylko mogła z nim porozmawiać. Wtedy nie dałabym się wciągnąć w te porąbane rozterki Serca. On się na mnie wściekł za to, że nie chciałam mu powiedzieć. Przykro mu. Mnie też. Mnie też było przykro, bo czekałam na telefon. Był zajęty. Tak bywa.
A teraz poszedł... I też jest zajęty. Ok. Też bywa. Powinnam życzyć miłej gry, chyba. Przyzwyczajam się. Serce już mi się nie buntuje bo dogorywa pod stopą. Nadepnęłam na nie niechcący...
Dołożył swój gwoździk do trumienki. Im ich więcej tym lepiej. Będę miała pewność, że to co w niej zamknę nie wstanie, nie wyjdzie i nie wyrwie mi resztek godności w nocy gdy śpię. Albo gdy spać nie mogę.
Nie umiem podejmować decyzji ostatecznych od ręki. Muszę wiele przemyśleć i wiele rozważyć. Dzielę wtedy włos na czworo.
Czy ból przeważył głupią dumę? Nie. Chyba nadal jeszcze nie.....
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Jak dobrze byłoby....
Weekend był jednym z najcudowniejszych w moim życiu. Ogarnięta muzyką nie słyszałam własnego głosu łączącego się z tysiącami innych w równym śpiewie. Emocje, łzy, śmiech... A problemy i wątpliwości gdzieś za mgłą rzeczywistości, daleko ode mnie. Niestety to co dobre zwykło się kończyć dość szybko, także i CLMF dobiegł końca. Trzeba było wrócić do szarego świata.
A powrót okazał się boleśniejszy niż się spodziewałam.
Burczenie na dzień dobry nikomu nie poprawia nastroju i potrafi zepsuć nawet ten najlepszy. Po jeździe w ścisku w pociągu człek chciałby chociaż usłyszeć: "Dobrze, że wróciłaś" albo chociaż "Miło, że już jesteś" A tu nic. Tylko burczenie, warczenie i półsłówka. Poczułam się po pierwsze jakby zeszło ze mnie powietrze, wyparowała cała pozytywna energia, którą skumulowałam w sobie od piątku, po drugie jakby mi ktoś cisnął na piersi 10 tonowy ciężar. Z trudem oddycham.
Nie lubię kłamstwa ale jestem mistrzynią w okłamywaniu samej siebie. Tylko na dłuższą metę to nie wychodzi.
Usłyszałam, że jestem przewrażliwiona, uprzedzona i znów sobie różne rzeczy wymyślam. Ciekawe czy tak jak ostatnio, gdy po niezbyt długim czasie okazało się, że jednak miałam rację... Ale nie czepiajmy się szczegółów. W końcu jako jednostka przewrażliwiona, z pewnością sieję defetyzm i w tym względzie.
Jestem dzisiaj rozdrażniona. Skumulowało się kilka powodów. Wczorajszy wieczór (niech to szlag weźmie), dzisiejszy ranek (szlag niech weźmie ponownie), stres związany z czwartkiem (nie tylko dotyczący tego co usłyszę, ale tego co powiem, jak się do wszystkiego odniosę, co zrobię później - nie lubię czekać), moje własne przemyślenia (pierdolony altruizm i jedynie szczątkowy egoizm.. Czy ja zawsze muszę się przejmować tym jak coś wpłynie na innych? Przecież oni mają to głęboko w d...!)
Przytłacza mnie nadmiar myśli i uczuć. Powinnam znaleźć sobie coś, na czym mogłabym je spożytkować. Najlepszy byłby taniec, ale obowiązki wrzeszczą mi nad głową. Co by to było gdybym zamiast uczyć się do egzaminów albo sprzątać graciarnię, poszła potańczyć? Tragedia i trzecia wojna światowa.
Jak dobrze byłoby wyjechać.
Zacząć od nowa.
Wszystko...
A powrót okazał się boleśniejszy niż się spodziewałam.
Burczenie na dzień dobry nikomu nie poprawia nastroju i potrafi zepsuć nawet ten najlepszy. Po jeździe w ścisku w pociągu człek chciałby chociaż usłyszeć: "Dobrze, że wróciłaś" albo chociaż "Miło, że już jesteś" A tu nic. Tylko burczenie, warczenie i półsłówka. Poczułam się po pierwsze jakby zeszło ze mnie powietrze, wyparowała cała pozytywna energia, którą skumulowałam w sobie od piątku, po drugie jakby mi ktoś cisnął na piersi 10 tonowy ciężar. Z trudem oddycham.
Nie lubię kłamstwa ale jestem mistrzynią w okłamywaniu samej siebie. Tylko na dłuższą metę to nie wychodzi.
Usłyszałam, że jestem przewrażliwiona, uprzedzona i znów sobie różne rzeczy wymyślam. Ciekawe czy tak jak ostatnio, gdy po niezbyt długim czasie okazało się, że jednak miałam rację... Ale nie czepiajmy się szczegółów. W końcu jako jednostka przewrażliwiona, z pewnością sieję defetyzm i w tym względzie.
Jestem dzisiaj rozdrażniona. Skumulowało się kilka powodów. Wczorajszy wieczór (niech to szlag weźmie), dzisiejszy ranek (szlag niech weźmie ponownie), stres związany z czwartkiem (nie tylko dotyczący tego co usłyszę, ale tego co powiem, jak się do wszystkiego odniosę, co zrobię później - nie lubię czekać), moje własne przemyślenia (pierdolony altruizm i jedynie szczątkowy egoizm.. Czy ja zawsze muszę się przejmować tym jak coś wpłynie na innych? Przecież oni mają to głęboko w d...!)
Przytłacza mnie nadmiar myśli i uczuć. Powinnam znaleźć sobie coś, na czym mogłabym je spożytkować. Najlepszy byłby taniec, ale obowiązki wrzeszczą mi nad głową. Co by to było gdybym zamiast uczyć się do egzaminów albo sprzątać graciarnię, poszła potańczyć? Tragedia i trzecia wojna światowa.
Jak dobrze byłoby wyjechać.
Zacząć od nowa.
Wszystko...
środa, 18 sierpnia 2010
Mrrrrrrau?
Wczorajszy dzień zakończył się niezmiernie miło, mimo drobnego zawirowania, po którym warczałam: Zamorduje...
Spotkanie z Agunią i Łukaszem wyleczyło wszelkie przykrości. Miło jest posłuchać komplementów, nawet jeżeli w głębi duszy trudno w nie uwierzyć. Jednak fakt pozostaje faktem... :D I tego się trzymajmy!
Dzisiaj mam ochotę poocierać się o czyjeś nogi jak kotka dopominająca się pieszczot, a gdy już je dostanie, odchodzi niepomna, że ktoś może zatęsknić za ciepłem i miękkością jej futerka pod palcami.
Mam ochotę przejechać pazurkami po czyimś udzie, delikatnie zaczepiając nimi o materiał spodni, tylko po to by poczuć ustępującą pod tym dotykiem materię.
Mam ochotę otrzeć się o czyjś bok i przeciągnąć powoli całą powierzchnią siebie o jego skórę.
Mam ochotę położyć łapkę na czyimś kolanie i ugniatać ciało delikatną poduszką.
Mam ochotę połaskotać nosem czyjś brzuch tylko po to by zobaczyć jak mięśnie drgają pod skórą.
Mam ochotę otrzeć się pyszczkiem o czyjś policzek, mrucząc przy tym lekko ochryple i leniwie...
Mam ochotę odejść i zwinąć się w kłębek na oparciu fotela, wygrzewać się w plamie słońca.
Mam ochotę fuknąć na kogoś z wyrzutem.
Mam ochotę wśliznąć się komuś do łóżka i ułożyć na poduszce zaraz obok głowy.
Mam ochotę na....
- Mrrau.
Spotkanie z Agunią i Łukaszem wyleczyło wszelkie przykrości. Miło jest posłuchać komplementów, nawet jeżeli w głębi duszy trudno w nie uwierzyć. Jednak fakt pozostaje faktem... :D I tego się trzymajmy!
Dzisiaj mam ochotę poocierać się o czyjeś nogi jak kotka dopominająca się pieszczot, a gdy już je dostanie, odchodzi niepomna, że ktoś może zatęsknić za ciepłem i miękkością jej futerka pod palcami.
Mam ochotę przejechać pazurkami po czyimś udzie, delikatnie zaczepiając nimi o materiał spodni, tylko po to by poczuć ustępującą pod tym dotykiem materię.
Mam ochotę otrzeć się o czyjś bok i przeciągnąć powoli całą powierzchnią siebie o jego skórę.
Mam ochotę położyć łapkę na czyimś kolanie i ugniatać ciało delikatną poduszką.
Mam ochotę połaskotać nosem czyjś brzuch tylko po to by zobaczyć jak mięśnie drgają pod skórą.
Mam ochotę otrzeć się pyszczkiem o czyjś policzek, mrucząc przy tym lekko ochryple i leniwie...
Mam ochotę odejść i zwinąć się w kłębek na oparciu fotela, wygrzewać się w plamie słońca.
Mam ochotę fuknąć na kogoś z wyrzutem.
Mam ochotę wśliznąć się komuś do łóżka i ułożyć na poduszce zaraz obok głowy.
Mam ochotę na....
- Mrrau.
wtorek, 17 sierpnia 2010
Ruda! Wredna! Roztrzepana! Kotka?!
Kolejna noc z małą ilością snu, ale warto było. Burza jest piękna!
Kolejna noc z miliardem myśli, ale warto było. Mózg jest piękny!
Kolejna noc z samą sobą, ale warto było. Ja jestem piękna!
Piękny umysł i piękne serce...
Ciało? A pal je licho!
Piękna, miękka, gładka skóra stworzona do głaskania.
Piękne, kształtne i słodkie usta stworzone do całowania.
Piękne, jędrne piersi o wyraźnych sutkach stworzone do pieszczot.
Piękne, niesforne włosy.... obecnie w kolorze rudym.
Potrzebowałam zmiany.
Radykalnej.
Mocnej.
Intuicyjnej...
Jak zwykle w takich sytuacjach zaczynam od najłatwiejszego - zmiany koloru włosów.
Wróciłam do rudej sprzed lat.
Tej, która mruczała na antenie prowadząc dysputy o relacjach damsko-męskich w nocnych audycjach.
Tej, która czytała erotyki.
Tej, która emanowała sobą.
Czasem potrzeba tak niewiele, małego impulsu, który uświadamia, że jesteś gotowy do przemiany, człowieczku...
Jak ta burza wczorajsza.
Burza elektryzuje, emanuje energią i niebezpiecznym pięknem.
Potrafię być jak burza.
Potrafię być jak wiatr.
Wiedźma.
Kotka.
Ja.
Sama dla siebie.
Kolejna noc z miliardem myśli, ale warto było. Mózg jest piękny!
Kolejna noc z samą sobą, ale warto było. Ja jestem piękna!
Piękny umysł i piękne serce...
Ciało? A pal je licho!
Piękna, miękka, gładka skóra stworzona do głaskania.
Piękne, kształtne i słodkie usta stworzone do całowania.
Piękne, jędrne piersi o wyraźnych sutkach stworzone do pieszczot.
Piękne, niesforne włosy.... obecnie w kolorze rudym.
Potrzebowałam zmiany.
Radykalnej.
Mocnej.
Intuicyjnej...
Jak zwykle w takich sytuacjach zaczynam od najłatwiejszego - zmiany koloru włosów.
Wróciłam do rudej sprzed lat.
Tej, która mruczała na antenie prowadząc dysputy o relacjach damsko-męskich w nocnych audycjach.
Tej, która czytała erotyki.
Tej, która emanowała sobą.
Czasem potrzeba tak niewiele, małego impulsu, który uświadamia, że jesteś gotowy do przemiany, człowieczku...
Jak ta burza wczorajsza.
Burza elektryzuje, emanuje energią i niebezpiecznym pięknem.
Potrafię być jak burza.
Potrafię być jak wiatr.
Wiedźma.
Kotka.
Ja.
Sama dla siebie.
niedziela, 15 sierpnia 2010
Kiedy czekolada nie wystarcza...
Przychodzi moment gdy czekolada i tequila nie wystarczają, kiedy podświadomie sięgam po masochizm emocjonalny, a potem wbijam sobie paznokcie we wnętrze dłoni, bo ból fizyczny jest łatwiejszy do opanowania niż ból psychiczny.
Dzisiaj od rana jadę na muzyce Rob'a Dougan'a i masochistycznie tłumionej potrzebie ucieczki w góry Alpy. Albo środek lasu. Właściwie kierunek dowolny, byle daleko.
Czuję się zmęczona i zagubiona. Zupełnie jak ślepiec pozostawiony w miejscu, którego nie zna, w którym nie szepczą do niego żadne kąty. Bez psa przewodnika i białej laski.
Nie wiem sama co mam robić, jedno jest pewne, dalej być tak nie moze. A dlaczego? Bo zwariuję.
Tracę po kolei moje zapasowe wentyle bezpieczeństwa i jestem już bliska wybuchu. Brak snu też nie pomaga...
Moje zawody ze snem w ciągu ostatniego tygodnia wyglądają następująco:
Sen: 0 Ja: 4
Prowadzę!
Dzisiaj od rana jadę na muzyce Rob'a Dougan'a i masochistycznie tłumionej potrzebie ucieczki w góry Alpy. Albo środek lasu. Właściwie kierunek dowolny, byle daleko.
Czuję się zmęczona i zagubiona. Zupełnie jak ślepiec pozostawiony w miejscu, którego nie zna, w którym nie szepczą do niego żadne kąty. Bez psa przewodnika i białej laski.
Nie wiem sama co mam robić, jedno jest pewne, dalej być tak nie moze. A dlaczego? Bo zwariuję.
Tracę po kolei moje zapasowe wentyle bezpieczeństwa i jestem już bliska wybuchu. Brak snu też nie pomaga...
Moje zawody ze snem w ciągu ostatniego tygodnia wyglądają następująco:
Sen: 0 Ja: 4
Prowadzę!
czwartek, 12 sierpnia 2010
Życie nigdy nie bywa proste...
Życie nie jest proste ani łatwe. I takież same są wybory czy próba wykazania się konsekwencją. Nikt nie obiecywał, że będzie miło, lekko i przyjemnie. Na każdym kroku muszę się upominać i powtarzać sobie to, co dyktuje Rozum: "Podjęłaś decyzję to tego się trzymaj." Serce się obraziło i milczy uparcie odwracając się do mnie tyłem.
Jest ciężko. Nie myślałam, że będzie aż tak...
Tęsknię.
Życie ma makabryczne poczucie humoru i zupełnie nieodpowiednie. Po prostu jestem na nie!
Jak mam zapomnieć w tempie ekspresowym o czymś co wrosło we mnie zupełnie niezauważalnie i rozkwitło nagle? A korzenie zapuściło głęboko...
Życie mnie nie rozpieszcza.
Tęsknię...
Chociaż to jednostronne i bez sensu...
Jest ciężko. Nie myślałam, że będzie aż tak...
Tęsknię.
Życie ma makabryczne poczucie humoru i zupełnie nieodpowiednie. Po prostu jestem na nie!
Jak mam zapomnieć w tempie ekspresowym o czymś co wrosło we mnie zupełnie niezauważalnie i rozkwitło nagle? A korzenie zapuściło głęboko...
Życie mnie nie rozpieszcza.
Tęsknię...
Chociaż to jednostronne i bez sensu...
piątek, 6 sierpnia 2010
Dając całego siebie, nie zapomnij zdjąć buty...
Powrót z Hiszpanii był jak zderzenie z rozpędzonym pociągiem. Nagle wszystko od czego odpoczywałam i uciekałam walnęło mnie jednocześnie, następnego dnia po przylocie. Niektóre z tych meteorów niosły za sobą coś miłego w efekcie.
Tydzień na Teneryfie był obłędny. Dużo zobaczyłam, chodziłam w chmurach (literally!), zanurzyłam stopy w piasku z Sahary (ha!)... i miałam mnóstwo czasu na przemyślenia. Do niektórych spraw się zdystansowałam (skutecznie!), inne przemieliłam umysłem na drobne kawałki i porządkuję je sobie powoli jako ze nie wymagają reakcji natychmiastowej. Jedyne czego mi brakowało tam, to byli moi przyjaciele. Patrząc w dół z wulkanu, na iście księżycowy krajobraz myślałam, że spodobałoby się to Aguni. Siedząc na redzie i zerkając na ostre krawędzie Gigantów żałowałam, że Kudłatego nie ma ze mną. Byłby zachwycony. Spacerując brzegiem oceanu po gorącym pustynnym piasku wspominałam Lwiczkę. W Masce, spoglądając na wąwóz przemknęła mi przez myśl Ponura z aparatem.... Takich momentów było wiele.
Wróciłam.
I następnego dnia pełna stresu wsiadłam w autobus via wioseczka Kudłatego z przystankiem u Lwiczki. Z uśmiechem myślałam o weekendzie dwa tygodnie później bo w końcu pojechałabym do Ponurej. Obecnie troszkę się pozmieniało, ale przecież nie będę się cięła tostem z tego powodu...
Pobyt u Lwiczki był cholernie przyjemny i wesoły. Stęskniłam się za babą jak diabli :D:D:D:D Ale i tak stres mnie nie opuszczał. Miałam poznać rodzinę Kudłatego... a pamiętając jazdy z rodzinką Lwiczki, byłam bliska obgryzienia sobie palców... Całą drogę Kudłaty żartował sobie ze mnie i straszył... Niepotrzebnie. Bogusia, pełna humoru kobieta jest człekiem do rany przyłóż. Kudłaty nieco mnie podczas pobytu olał, ale dzięki jego mamie i kilku ekspresowych rozmowach z braćmi nie oszalałam. Nie to, żeby było nudno, ale po prostu nieswojo się czułam zostawiona sama sobie w obcym miejscu. Jednak ze wszystkiego idzie nauka, teraz już wiem, ze następnym razem nie będę się litować. Ściągnę lenia z wyra i każę się dopieszczać mentalnie i estetycznie ;-D jakimś spacerem albo czymś podobnym. W każdym razie przyjechałam do domu bogatsza o kilka pięknych widoków, ogromną sympatię dla rodziny Kudłatego i kilka tajemnic kulinarnych Bogusi.
I mając Kudłatego za towarzysza.
Kolejne dni minęły jak z bicza strzelił. Za szybko. I zbyt nerwowo. Kudłaty się alienował, ale powiedzmy, że tłumaczyłam to sobie jego środowym spotkaniem. Trzymałam nerwy w wodzach, żeby nie wybuchnąć. Dość skomentować, że płaczliwy poranek był na porządku dziennym. Byłam wściekłą i rozżalona ale za bardzo idiotę kocham, żeby mu nie wybaczyć ;-) Bo jakże nie kochać Przyjaciela?
Chciałam mu pokazać wszystkie moje ulubione miejsca w Warszawie. Ja wiem, że tego się nie da zrobić za jednym razem - jest ich zbyt wiele. Nie wiem sama, bałam się, ze nie będzie miał czasu gdy przyjedzie następnym razem na włóczenie się ze mną... Głupie, ale to wszystko przez ten niepokój, który do mnie przylgnął.
Wtorek zepsuła mi P... Nie znam jej ale trudno byłoby mi ją polubić. Dlaczego? Po prostu jak widzę co wyprawia i jak mi to na Połówkę Duszy wpływa, to mi się nóż w kieszeni otwiera i zwierzę we mnie wyje. Ech... Jak można się tak bawić ludźmi? Tak manipulować? Tak mało dbać o uczucia kogoś kogo rzekomo się kocha? Właściwie popsuła nastrój i chęci. Moja Intuicja była bezlitosna widząc w tym wszystkim celowe działanie.. Cóż... Sprzeczać się nie zamierzam, bo przecież to jedynie poszlaki i domysły mojego Rozumku. Serce już dawno wydało wyrok. Ale nie należy się uprzedzać, prawda? W końcu ja się również mylę, jestem jedynie człowiekiem.
Środa była dziwna, najlepiej ją wyciąć i potraktować oddzielnie, zamknąwszy za kratkami, w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Jedyny komentarz, jaki mi się nasuwa jest następujący:
Dając całego siebie, nie zapomnij zdjąć buty... inaczej Ci nimi niemal na śmierć, boleśnie dokopią.
Tyle na ten temat.
Czwartek mimo lekko wisielczego nastroju upłynął przyjemnie, mam nadzieję, że obu stronom. Nie chciałam być nachalna i się naprzykrzać więc starałam się trzymać język w karbach by nie wyskoczyć z jakąś nieprzemyślaną głupotą. Chyba się udało, bo wyjeżdżając wydawał się zadowolony z pobytu w ostatecznym rozrachunku. A to mnie cieszy. Ciężko mi patrzeć jak się smuci, Serce mi się wówczas buntuje i drze na mnie aortę.
Najbardziej pamiętna chwila? Patrzenie w ciszy na obraz Leonarda da Vinci. Piękny, cudownie skontrastowany, wspaniale nieidealny ze swoimi pociągnięciami pędzla i pęknięciami widocznymi na powierzchni. Doskonały!
Żałuję, że był tak krótko...
Następnym razem zabiorę go na piknik w Łazienkach. W końcu zapowiedział, że przyjedzie ;-)
Oczywiście mam na myśli Kudłatego, a nie obraz. Da Vinci'ego mogę oglądać do września. ;-)
Tydzień na Teneryfie był obłędny. Dużo zobaczyłam, chodziłam w chmurach (literally!), zanurzyłam stopy w piasku z Sahary (ha!)... i miałam mnóstwo czasu na przemyślenia. Do niektórych spraw się zdystansowałam (skutecznie!), inne przemieliłam umysłem na drobne kawałki i porządkuję je sobie powoli jako ze nie wymagają reakcji natychmiastowej. Jedyne czego mi brakowało tam, to byli moi przyjaciele. Patrząc w dół z wulkanu, na iście księżycowy krajobraz myślałam, że spodobałoby się to Aguni. Siedząc na redzie i zerkając na ostre krawędzie Gigantów żałowałam, że Kudłatego nie ma ze mną. Byłby zachwycony. Spacerując brzegiem oceanu po gorącym pustynnym piasku wspominałam Lwiczkę. W Masce, spoglądając na wąwóz przemknęła mi przez myśl Ponura z aparatem.... Takich momentów było wiele.
Wróciłam.
I następnego dnia pełna stresu wsiadłam w autobus via wioseczka Kudłatego z przystankiem u Lwiczki. Z uśmiechem myślałam o weekendzie dwa tygodnie później bo w końcu pojechałabym do Ponurej. Obecnie troszkę się pozmieniało, ale przecież nie będę się cięła tostem z tego powodu...
Pobyt u Lwiczki był cholernie przyjemny i wesoły. Stęskniłam się za babą jak diabli :D:D:D:D Ale i tak stres mnie nie opuszczał. Miałam poznać rodzinę Kudłatego... a pamiętając jazdy z rodzinką Lwiczki, byłam bliska obgryzienia sobie palców... Całą drogę Kudłaty żartował sobie ze mnie i straszył... Niepotrzebnie. Bogusia, pełna humoru kobieta jest człekiem do rany przyłóż. Kudłaty nieco mnie podczas pobytu olał, ale dzięki jego mamie i kilku ekspresowych rozmowach z braćmi nie oszalałam. Nie to, żeby było nudno, ale po prostu nieswojo się czułam zostawiona sama sobie w obcym miejscu. Jednak ze wszystkiego idzie nauka, teraz już wiem, ze następnym razem nie będę się litować. Ściągnę lenia z wyra i każę się dopieszczać mentalnie i estetycznie ;-D jakimś spacerem albo czymś podobnym. W każdym razie przyjechałam do domu bogatsza o kilka pięknych widoków, ogromną sympatię dla rodziny Kudłatego i kilka tajemnic kulinarnych Bogusi.
I mając Kudłatego za towarzysza.
Kolejne dni minęły jak z bicza strzelił. Za szybko. I zbyt nerwowo. Kudłaty się alienował, ale powiedzmy, że tłumaczyłam to sobie jego środowym spotkaniem. Trzymałam nerwy w wodzach, żeby nie wybuchnąć. Dość skomentować, że płaczliwy poranek był na porządku dziennym. Byłam wściekłą i rozżalona ale za bardzo idiotę kocham, żeby mu nie wybaczyć ;-) Bo jakże nie kochać Przyjaciela?
Chciałam mu pokazać wszystkie moje ulubione miejsca w Warszawie. Ja wiem, że tego się nie da zrobić za jednym razem - jest ich zbyt wiele. Nie wiem sama, bałam się, ze nie będzie miał czasu gdy przyjedzie następnym razem na włóczenie się ze mną... Głupie, ale to wszystko przez ten niepokój, który do mnie przylgnął.
Wtorek zepsuła mi P... Nie znam jej ale trudno byłoby mi ją polubić. Dlaczego? Po prostu jak widzę co wyprawia i jak mi to na Połówkę Duszy wpływa, to mi się nóż w kieszeni otwiera i zwierzę we mnie wyje. Ech... Jak można się tak bawić ludźmi? Tak manipulować? Tak mało dbać o uczucia kogoś kogo rzekomo się kocha? Właściwie popsuła nastrój i chęci. Moja Intuicja była bezlitosna widząc w tym wszystkim celowe działanie.. Cóż... Sprzeczać się nie zamierzam, bo przecież to jedynie poszlaki i domysły mojego Rozumku. Serce już dawno wydało wyrok. Ale nie należy się uprzedzać, prawda? W końcu ja się również mylę, jestem jedynie człowiekiem.
Środa była dziwna, najlepiej ją wyciąć i potraktować oddzielnie, zamknąwszy za kratkami, w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Jedyny komentarz, jaki mi się nasuwa jest następujący:
Dając całego siebie, nie zapomnij zdjąć buty... inaczej Ci nimi niemal na śmierć, boleśnie dokopią.
Tyle na ten temat.
Czwartek mimo lekko wisielczego nastroju upłynął przyjemnie, mam nadzieję, że obu stronom. Nie chciałam być nachalna i się naprzykrzać więc starałam się trzymać język w karbach by nie wyskoczyć z jakąś nieprzemyślaną głupotą. Chyba się udało, bo wyjeżdżając wydawał się zadowolony z pobytu w ostatecznym rozrachunku. A to mnie cieszy. Ciężko mi patrzeć jak się smuci, Serce mi się wówczas buntuje i drze na mnie aortę.
Najbardziej pamiętna chwila? Patrzenie w ciszy na obraz Leonarda da Vinci. Piękny, cudownie skontrastowany, wspaniale nieidealny ze swoimi pociągnięciami pędzla i pęknięciami widocznymi na powierzchni. Doskonały!
Żałuję, że był tak krótko...
Następnym razem zabiorę go na piknik w Łazienkach. W końcu zapowiedział, że przyjedzie ;-)
Oczywiście mam na myśli Kudłatego, a nie obraz. Da Vinci'ego mogę oglądać do września. ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
