środa, 28 kwietnia 2010

Pachelbel i Márquez na dobranoc.

Wczorajsza noc była niemal bezsenna, lecz w żadnej mierze nie stracona. Czyż stracone mogą być chwile poświęcone na rozmowę i rozmyślania?

Jeden z rozdziałów mojego życia został zamknięty. Definitywnie pożegnałam Pana X. Czy żałuję? To nie jest odpowiednie słowo. Będę za nim tęsknić. Mocno i dotkliwie, lecz może tak jest lepiej. Wczoraj cała rozmowa napawała mnie niepokojem, dzisiaj przynosi lekkość w sercu.
Wiele rzeczy nabrało nowego wyrazu, nowego wymiaru. Stały się czytelniejsze, bardziej przejrzyste.

Dzisiaj się uśmiecham. W blasku świec, przy dźwiękach Pachelbela i Canon in D, wśród aromatu herbaty jaśminowej wszystko nabiera rumieńców.
Cieszę się, że mam przyjaciela. TAKIEGO przyjaciela.
Cieszę się, że myślę i moje myślenie może jeszcze prowadzić do dalszych refleksji.
Cieszę się, że mogę pomilczeć w ciszy.

Nie płaczę. Uśmiecham się łagodnie i spokojnie. To taki uśmiech, który zaczyna się w sercu i sięga oczu. Prawdziwy. Taki jakiego nie było we mnie od tygodni...

Uszanuję Twoją dzisiejszą niechęć do rozmowy.
Po prostu wiedz, że jestem i będę,. W ciszy ofiaruję wsparcie. W ciszy wezmę część bólu byś mógł znieść resztę. W ciszy poczekam aż wywalczysz drogę sam, bo walka jest Twoja. W ciszy podam Ci dłoń gdy jej zapragniesz.
Wierzę. Mocno wierzę. W Ciebie.

A wśród moich refleksji zrodzonych dziś w ciszy króluje myśl Marqueza:

"Nie płacz, że coś się skończyło, tylko uśmiechaj się, że ci się to przytrafiło."



wtorek, 27 kwietnia 2010

Więc jak mam spać....

Jak to dobrze, że skończył się już
Ten podły dzień, co mi Cię zabrał
(...)

Choć noc, choć mrok -
dla nas wszystko już jasne
Więc jak mam spać,
kiedy wiem, że nie zaśniesz
(...)

Ira - Bezsenni


****

Są słowa, które będę pamiętać długo. Nie wszystkie są miłe. Nie wszystkie sprawiedliwe... Duża część z nich bolesna.
Jak te dwa od Kudłatego.
Przetrawię je.

****

Zarzuciłeś mi, że staję się obca, oschła, daleka... A jaka, do diabła, mam być skoro ze mną nie rozmawiasz? Myślisz, że ja odbierałam Cię inaczej? Stałeś się chłodny i zdystansowany, trzymający mnie z dala.
Powiesz, że to przecież normalne bo zawsze taki byłeś? Bzdura...
Twój oddech, Twoje uśpione mlaskanie, rozmowy z Tobą dawały mi siłę. Tymczasem teraz czuję się tak jakby odjęto mi nogi i pozbawiono możliwości chodzenia. Oddechu pozbawiam się sama.

Przyznaję, że moja próba odizolowania się była głupia i kompletnie irracjonalna, ale nie wymagaj ode mnie działania jak robot: zawsze systematycznego, logicznego, uporządkowanego. Ja też mam prawo do chwili bajzlu w głowie. I gorszego dnia.
Nigdy nie powiedziałeś mi, że mnie nie zranisz. To fakt. A jednak mimo tego przeraźliwego strachu, że to zrobisz, ja w głębi serca nadal ufam.
Wiesz, że mógłbyś rozgnieść moje serce i dusze na pył. Jednym gestem. Jednym słowem. W nocy nieomal to zrobiłeś. A ja nieomal naprawdę odeszłam.... Następnym razem nie będę się upewniać. To nie jest groźba. To zwyczajne stwierdzenie. Następnym razem po prostu rozpadniesz mnie w pył i nie będzie powrotu. Po prostu.
Przeraża mnie to, że dopuściłam Cię do siebie tak szybko, że w ogóle Cię dopuściłam do siebie. Nie zwykłam tego robić, nie zwykłam ufać ludziom. A jednak z jakiś dziwacznych względów Tobie zaufałam i otworzyłam się przed Tobą bez granic. Przestraszyłam się. Wiesz o mnie niemal wszystko, znasz wszystkie słabe punkty. Przerażające jest to, co mógłbyś zrobić z tą wiedzą. Czasem robiąc coś, trudno nam się zatrzymać, mimo iż wiemy, ze to nie jest dobre, nie jest najlepsze i mamy nadzieję, że ktoś złapie nas za rękę, potrząśnie i powie: "Stój! Co ty, do cholery, robisz?!"

****

Czasem czuję się tak jakbym kroczyła prosto w przepaść.
Nie wiem czy będzie ktoś kto mnie zatrzyma...

****

Jedno zdanie i płaczę.
Jedno długie zdanie będące odpowiedzią na pytanie Wilczka.
Jedno zdanie, którego sklecenie zajęło mi chwilę.
Jedno zdanie, które określił jako piękne.
Jedno zdanie napisane na prośbę tego upartego Sierściucha....
Futrzaka, z którym rozmowy nigdy nie są banalne.
Wilczka, który lubi zadawać trudne pytania.
Szarego, który dysponuje niezłomną siłą ducha.
Tego samego, który jak wariat zjeżdżał z góry bez hamulców.
Miękkofutrzanego, który zawsze celnym słowem sprawiał, że uśmiechałam się mimo łez.
Wyję.
Ja już nie płaczę, ja wyję.
Z uśmiechem.
I lżejszym sercem.

Pełnia dzisiaj...

niedziela, 25 kwietnia 2010

Krótki weekend....


Piątkowy wieczór upłynął w miłym towarzystwie Raga i Drida oraz sesją na bazie Kinga. Wszystko byłoby pięknie gdybym przez cukierki toffi, minę Grzesia oraz potwora Raga nie dostała głupawki. Ragowa mimika i coś na kształt: "Grrrrrrrrr" rozwaliło mnie i zaliczyłam atak śmiechu. Powtarzalny...
Mimo wszystko zaliczam noc do szalenie udanych :)
Po powrocie zaliczyłam długą rozmowę z T. On naprawdę jest jak mój starszy brat. I to troskliwy. Naprostował mnie trochę. Co prawda uświadomił mi kilka niezbyt zabawnych rzeczy ale dzięki mu za to i tak.
Perspektywa i świadomość tego, że jestem dobrą przyjaciółką, taką z którą się dobrze rozmawia, dobrze bawi i której można się wyżalić w każdym momencie, taką która jest zawsze wtedy gdy potrzeba, jest w zasadzie bardzo miła. Jednak nie wówczas gdy sobie człowiek uświadomi, że tej przyjaciółki nigdy nie zaprosi się do domu na herbatę. Oczywiście to symboliczne ujęcie, ale nawet oddaje to o czym rozmawialiśmy z T. Nie jestem tym typem przyjaciółki, którą zaprasza się na imprezy albo na wypad za miasto. Od tego są przecież inni. To przykre, ale nie powinnam mieć wielkich problemów z zaakceptowaniem tego. Przykrość się chwilę utrzyma i zniknie.
Poza tym przypomniałam sobie skąd u mnie ten brak zaufania i trudności z mówieniem o tym co naprawdę czuję. Trudno pokonać niemal trzynastoletnie przyzwyczajenie.
T. zastosował terapię szokową i najzwyczajniej w świecie nawrzeszczał na mnie za chęć ucieczki i ponownego zagrzebania głowy w piasek. Na szczęście siedzi w tej swojej Kalifornii i nie może zmyć mi łba ani sprać na kwaśne jabłko. Nie wątpię by to zrobił, gdyby był bliżej.
Kazał mi się ubrać i wyjść do ludzi. Dobrze, że nie widział mojej miny.

Jednak wyszłam.
O dziwo przygotowania do sobotniego wyjścia sprawiły mi przyjemność. Nie ma to jak poczuć się kobieco.... Pas do pończoch, pończochy ze szwem, buty na obcasie i kiecka.... A potem w miasto. Spotkanie z Mru okazało się zbawieniem i ocaleniem resztek mojej godności. Wizyta w HRC (mrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr) zaowocowała późnym powrotem do domu w niezłym humorze i z lekko szumiącą główką. Ale czasem i takie coś jest potrzebne. Powiesiłyśmy psy na tym na kim trzeba było, dogadałyśmy szczegóły wyjazdu na sierpniowy festiwal i spiłyśmy nieco Adasia. Powspominałyśmy dobre czasy XR oraz wybryki Di i Amry. Adasia nie widziałam całe wieki, więc spotkanie z nim było niebywałą przyjemnością. Niewątpliwie to nadal mój ulubieniec ;) Niestety nieszczęsny odważył się ze mną założyć o przekonanie, że moja osobowość go nie przestraszy., Obie z Mru wybuchnęłyśmy mrocznym śmiechem, obie doskonale wiemy bowiem, że bywam przerażająca....

Niedziela upłynęła spokojnie. Odwiedziny u rodziców wyciszyły mnie dziwnie. Mała Sońka (najnowszy domownik - czyt. szczeniara jamnikowata) okazała się przylepą nie z tej ziemi, która za najlepsze miejsce do spania uznała balkonik z mego biustu i z upodobaniem wciskała maleńki nosek w moją szyję. To było zabawne. Czas upłynął nawet nie wiem kiedy.
Szkoda że już poniedziałek, bo nie chce mi się ani iść do pracy ani wychodzić z domu.
Widocznie taki głupi czas nastał...

piątek, 23 kwietnia 2010

Słów kilka o zrozumieniu kobiet...


"Między kobiecym tak i nie zaledwie koniec igły zmieścić się może."

/ Miguel de Cervantes /


Onegdaj usłyszałam, że pojąć kobietę może jedynie kobieta i muszę przyznać, że w pierwszej chwili zaśmiałam się z tej, jak mi się zdawało, jawnej bzdury. Jednak ostatnie zdarzenia przywołały to twierdzenie i zamyśliłam się nad nim nieco. Otóż faktycznie, pewne aspekty naszej kobiecej natury może poznać jedynie kobieta. Mężczyźni posiedli pewien dar sprawiania, że kobiety dzięki nim czują się albo piękne i wyjątkowe albo wręcz przeciwnie - zrównują się niemal z ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego...
A wszystko jednym słowem.
Właściwie zlepkiem słów.
Zdaniem.
Często nawet tym samym.
Są słowa, których nadużywanie nigdy nie grozi. To komplementy...
Kobiety chcą czuć się wyjątkowo. I nie jest ważne czy mowa o siostrze, matce, ciotce, żonie czy kochance. Nawet najlepsza przyjaciółka, która jest kobietą, potrzebuje komplementów. One sprawiają, że kobieta czuje się zauważana, piękna, doceniana. Miło jej słyszeć, że ładnie wygląda, że ma śliczny uśmiech, że w jej towarzystwie spędza się dobrze czas. Choćby chodziło o jedzenie chipsów, oglądanie głupawego filmu czy puszczanie kaczek z mostu. Miło jej słyszeć od czasu do czasu, że chętnie ktoś zrobi coś po jej myśli, że to ona decyduje. Ale...
Gdy zbyt często słyszy: "Jak chcesz", "Ty zdecyduj", "Jak wolisz", wówczas w jej główce zapala się czerwona lampeczka. Bo czyż te słowa powtarzane zbyt często nie świadczą o tym, że ktoś się nie angażuje zbytnio, że w zasadzie zwala nam na głowę podjęcie decyzji? A uchowaj Boże, dodać przy tym jeszcze: "Mnie to nie przeszkadza". Oj, kłopot gotowy. Kobieta bowiem przetworzy to sobie jako: "Mnie jest obojętne. Zrób co chcesz, bo mi to wisi". To zniechęca i boli.
Kobiety potrzebują by być wysłuchane, a gdy mówią chcą mieć pewność, że nie prowadzą bezsensownego monologu. Chcą by je wysłuchać, przytulić, pogłaskać po ręku i przez chwilę dać im poczucie, ze nie są same. Nie potrzebują rad i rozwiązania problemu, gdyby bowiem tego właśnie oczekiwały, z całą pewnością by padło pytanie: "Co mam z tym zrobić?" Większość mężczyzn na takie wyrzucone emocje natychmiast szuka rozwiązania i podaje je na srebrnej tacy, z dumą wypisaną na twarzy. Przecież właśnie uratowali tę biedną kobietę...
Bzdura! Właśnie pokazali tej zmęczonej kobiecie, w której kłębi się frustracja, iż są przekonani o tym, że ona sama by sobie nie poradziła z daną sytuacją.
Cóż, drogi mężczyzno, strzał we własną stopę byłby mniej katastrofalny i bolesny w skutkach. Właśnie sprawiłeś, że Twoja żona, siostra, dziewczyna, najlepsza przyjaciółka poczuła się niedoceniona. Nie daj Boże jeżeli uczyniłeś to w okresie chronionym (czyt. menstruacja, ciąża i menopauza). Wtedy katastrofa gotowa i zapewniona na najbliższe kilka dni. Weź to pod uwagę drogi panie i wpisz sobie w grafik powiedzenie kobiecie kilku miłych słów. Dzięki nim poczuje się ona zdecydowanie lepiej, a te kilka zgłosek może rozjaśnić jej dzień. I sprawić, że doceniona sama skomplementuje Ciebie. A Ty przecież lubisz słyszeć, że jesteś ważny, mądry i wspaniały, nieprawdaż?

czwartek, 22 kwietnia 2010

Rozpoczęłam sezon na misia...


















...It's time to forget about the past
To wash away what happened last
Hide behind an empty face
Don't ask too much, just say
'Cause this is just a game

Everyone's looking at me
I'm running around in circles, baby
A quiet desperation's building higher
I've got to remember this is just a game...

/30 stm - Beautiful lie /

Wzbiera we mnie krzyk. Bezgłośny. Silny. Rozrywający od środka.
Nie mówię o tym, bo i po co?
Nie mogłam spać. Znów męczył mnie koszmar. Byłam zamknięta w małym przezroczystym pudełku i brakowało mi oddechu. Słyszałam głosy na zewnątrz, więc myślałam, że ktoś chce mnie uratować... A on tylko oparł się o nie wygodnie i patrzył jak opadam na dno. Z uśmiechem patrzył jak się duszę... Ktoś. Bez twarzy, a jednak wiedziałam, że się uśmiecha.
Źle się czuję wpychając tam gdzie mnie nie chcą. Ostatnio źle mi wszędzie... U siebie, u innych...
Niby się uśmiecham, niby mówię, że jest w porządku, ale w głębi serca chciałabym przestać oddychać. Tak sama z siebie. W jednej chwili. Z nikim nie rozmawiam na ten temat. Dlaczego? Nikt nie pyta. Udaje mi się zbywać ich zwykłym: "Ciężki dzień, zmęczona jestem". A w środku wszystko wyje i krzyczy. Maskuję uśmiechem wzbierające łzy i pierwszy raz cieszę się, że nosze okulary. Zza szkieł nie widać zawilgoconych oczu. Dławię ten bezgłośny krzyk pilnując by nic nie wydostało się na zewnątrz. Jak Cerber bram Hadesu.
Pan X pytał jak z K. Co miałam powiedzieć? Szczególnie teraz, gdy wszystko się zaciera. Serce pękło mi w nocy a rano zostało pogrzebane. Oczywiście powiedziałam, że z K. jest lepiej, w porządku. Przecież jest. Nie skłamałam. Jest lepiej. Ale czy lepiej znaczy dobrze? Czy lepiej znaczy super? Lepiej znaczy dokładnie to co znaczy: lepiej niż było. Oznacza poprawę. Jednak dy było tragicznie lub katastrofalnie czy można powiedzieć, że lepiej znaczy dobrze? Nie bardzo. Lepiej w takim przypadku znaczy, że jest nieco mniej źle. Nic więcej. Nie mam złudzeń, że wrócimy do tego co było na początku. Zbyt dużo pokutuje między nami bólu, zbyt dużo wzajemnych blizn, zbyt mocno pamiętam. Czasem nienawidzę tej swojej pamięci i nęci mnie perspektywa elektrowstrząsów. Może gdyby wymazali mi pamięć możliwe byłoby bym znów czuła się naprawdę szczęśliwa. Może zapomniałabym ostre i celne słowa, które jak nóż, wbiły mi się w serce. Może nauczyłabym się żyć bez seksu, bo temperament by mi się zmniejszył. Może zapomniałabym... Może byłabym inna.... Jak czysta biała karta, którą można zapisać po swojemu. Tylko czy wówczas byłabym sobą?
Ogarnia mnie przerażenie, które osacza mnie i zaciska macki na moim ciele. Moje własne nigdy niekończące się więzienie tego co mogę i co powinnam, tego co muszę i czego się ode mnie oczekuje. Więzienie złożone z cudzych pragnień i potrzeb. A gdzie miejsce na moje?
Niektórzy potrzebują mnie na wyłączność, innym wystarczy kilka chwil przed snem. A czy ktoś z nich pomyślał chociaż przez chwilę o tym czego potrzebuję ja? Czy ktoś o to zapytał?
Ja potrzebuję czasem nabrać oddechu, takiego który nie boli. Czasem potrzebuję porozmawiać, a nie prowadzić monolog. Monologi mogę przeprowadzać patrząc w lustro albo płomień świeczki. Czasem potrzebuję ludzi, którzy są jak powiew wiatru, świeżego, ożywczego, kojącego. Czasem czyjeś milczące towarzystwo, gdy tylko trzyma mnie za rękę, pozwala mi złapać równowagę, wyciszyć się. Nie... Sądząc po zachowaniu i tym co mówią, nikt o tym nie pomyślał, nikt się nie zastanawiał. Świadomość tego boli. I rodzi niemy krzyk buntu.
Czuję się jak narzędzie, za pomocą, którego zaspokajają braki w swoim życiu. Nigdy nie traktowałam ludzi przedmiotowo i trudno mi pogodzić się z faktem, że ktoś w ten sposób może postrzegać mnie. Jak szczotkę, którą niepotrzebną chowa się do szafy.
Wycofuję się. Powoli się wycofuję bojąc się, że mnie zranią tym razem zbyt mocno. Wołodia miał rację, że jestem ostrożna i brak mi zaufania. Może to wynika z moich doświadczeń, a może z asekuranckiej natury. Czort wie... Nie było zbyt wiele osób, którym dotąd zaufałam. Bezgranicznie jedynie dwóm. Ta statystyka przeraża mnie samą.
Ufam. Obecnie ufam, ale to zaufanie sprawia, ze ciągle czuję się zagrożona. Taki odruch bezwarunkowy. Jak z psem, którego przez lata bito, gdy tylko podszedł. Taki pies będzie się kulił i uciekał na widok każdej wyciągniętej ręki. Nawet tej, którą ktoś chce go pogłaskać.

Rozpoczęłam sezon na misia. Moja przytulna jaskinia woła mnie gwarantując bezpieczeństwo. Wiem, że idzie wiosna, a na wiosnę miśki wychodzą na świat. Ja się chowam,  ale widocznie dziwny ze mnie niedźwiedź. Tchórzliwy nieco, pamiętliwy i zbyt wrażliwy.
 
Nie lubię samotności, lecz jak trwoga to do Boga, jak to mówią. Gdy jest mi źle uciekam. Daleko od ludzi, daleko od wszystkiego... Jak teraz... mam ochotę zwinąć się w kłębek i milczeć. Z Jaredem w słuchawkach, bowiem on jeden jakoś umie stłumić wszystkie myśli kotłujące się w nadmiarze. Kiedyś takim remedium był oddech Kudłatego, ale przestał... Dlaczego? Bo się boję. Staram się uciec, odzwyczaić się. Bo co zrobię gdy go zabraknie? Gdy odejdzie? Zniknie? 

Boję się kolejnej wizyty u Lwiczki i Kudłatego. Wszystko teraz jest inne. Chciałabym by było takie samo, ale jest inne... Nie chcę pamiętać tej ostatniej  wizyty. Boli mnie. Od początku do końca. Boli mnie każda jej sekunda, w szczególności te, które miały dać wytchnienie i przynieść ukojenie. Czy ja mam jakieś oczekiwania? W stosunku do tych chwil nie miałam żadnych. Zamieniły się w koszmar na jawie, który samym swom wspomnieniem wywołuje łzy. Chyba dawno nie czułam się tak samotna i odepchnięta, ale przecież nie będę  o tym mówić żadnemu z nich. Czasem lepiej nie używac słów...

Jednocześnie rozpaczliwie pragnę, żeby ktoś potrzymał mnie za rękę. 

Ktoś...

środa, 21 kwietnia 2010

Nie wierzę w nic...



I believe in nothing,

not the end and not the start
I believe in nothing,
not the earth and not the stars
I believe in nothing,
not the day and not the dark
I believe in nothing
but the beating of our hearts


I believe in nothing

100 suns until we part
I believe in nothing
not in satan, not in god
I believe in nothing,
not in peace and not in war
I believe in nothïng
but the truth of who we are

/30 STM - 100 suns/

Cisza.
Głos Jareda odbija się o ścianki czaszki.
Cisza.
Sto słońc... w kółko.
Cisza....
Powietrze opada mi mgiełką na twarz.
Cisza...
Zasypiam...
Cisza.
Jared w słuchawkach.
Cisza.
Powoli....
Cisza
Śnię bez Ciebie...
Cisza...

Oddycham...

Bez oddechu...

"I can't figure out
Is anybody out there?
All the things you scream about
Do you think of just yourself?
I'm going to start by taking back
So sick of sharing my air
All the trust you shouldn't have
'Cause I can't breathe anymore!"


Boli. Boli gdy wciągam powietrze w płuca. Boli gdy oddycham, więc staram się tego nie robić.

Świat nabiera innych barw. To zadziwiające jak wyraźnie czasem widać pewne rzeczy. Jest taki moment, że widzi się wszystko tak wyraźnie jak za pierwszym razem, kontury są ostre... aż kłują w oczy. A potem zachodzi mgła, barwna, kontury rozmywają się zamieniając w kolorowe plamy....

To zadziwiające jak brak tlenu zmienia nam sposób postrzegania świata.

Nie oddycham....
Wydłużając chwilę bez oddechu co raz bardziej.

Nie oddycham....
Oddech pali mnie w płucach.

Nie oddycham...
Bez powietrza nie czuję cierpienia.

Nie oddycham...
Czy mogę tak zostać?

wtorek, 20 kwietnia 2010

Gdybym nie istniała...

"Why do you come here, when you know I've got troubles enough?
Why do you call me, when you know I can't answer the phone?
And make me lie when I don't want to,
And make someone else some kind of an unknowing fool?
Make me stay when I should not?
If you're so strong then resolve the weakness in me.
Why do you come here, and pretend to be just passing by?
I need to see you - I need to hold you - tightly.(...)"

/J. Armatrading - The Weakness in Me/


Ostatnio się czuję jakby życie nie uciekało mi między palcami, ono spada na mnie lawiną i wbija w ziemię.
Czegokolwiek się nie tknę, zawalam w całości. Prywatnie, bo zawodowo kwitnę.
Dochodzę do wniosku, że powinnam uciec od ludzi zanim kogoś skrzywdzę.
Kristof i Aggie byli zgodni w jednym: przywiązuję do siebie ludzi.
Do cholery, ja nie chcę! Nie wiem jak to robię, nie chcę tego! Tak samo jak nie chcę przywiązywać się do nich. A robię to. W sposób zatrważający mnie samą. Angażuję się w ich życia i cierpię, raniąc ich przy tym. Nie chcę nikogo ranić, bo to sprawia, że nienawidzę sama siebie. Za ból, który sprawiam. I za ból, którym oni obdarzają mnie...
I w tym wszystkim zapominam o sobie. Oddaję im całą siebie a potem patrzę jak wyrzucają mnie do kosza, gdy moja obecność staje się zbędna. Gramolę się z tego kosza o własnych siłach, ledwie żywa i wynoszę z tego nic. Kompletnie nic. Bo następnym razem popełniam ten sam błąd. Angażuję się. I just really do care.

Po co? Dlaczego?

Masochizm.. To musi być masochizm, bo co innego?
Staram się nie urazić nikogo, nie przysporzyć mu cierpienia i na nic się to zdaje. Bo ludzie cierpią.
Powinnam otoczyć się murem. Być przyjacielem dla ludzi, lecz nikogo nie dopuszczać do siebie. Czy to w ogóle jest wykonalne?

Zostanę sama. Wybiorę własne cierpienie w zaciszu pustelni i samotność. Tę znienawidzoną. Tę, która mnie przeraża. Zatrzasnę serce i nie dam nikomu się dotknąć. O ile będę w stanie. Chciałabym. Czasem naprawdę bym chciała to umieć. Tylko, że ja kocham tych ludzi. Słysząc, ze ich ranię moje serce rozpada się na miliony małych kawałków. Jak James.
Mam ochotę zapalić.
Pierwszy raz w życiu.
Złapać za papierosa i zaciągnąć się głęboko by dym wypełnił mi płuca. A potem przestać oddychać.
Właściwie tym nie muszę się przejmować, bo brakuje mi tchu.

Ponura odeszła. Uznała, że ją porzuciłam, odwróciłam się od niej. Przyznaję, że nie miałam dla niej zbyt wiele czasu ostatnio. Głównie ze względu na pracę i to co się działo w tym popieprzonym trójkącie: ja, Lwiczka i Kudłaty. Mogła czuć się odepchnięta. Nie chciałam tego. Nadal jest dla mnie ważna tak mocno jak była. Nie da się wrócić czasu, a chciałabym...

Lwiczka odejdzie. Wiem to. Czuję. Właściwie już odeszła. W chwili, gdy pierwszy raz zareagowała złością na moją przyjaźń z Kudłatym. W tym momencie postanowiła odłączyć się. Dlaczego nie mogę przyjaźnić się z nimi obojgiem? Dlaczego nie możemy wypracować sobie własnego kodu, własnego języka... Dlaczego muszą się wkradać wzajemne pretensje. To boli. Lwiczka powiedziała, że ją ranię, że czuje się odstawiona na boczny tor. Zawsze starałam się jakoś zrównoważyć to wszystko, czas jaki poświęcałam i jednemu i drugiemu. Tu co prawda chodzi bardziej o czas jaki Kudłaty poświęca na kontakt ze mną, przynajmniej w moim odczuciu.

Kudłaty odejdzie. Prędzej czy później odejdzie. Już same jego pytanie, które zadał ostatnio ... Jak myślisz kiedy nasza przyjaźń się skończy? Kiedy skończy się szczerość? Stawianie takich pytań świadczy o tym, że się o takim obrocie sprawy myśli. Ja nie myślałam do tej pory, nie rozważałam tego, nie zastanawiałam się. Było to dla mnie coś kompletnie poza możliwością poznania. Jakże mogłabym nie być szczera? Jak mogłabym się nie przyjaźnić? Po tym pytaniu zaczęłam się zastanawiać. Kiedy się skończy? Nie wiem, lecz wiem co nastanie później. Pustka. W moim życiu...

Gdy kończy się szczerość, zaczyna się samotność.
Moze ja po prostu jestem jednostką aspołeczną i złym człowiekiem? Takim, który najpierw przytłacza ludzi samym sobą aż do zamęczenia, a potem wczepia się jak rzep i trzeba odrywać go od siebie by w końcu odetchnąć... Może powinnam się sama zdecydować na samotność i odizolować od ludzi? Dla ich i własnego bezpieczeństwa emocjonalnego.

Lwiczka i Kudłaty mają dziś rozmawiać. Dobrze. Chociaż moja fatalistyczna część natury krzyczy, że dostanę efektem tej rozmowy jak kulą armatnią. Chociaż rykoszetem.
Nie będę się wtrącać. Nie będę dawać rad i wysnuwać wniosków.
Będę milczeć. Wszyscy na tym skorzystają jak mniemam.

Boję się.
Jestem przerażona.
Samą sobą. Tym życiem, które na mnie spada. Świadomością, że ranię i krzywdzę tych, którzy są mi najbliżsi. Zaczynam myśleć, że dla nich byłoby lepiej gdyby mnie nie poznali. Byli by szczęśliwsi bez balastu jaki ze sobą niosę.
Gdybym nie istniała...

Może powinnam?


czwartek, 15 kwietnia 2010

Wyciągnę rękę o jeden raz więcej niż Ty ją odtrącisz...


Chciałabym pomóc, lecz nie wiem czy umiem.

Nie mogę rozwiązać problemów za Ciebie, nie mogę podejmować za Ciebie decyzji, nie mogę określić, co jest dla Ciebie ważne. To musisz zrobić sam.

Jedyne co mogę to stać obok i pomagać Ci wstać ilekroć upadniesz.
Mogę słuchać, ciągle, w kółko, bez przerwy. Mogę słuchać tak długo jak długo będziesz mówił, tak długo jak mi pozwolisz. Mogę doradzić, jeżeli tego będziesz chciał, lecz nie wcześniej. Mogę trzymać Cię za rękę i czekać aż uśniesz. Mogę po prostu być, cicha, niepozorna, ale obecna. Mogę pójść z Tobą na spacer. Taki bez słów, wśród kasztanów albo dębów. Mogę nauczyć Cię jak przytulać się do brzóz by szeptami ukoiły rozedrgany umysł. Mogę bezgłośnym słowem przypomnieć, że nie jesteś sam. Mogę podać Ci dłoń w chwilę po tym jak ją odtrącisz. Mogę stać z Tobą ramię w ramię nawet jeżeli się z Tobą nie zgadzam. Mogę odbierać Twój telefon w środku nocy by usłyszeć, że chcesz pomilczeć. Mogę...
Mogę tylko tyle...

Chcę...

niedziela, 11 kwietnia 2010

[*]

Nadal nie umiem się otrząsnąć z tego co się stało.
Nadal nie dociera to do mnie w pełni druzgocącej świadomości.

Straszna tragedia dotknęła nasz naród. Nikt nie spodziewałsię, nikt nie pomyślał nawet, że czeka nas coś takiego. Prezydencki samolot Tupolew 154-m rozbił się w smoleńskim lesie. Nieopodal Katynia. Na pokładzie było 96 osób. Nikt nie przeżył. Były wśród nich najwyższe osobistości w państwie, w tym para prezydencka, ministrowie, zwierzchnictwo sił zbrojnych, byli także Ci mniej znani, dla wielu z nas wręcz anonimowi. Lecieli do Katynia na 70. rocznicę zbrodni na polskich oficerach. O godzinie 8.56 czasu polskiego samolot, przy bardzo gęstej mgle próbował wylądować na starym, fatalnym lotnisku wojskowym w Smoleńsku.
Nie jest istotne rozważanie dlaczego zdecydowali się tam lądowac. To jak płakanie nad rozlanym mlekiem, wybaczcie to mało stosowne porównanie.
Zastanawia mnie jedno, dlaczego najważniejsze osobistości państwa leciały tym samym samolotem. Jak powiedział jeden z komentujących tę tragedię Roman Polko „ Aż się prosiło o coś złego”. Jestem tego samego zdania. Nie wkłada się wszystkich jajek do jednego koszyka... Powinno lecieć kilka mniejszych samolotów. Nauczyłam się dmuchać na zimne...

Dlaczego nie wyciągnięto wniosków po wypadku polskich żołnierzy i oficerów sprzed roku? Wówczas także zginęli wysokiej rangi żołnierze.Wówczas też lecieli jednym samolotem…

Wczoraj była wigilia Miłosierdzia Bożego. Pięć lat temu, w sobotę 2 kwietnia, zmarł nasz największy Polak - Papież Jan Paweł II… Wtedy też była wigilia Miłosierdzia Bożego. Do tego wczoraj przypadała 70. rocznica zabicia polskich oficerów przez NKWD w Katyniu. Pasażerowie Tupolewa zginęli w lesie, niedaleko miejsca mordu katyńskiego.

Tak wiele symboli, tak wiele znaków, co to może znaczyć? Wielokrotnie słyszałam stwierdzenia, że jesteśmy narodem wybranym, dlatego Bóg nas ciągle doświadcza. Denerwuje mnie fakt, że w złych chwilach zwala się wszystko na Boga, niejednokrotnie zapominając o nim w chwilach dobrych. Może powinniśmy zastanowić się co Ten na górze chce nam przez tę tragedię powiedzieć.

Wszyscy pamiętamy niedawne dyskusje premiera i prezydenta, których tematem był samolot. Kłócili się o to który z nich ma polecieć do Brukseli. Wtedy wydawało się to irytująco śmieszne. Jak dla mnie to był pierwszy znak, że stanie się coś co na zawsze zmieni nasze zapatrywania na ten środek transportu. Teraz stał się symbolem cierpienia i bólu naszego społeczeństwa.

Chciałabym wierzyć, że natchnieni ostatnimi tragicznymi wydarzeniami politycy, przestaną się kłócić a zajmą się sprawami naprawdę ważnymi. Jestem jednak realistką i mój pragmatyzm zbyt mocno daje o sobie znać. Bardziej niestety skłaniam sie ku twierdzeniu, że tragedia zostanie wykorzystana i zbezczeszczona brudną grą polityczną.

Dokładnie tak jak wykorzystywano śmierć Jana Pawła II przed pięcioma laty.

Ci, którzy odeszli mają teraz lekkie serca, cieszą się towarzystwem tych, którzy odeszli przed nimi. I tylko nam , na ziemi, z ciężkim sercem przychodzi pogodzenie się z faktem, że ich już nie będzie...

Cześć ich pamięci.

sobota, 10 kwietnia 2010

Guziki

Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie

są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychwstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi

przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las

tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów

/Z. Herbert/

Dziś nie trzeba więcej słów. Słowo - to wiele, ale milczenie - to wszystko....

Milczę z tymi, którzy odeszli [*]

sobota, 3 kwietnia 2010

...

Masochistka....

Pieprzona masochistka emocjonalna ze mnie...

Powinnam sama siebie kopnąć w dupsko. Nic dziwnego, że ludzie mnie ranią skoro sama im daję ku temu sposobność. Ba! Zachęcam ich do tego.
Odsłaniam się i sama wskazuję im czułe punkty.

Pieprzona masochistka.

Na każdą dzisiejszą łzę i cierń bólu zapracowałam sama. Daję się wciągać w ich i nie umiem się odciąć. Serce mi pęka, a nadal patrzę jak pastwią się nade mną w swojej bezmyślnej nieświadomości.

Niknę... Nic nie jest takie jak było. Już od dawna. Rozsypuję się i z każdym dniem mnie mniej. Nie widzą tego. Nie chcą widzieć. Tak jest prościej, lepiej, ładniej... Nie widzieć..

Patrzę załzawionymi oczami jak rwą mi serce rozpalonymi szczypcami ignorancji i uśmiecham się, bo przecież nie pokażę im swojego bólu, nie pokażę cierpienia. Wstydzę się. Boję się. Odgradzam się.

Nieuchronne zbliża się wielkimi krokami. Wiem, że mnie to zniszczy. Jednym słowem, jednym spotkaniem, jednym gestem. Zmiecie z powierzchni w sposób absolutny. Taki, po którym się nie podniosę. Płaczę, drżę, lękam się, ale nie ruszam się z miejsca.

Trzy rzeczy w życiu przychodzą niezapowiedziane i są nie do opanowania: strach, zazdrość i miłość. We mnie kotłują się wszystkie na raz.

Dlaczego nie idę? Dlaczego nie odchodzę? Dlaczego nie znikam?
Stoję jak słup soli, chociaż wiem, że to co nadchodzi zetrze mnie na proch i odbierze mi duszę.

Masochistka emocjonalna...

Powinnam uciec...

czwartek, 1 kwietnia 2010

Nie cierpię...

"I hate the way you talk to me,
And the way you cut your hair.
I hate the way you drive my car.
I hate it when you stare.
I hate your big dumb combat boots,
And the way you read my mind.
I hate you so much it makes me sick,
It even makes me rhyme.
I hate the way you're always right.
I hate it when you lie.
I hate the way you make me laugh,
Even worse when you make me cry.
I hate it when you're not around,
And the fact that you didn't call.
But mostly I hate the way I don't hate you,
Not even close,
Not even a little bit,
Not even at all."


Dzisiaj znów oglądałam "10 things I hate about you". Australijski akcent Heatha przyprawia mnie o ciarki i dreszcze. Ciągle... Zamykam oczy i słyszę głos. Nie Heatha. Ten inny. Przyprawiający mnie o podobne ciarki, mimo braku australijskiego akcentu. Otwieram oczy, a jego jak nie było tak nie ma. Ciężkie jest życie, nieprawdaż?
Niemniej jednak chciałabym zadedykować mu ten przewrotny wiersz.
Dlaczego?
Z tego samego powodu, dla którego tyle razy mówiłam mu: Nie cierpię Cię.
Równie przewrotnie.
Z powodu, dla którego trudno mi usnąć bez jego "Dobranoc", dziwnie się czuję bez "Dzień dobry", a dzień bez kilku zamienionych słów wydaje się dziwnie pusty.

Panie X... ja nadal Pana nie cierpię... :)