Do you know what's worth fighting for
When it's not worth dying for?
Does it take your breath away
And you feel yourself suffocating?
Does the pain weigh out the pride?
And you look for a place to hide?
Did someone break your heart inside?
You're in ruins
One, 21 guns
Lay down your arms
Give up the fight
One, 21 guns
Throw up your arms into the sky
You and I
When you're at the end of the road
And you lost all sense of control
And your thoughts have taken their toll
When your mind breaks the spirit of your soul
Your faith walks on broken glass
And the hangover doesn't pass
Nothing's ever built to last
You're in ruins
One, 21 guns
Lay down your arms
Give up the fight
One, 21 guns
Throw up your arms into the sky
You and I
Did you try to live on your own
When you burned down the house and home?
Did you stand too close to the fire?
Like a liar looking for forgiveness from a stone
When it's time to live and let die
And you can't get another try
Something inside this heart has died
You're in ruins
One, 21 guns
Lay down your arms
Give up the fight
One, 21 guns
Throw up your arms into the sky
One, 21 guns
Lay down your arms
Give up the fight
One, 21 guns
Throw up your arms into the sky
You and I
/Green Day - 21 guns/
Pierwszy raz w życiu błogosławię fakt, ze wmawianie sobie różnych rzeczy mi wychodzi jak nic. Ktoś kiedyś powiedział, że nieobecność odchudza serce. Wmawiam sobie, że tak nie jest. Wmawiam sobie, ze nie tęsknię. Wmawiam sobie, że niczego i nikogo mi nie brak. Dlaczego? Ano dlatego, ze brakuje mi tak bardzo. Dlatego, że tęsknię tak bardzo.
I wmawiam sobie. Wmawiam sobie, że to moje wmawianie jest skuteczne.
Wmawiam sobie przy dźwiękach 21 guns.
Powoli zaczynam śpiewać.
W kółko.
Ciągle.
Aż zapominam się w piosence.
Aż zapominam o tym swoim wmawianiu.
Leżę z zapaleniem płuc. Dzisiaj z grona moich znajomych o to jak się czuję zatroszczyło się kilka osób. Z grona moich przyjaciół: Lwiczka, Agi, Zuz i Wojti. To miło. Gdy zażartowałam, że tylko oni czyhają na mój spadek, Lwiczka nazwała mnie głupią i powiedziała że po prostu mnie kochają. I poryczałam się. Jakoś tak mnie to rozczuliło. A może dlatego, że Pan X o to nie zapytał? Postanowiłam się nie narzucać. Twierdzi, że tęskni, że chciałby by to po nim było widać. Cóż. Chciałabym tęsknić w taki sposób. Tęsknić i nie odzywać się, tęsknić i nie mieć potrzeby powiedzenia choćby zwykłego: "Hej. Jak się masz?"
Nauczę się. Szybko się uczę.
Włączam 21 guns...
Nie wiedziałam, że Green Day jest taki dobry na pamięć...
środa, 31 marca 2010
niedziela, 28 marca 2010
Retrospekcja - Kroniki Dużego Cichego, Dezire i zapach mandarynek
Jak ziemia wilgotna do rak twoich lepko przywieram
I staję się maścią leczę gdy w ciało mnie wcierasz
Za gęste powietrze a moja skóra oddycha
Cień ziębił mnie jeszcze ty go wargami odpychasz
Płonę
Owiń lekko mnie wokół ciała
Opleć mną miękki puls twoich ust
Potem układaj mnie jakbyś obawiał się
Że nie starczy ci mnie by przykryć cię
Zmieniasz mnie w ogień tobą pachnę i płonę
Ogrzewasz jak wodę gdy wytapiam się w tobie
Spływam swobodnie skóra muskając twe palce
Wiem już co będzie gdy się całkiem zatracę
Ja płonę
Owiń lekko mnie wokół ciała
Opleć mną miękki puls twoich ust
Potem układaj mnie jakbyś obawiał się
Że nie starczy ci mnie by przykryć
I staję się maścią leczę gdy w ciało mnie wcierasz
Za gęste powietrze a moja skóra oddycha
Cień ziębił mnie jeszcze ty go wargami odpychasz
Płonę
Owiń lekko mnie wokół ciała
Opleć mną miękki puls twoich ust
Potem układaj mnie jakbyś obawiał się
Że nie starczy ci mnie by przykryć cię
Zmieniasz mnie w ogień tobą pachnę i płonę
Ogrzewasz jak wodę gdy wytapiam się w tobie
Spływam swobodnie skóra muskając twe palce
Wiem już co będzie gdy się całkiem zatracę
Ja płonę
Owiń lekko mnie wokół ciała
Opleć mną miękki puls twoich ust
Potem układaj mnie jakbyś obawiał się
Że nie starczy ci mnie by przykryć
/Dezire - Płonę /
Kroniki Dużego Cichego rozłożyły mnie na łopatki. Stanowiły dziś cudną odmianę pozwalającą się na chwilę odbić od ciężkiej ściany koncentracji. Śmiałam się do łez czytając o obozach, na których byłam. Śmiałam się do łez wspominając gagi i zabawne sytuacje (-Cichy, czy możesz mi wytłumaczyć co robi bielizna Justysi w Twoim namiocie? - Ekhm... Mieszka?). Jacy my byliśmy młodzi i beztroscy... A jacy jesteśmy dzisiaj? Młodzi i beztroscy... Beztroscy może nieco mniej, ale nadal mamy w sobie ten ogień. Przynajmniej niektórzy :P I to napawa mnie optymizmem :))))
Z rzeczy, które mnie cieszą dzisiaj najbardziej jest fakt, że chyba znalazłam styl, w którym czuję się świetnie.
Spojrzałam ostatnio w lustro, zerknęłam na ofertę odzieżową proponowaną dla kobiet w rozmiarze 46+ i załamałam rączki. A potem przyjrzałam się raz jeszcze i przyszło olśnienie. A gdzie kształty Marylin Monroe?! Lata '50! Cudownie kobiece i seksowne pin up girls, które zachwycały pewnością siebie i pięknem krągłości.
W przypływie nagłej inspiracji przeszukałam zasoby internetu i jęknęłam z rozkoszną satysfakcją. To coś dla mnie! Ubrania i kroje dzięki, którym bezkształtne worki proponowane przez współczesnych producentów ubrań na zawsze znikną z mojej szafy.
Spódnice ołówkowe akcentujące wcięcie w talii i krągłe biodra, bluzeczki i sukienki podkreślające proporcjonalność figury. W końcu kobieta może być kobietą bez względu na rozmiar płaszcza.
Zadowolona z siebie zamówiłam szeroki pas do pończoch w kolorze czarnym oraz pończochy ze szwem z tyłu (Mrrrrrrrr!). Następnie z nieśmiałością zagłębiłam się w aukcje na allegro. Jest! Były sukienki, w moim rozmiarze! Oczka zaświeciły mi się łakomie, po czym hamując własne zapędy skusiłam się na dwie: Mena oraz Marylin. Nie mogę się już doczekać gdy wszystkie części dotrą w moje łapki. Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze butów. Oczywiście na wszystko posiadającym portalu allegro znalazłam i owe, lecz jakoś nie jestem przekonana do zakupu butów przez internet, wolę je przymierzyć.
Od samego patrzenia na te świetne ciuchy poczułam się seksownie i zapadka w moim umyśle ponownie otworzyła się na piękno tego świata. Przy okazji zalewając mnie falą zmysłowości i pożądania. Okrucieństwo losu nie zna granic ;)
I z tegoż wspaniałego powodu przypomniała mi się stara piosenka Dezire "Płonę". Bowiem i ja płonę, z wielu powodów. Pragnienia należy zaspokajać, co też sukcesywnie zamierzam czynić, ale do tego potrzeba kilku jeszcze składowych.
Nieustannie tęsknię za Panem X.
Za jego fizyczną obecnością. Za tym by móc go dotknąć, wtulić się w jego ramiona podczas oglądania filmu, za jego zapachem, za smakiem, za uśmiechem, za żartami, za spojrzeniem.
Ba! Nawet za tym czymś, co pali tęsknię...
Tęsknię za wspólnym oglądaniem głupawego filmu i piciem piwa, za jedzeniem chipsów o północy i poszukiwaniem zapalniczki w półmroku.
Tęsknię za dziecinną bitwą na poduszki i całkiem dojrzałymi dywagacjami nad polskim społeczeństwem i jego stanem intelektualnym.
Tak po prostu.
Tęsknię.
I cieszy mnie, że on też tęskni.
Przynajmniej staram się przemóc moją ostatnią nieufność i wierzyć w to, że tak jest.
Skoro tak mówi. Nie mam przecież powodów by wątpić w jego słowa, prawda?
Dość, że dzięki temu nie czuję się samotna w tej mojej tęsknocie.
I nie czuję się głupio wsadzając nos w torebkę po tytoniu.
Ani wąchając w sklepie mandarynki.
Z rzeczy, które mnie cieszą dzisiaj najbardziej jest fakt, że chyba znalazłam styl, w którym czuję się świetnie.
Spojrzałam ostatnio w lustro, zerknęłam na ofertę odzieżową proponowaną dla kobiet w rozmiarze 46+ i załamałam rączki. A potem przyjrzałam się raz jeszcze i przyszło olśnienie. A gdzie kształty Marylin Monroe?! Lata '50! Cudownie kobiece i seksowne pin up girls, które zachwycały pewnością siebie i pięknem krągłości.
W przypływie nagłej inspiracji przeszukałam zasoby internetu i jęknęłam z rozkoszną satysfakcją. To coś dla mnie! Ubrania i kroje dzięki, którym bezkształtne worki proponowane przez współczesnych producentów ubrań na zawsze znikną z mojej szafy.
Spódnice ołówkowe akcentujące wcięcie w talii i krągłe biodra, bluzeczki i sukienki podkreślające proporcjonalność figury. W końcu kobieta może być kobietą bez względu na rozmiar płaszcza.
Zadowolona z siebie zamówiłam szeroki pas do pończoch w kolorze czarnym oraz pończochy ze szwem z tyłu (Mrrrrrrrr!). Następnie z nieśmiałością zagłębiłam się w aukcje na allegro. Jest! Były sukienki, w moim rozmiarze! Oczka zaświeciły mi się łakomie, po czym hamując własne zapędy skusiłam się na dwie: Mena oraz Marylin. Nie mogę się już doczekać gdy wszystkie części dotrą w moje łapki. Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze butów. Oczywiście na wszystko posiadającym portalu allegro znalazłam i owe, lecz jakoś nie jestem przekonana do zakupu butów przez internet, wolę je przymierzyć.
Od samego patrzenia na te świetne ciuchy poczułam się seksownie i zapadka w moim umyśle ponownie otworzyła się na piękno tego świata. Przy okazji zalewając mnie falą zmysłowości i pożądania. Okrucieństwo losu nie zna granic ;)
I z tegoż wspaniałego powodu przypomniała mi się stara piosenka Dezire "Płonę". Bowiem i ja płonę, z wielu powodów. Pragnienia należy zaspokajać, co też sukcesywnie zamierzam czynić, ale do tego potrzeba kilku jeszcze składowych.
Nieustannie tęsknię za Panem X.
Za jego fizyczną obecnością. Za tym by móc go dotknąć, wtulić się w jego ramiona podczas oglądania filmu, za jego zapachem, za smakiem, za uśmiechem, za żartami, za spojrzeniem.
Ba! Nawet za tym czymś, co pali tęsknię...
Tęsknię za wspólnym oglądaniem głupawego filmu i piciem piwa, za jedzeniem chipsów o północy i poszukiwaniem zapalniczki w półmroku.
Tęsknię za dziecinną bitwą na poduszki i całkiem dojrzałymi dywagacjami nad polskim społeczeństwem i jego stanem intelektualnym.
Tak po prostu.
Tęsknię.
I cieszy mnie, że on też tęskni.
Przynajmniej staram się przemóc moją ostatnią nieufność i wierzyć w to, że tak jest.
Skoro tak mówi. Nie mam przecież powodów by wątpić w jego słowa, prawda?
Dość, że dzięki temu nie czuję się samotna w tej mojej tęsknocie.
I nie czuję się głupio wsadzając nos w torebkę po tytoniu.
Ani wąchając w sklepie mandarynki.
poniedziałek, 22 marca 2010
Kształt mojego serca...
Sting mi gra w tym sercu, co się spod ziemi wygrzebało.
Wina Leosia Zawodowca i Kudłatego.
Shape of my heart - delikatne, subtelne dźwięki, które wyciszają i uspokajają.
A serce się wygrzebało i w nocy mnie nękać zaczęło, spać nie dało. Musiałam je wstawić na miejsce.
Uparte, małe, wredne! Istna cholera...
I na samo dzień dobry znów mnie nęka. Tą swoją dobrocią cholerną.
Wolałabym być niemiła i sukowata, tacy ludzie mają lepiej i łatwiej w życiu, ale nie umiem. Wszystko przez tą upierdliwą małą mendę siedzącą mi w piersi jak na tronie. Rządzi się utrapienica jedna.
Serce.
Jej kształt się zmienia. Z każdą chwilą rośnie w siłę, odzyskuje rumieniec.
Ech...
A myślałam, że tylko wątroba może się w człowieku regenerować...
Wina Leosia Zawodowca i Kudłatego.
Shape of my heart - delikatne, subtelne dźwięki, które wyciszają i uspokajają.
A serce się wygrzebało i w nocy mnie nękać zaczęło, spać nie dało. Musiałam je wstawić na miejsce.
Uparte, małe, wredne! Istna cholera...
I na samo dzień dobry znów mnie nęka. Tą swoją dobrocią cholerną.
Wolałabym być niemiła i sukowata, tacy ludzie mają lepiej i łatwiej w życiu, ale nie umiem. Wszystko przez tą upierdliwą małą mendę siedzącą mi w piersi jak na tronie. Rządzi się utrapienica jedna.
Serce.
Jej kształt się zmienia. Z każdą chwilą rośnie w siłę, odzyskuje rumieniec.
Ech...
A myślałam, że tylko wątroba może się w człowieku regenerować...
niedziela, 21 marca 2010
Colorblind
I am colorblind
Coffee black and egg white
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am
Taffy stuck, tongue tied
Stuttered shook and uptight
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am...fine
I am covered in skin
No one gets to come in
Pull me out from inside
I am folded, and unfolded, and unfolding
I am
colorblind
Coffee black and egg white
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am...fine
I am.... fine
I am fine
Zamykam kolejny rozdział życia. Najwyższy czas.
Boli jak jasna cholera, ale nie będę z tym zwlekać.
I tak mam wrażenie, że jest już za późno.
Chwyciłam za skalpel zdrowego rozsądku i zaczęłam mozolną pracę.
Odcinam niewypowiedziane słowa. Jak ścięgna oddzielam je od siebie i pieczołowicie chowam do pudełka po butach.
Odcinam nienazwane uczucia. Jednym ruchem. Bez sentymentów. Je pogrzebię bezpośrednio w ziemi. Niech gniją. Po jaką cholerę narosły?
Amputuję Cię. Miażdżę. Własnoręcznie.
Nie chcę Ciebie w moim życiu.
Bolisz.
Zbyt często bolisz.
Mówili, że nie wytrzymam bez Ciebie, że nie dam rady żyć..
Sama tak twierdziłam.
Czas się przekonać.
Jeżeli doczekam ranka, to znaczy, że kłamali.
Jeżeli nie... Cóż... Wtedy to nie będzie i tak miało znaczenia.
Wycinam Cię brutalnie i do cna.
Nie zostawię nawet najmniejszej niteczki łączącej Cię ze mną.
Boże, dlaczego to tak boli? Dlaczego boli coś do czego nie mam prawa, coś czego nie chcę?
Niedopowiedzenia, manipulacje, gierki słowne - to wszystko Twoje metody działania. Usuwam je z siebie jak wrzód. Krwawisz? Dobrze.
Cierp.
Cierpię z Tobą.
Milczenie gdy chce się krzyczeć.
Uśmiech gdy chce się wyć.
Nieuzasadnione tęsknoty.
Znikam je z siebie wraz z Tobą.
Już nie krzyczysz.
Amputowałam Cię.
Czuję pustkę. Zimną i przeraźliwą.
Chowam Cię do metalowej puszki po maślanych ciastkach.
Nie chcę być już dobrym człowiekiem, bo dobrzy ludzie cierpią.
Nie chcę cierpieć.
Never ever.
Grzebię Cię pod brzozą.
Wycinam tabliczkę.
Kładę pojedynczą różę.
Tuż obok napisu.
"Serce"
Nie miałam Cię już by dopisać "Zdradzieckie"...
Coffee black and egg white
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am
Taffy stuck, tongue tied
Stuttered shook and uptight
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am...fine
I am covered in skin
No one gets to come in
Pull me out from inside
I am folded, and unfolded, and unfolding
I am
colorblind
Coffee black and egg white
Pull me out from inside
I am ready
I am ready
I am ready
I am...fine
I am.... fine
I am fine
Zamykam kolejny rozdział życia. Najwyższy czas.
Boli jak jasna cholera, ale nie będę z tym zwlekać.
I tak mam wrażenie, że jest już za późno.
Chwyciłam za skalpel zdrowego rozsądku i zaczęłam mozolną pracę.
Odcinam niewypowiedziane słowa. Jak ścięgna oddzielam je od siebie i pieczołowicie chowam do pudełka po butach.
Odcinam nienazwane uczucia. Jednym ruchem. Bez sentymentów. Je pogrzebię bezpośrednio w ziemi. Niech gniją. Po jaką cholerę narosły?
Amputuję Cię. Miażdżę. Własnoręcznie.
Nie chcę Ciebie w moim życiu.
Bolisz.
Zbyt często bolisz.
Mówili, że nie wytrzymam bez Ciebie, że nie dam rady żyć..
Sama tak twierdziłam.
Czas się przekonać.
Jeżeli doczekam ranka, to znaczy, że kłamali.
Jeżeli nie... Cóż... Wtedy to nie będzie i tak miało znaczenia.
Wycinam Cię brutalnie i do cna.
Nie zostawię nawet najmniejszej niteczki łączącej Cię ze mną.
Boże, dlaczego to tak boli? Dlaczego boli coś do czego nie mam prawa, coś czego nie chcę?
Niedopowiedzenia, manipulacje, gierki słowne - to wszystko Twoje metody działania. Usuwam je z siebie jak wrzód. Krwawisz? Dobrze.
Cierp.
Cierpię z Tobą.
Milczenie gdy chce się krzyczeć.
Uśmiech gdy chce się wyć.
Nieuzasadnione tęsknoty.
Znikam je z siebie wraz z Tobą.
Już nie krzyczysz.
Amputowałam Cię.
Czuję pustkę. Zimną i przeraźliwą.
Chowam Cię do metalowej puszki po maślanych ciastkach.
Nie chcę być już dobrym człowiekiem, bo dobrzy ludzie cierpią.
Nie chcę cierpieć.
Never ever.
Grzebię Cię pod brzozą.
Wycinam tabliczkę.
Kładę pojedynczą różę.
Tuż obok napisu.
"Serce"
Nie miałam Cię już by dopisać "Zdradzieckie"...
poniedziałek, 15 marca 2010
Dystans...
Wieczór w towarzystwie naparu z lipy zakrapianego rumem, cytryną i miodem. Ot na rozgrzanie. A to wszystko przy dźwiękach "The Truth" - Good Charlotte.
Brutalnej, bolesnej, wczepiającej mi się w mózg i wydzierającej ostatki nadziei i przyzwoitości.
Chcę cholernej prawdy.
Mam dość gubienia się w domysłach.
Czego Ty ode mnie chcesz? Czego oczekujesz? Dlaczego mnie dręczysz wciąż swoim niezdecydowaniem, swoimi humorami, swoimi pretensjami? Nie odpowiadam Ci więc po co wciąż tu jesteś? Po co stoisz mi pod oknem i pukasz wciąż i na nowo? Dlaczego dręczysz mnie pakując się do mojej głowy, nie dając o sobie zapomnieć - jakbym w ogóle mogła.... To trwa zbyt długo, nie sądzisz? Podejmij chociaż raz w życiu męską decyzję. Ja się poddaję, kapituluję, wieszam białą flagę zostawiając Tobie decyzję co dalej z ta bitwą. Nie mam na to wszystko siły. Zwijam się samotna w kłębek. Zasypiam samotna. Przecież nigdzie człowiek nie jest równie samotny jak leżąc w łóżku z własnymi myślami i uczuciami, chwilę przed zaśnięciem.
Bezgłośnie wyję błagając o to by ktoś przegnał koszmary i potrzymał mnie za rękę, gdy zasypiam. Nikt nie słyszy tego milczącego wołania. Nikt nie zna mnie na tyle by się zorientować, prawda?
Po tylu latach jestem dla nich wszystkich obca.
Tak naprawdę nie chcieli mnie poznać. Nikt. Nawet pies z kulawą nogą.
Ja nie będę błagać.
Nigdy więcej nie będę już nikogo o nic błagać.
Ani o to by mnie dotknął, ani o to by mnie przytulił.
Nigdy.
Never.
Ever.
Te podchody mnie męczą.
Masz odwagę mi powiedzieć wszystko prosto w twarz?
Ja naprawdę wolę być samotna niż niemile widziana.
Na dystans jesteśmy mniej onieśmieleni, niż patrząc sobie w twarz; że łatwiej przychodzi nam coś napisać, niż powiedzieć...
Chrzanię dystans. Chcę prawdy.Brutalnej, bolesnej, wczepiającej mi się w mózg i wydzierającej ostatki nadziei i przyzwoitości.
Chcę cholernej prawdy.
Mam dość gubienia się w domysłach.
Czego Ty ode mnie chcesz? Czego oczekujesz? Dlaczego mnie dręczysz wciąż swoim niezdecydowaniem, swoimi humorami, swoimi pretensjami? Nie odpowiadam Ci więc po co wciąż tu jesteś? Po co stoisz mi pod oknem i pukasz wciąż i na nowo? Dlaczego dręczysz mnie pakując się do mojej głowy, nie dając o sobie zapomnieć - jakbym w ogóle mogła.... To trwa zbyt długo, nie sądzisz? Podejmij chociaż raz w życiu męską decyzję. Ja się poddaję, kapituluję, wieszam białą flagę zostawiając Tobie decyzję co dalej z ta bitwą. Nie mam na to wszystko siły. Zwijam się samotna w kłębek. Zasypiam samotna. Przecież nigdzie człowiek nie jest równie samotny jak leżąc w łóżku z własnymi myślami i uczuciami, chwilę przed zaśnięciem.
Bezgłośnie wyję błagając o to by ktoś przegnał koszmary i potrzymał mnie za rękę, gdy zasypiam. Nikt nie słyszy tego milczącego wołania. Nikt nie zna mnie na tyle by się zorientować, prawda?
Po tylu latach jestem dla nich wszystkich obca.
Tak naprawdę nie chcieli mnie poznać. Nikt. Nawet pies z kulawą nogą.
Ja nie będę błagać.
Nigdy więcej nie będę już nikogo o nic błagać.
Ani o to by mnie dotknął, ani o to by mnie przytulił.
Nigdy.
Never.
Ever.
Te podchody mnie męczą.
Masz odwagę mi powiedzieć wszystko prosto w twarz?
Ja naprawdę wolę być samotna niż niemile widziana.
niedziela, 14 marca 2010
Ludzie rozczarowują w małych szczegółach...
Ludzie dawniej byli bliżsi sobie.
Nie mieli wyjścia. Musieli.
Broń nie niosła tak daleko jak dzisiaj.
Weekend obfitował w rozmaite przemyślenia. Doszłam do wniosku, że nie należy od ludzi nic oczekiwać. W każdym razie nie należy wymagać od nich równie wiele jak od siebie. To nie ma szans powodzenia. Lepiej jest spodziewać się po nich tego co najgorsze - można co najwyżej miło się zdziwić. A tak... Oczekuje człowiek od innych tego samego czego oczekuje od siebie i tylko rozczarowanie rośnie.
Ludzie rozczarowują w małych szczegółach. O ile jest to pojedyncza mała bzdurka to nie ma problemu., przechodzimy nad nią do porządku dziennego. Jednak gdy takich małych bzdurek zbierze się więcej? Wtedy czujemy irytację i rozżalenie.
We mnie właśnie takie rozżalenie wezbrało.
Sara powiedziała onegdaj, że na brak szacunku człowiek sam sobie pracuje. Miała rację. Ja sobie na brak szacunku dla mojej osoby zapracowałam ciężko. Czy moje stwierdzenie jest pełne sarkazmu? Oczywiście! To pełnoprzekrojowa autoironia.
Tak to właśnie bywa... Gdy oddajesz z siebie zbyt dużo, ludzie się przyzwyczajają i korzystają z tego pełnymi garściami. Z upływem czasu to im powszednieje i staje się czymś normalnym, czymś co zawsze jest. Nieważne, ze ty kolejny raz zarywasz noc. Gdy nieśmiało o tym wspominasz dziwią się. "A po co? Przecież my cię nie prosiliśmy o to" - mówią. Mają rację. Nie prosili. A skoro sama dałaś, to widocznie miałaś taką potrzebę. Nie szanujesz siebie, moja droga kobietko, więc z jakiej racji oni mają szanować Ciebie?
Sprawa ma się inaczej kiedy to Ty potrzebujesz wsparcia. To, że potrzebujesz nie oznacza, że je dostaniesz. Nagle może się okazać, że Ty stoisz na ostatnim miejscu łańcucha potrzeb do spełnienia. To, że Ty rzucałaś, kobietko, wszystko by pomóc, nie ma znaczenia, bo przecież nikt Cię o to nie prosił. Trzeba być asertywnym, moja droga. Żeby ludzie Cię cenili, trzeba czasem mówić: "Nie".
Najbardziej jestem ostatnio rozczarowana mężczyznami w moim życiu. Nie tylko tymi, których kocham, w ten czy inny sposób. Zdziwieni? Kochać można na różne sposoby. Kocha się męża, partnera, brata, mentora, przyjaciela... A co jeżeli oni rozczarowują najbardziej? Jak pisał Jonathan Caroll w "Białych jabłkach"- "Tak to już jest, że kobiety złoszczą się, denerwują lub są rozczarowane mężczyznami z tego czy innego powodu. To nieuchronne. Im bardziej cię przedtem kochały, tym większy zawód sprawiasz im na końcu. Dajesz za mało albo za dużo. Zły kolor, zły czas, zły gest. Powiedz komplement, a zbędą cię wzruszeniem ramion lub zimną uwagą typu: „Spostrzegawczy jesteś”.
Wspaniały Caroll nie napisał jedynie czemu. Mężczyźni bowiem rozczarowują w szczegółach najczęściej. Sami pragną zostać wysłuchani, pragną by oddać im nieco czasu ze swego życia, pragną by pogłaskać ich po głowach i powiedzieć: "Będzie dobrze". Pragną by zostać z nimi aż usną, by utwierdzić ich w przeświadczeniu jacy są cudowni, wspaniali i jedyni. Kiedy jednak kobiety potrzebują by to je ktoś potrzymał za rękę gdy zasypiają.... Cóż, jest wiele rzeczy ważniejszych od nich. To właśnie takie małe niby nic nie znaczące rozczarowanie. Zawiedziona kobieta nie upomni się o swoje w sposób nachalny i bezpośredni, raczej zdusi to w sobie obracając swoją niemą prośbę w żart. Dojdzie przy tym do wniosku, że więcej narzucać się nie będzie i kolejnej prośby nie usłyszysz, drogi mężczyzno. A poczucie odrzucenia i zlekceważenia, będzie w kobiecie tkwić jak kaktus w sercu. I boleć będzie. Jak mnie boli.
Czas więc zacząć się szanować. I swój czas szanować. I swoją pomoc. I obecność. Czas zacząć mówić: "Nie".
Może jeszcze zaczną to doceniać...
Nie mieli wyjścia. Musieli.
Broń nie niosła tak daleko jak dzisiaj.
Weekend obfitował w rozmaite przemyślenia. Doszłam do wniosku, że nie należy od ludzi nic oczekiwać. W każdym razie nie należy wymagać od nich równie wiele jak od siebie. To nie ma szans powodzenia. Lepiej jest spodziewać się po nich tego co najgorsze - można co najwyżej miło się zdziwić. A tak... Oczekuje człowiek od innych tego samego czego oczekuje od siebie i tylko rozczarowanie rośnie.
Ludzie rozczarowują w małych szczegółach. O ile jest to pojedyncza mała bzdurka to nie ma problemu., przechodzimy nad nią do porządku dziennego. Jednak gdy takich małych bzdurek zbierze się więcej? Wtedy czujemy irytację i rozżalenie.
We mnie właśnie takie rozżalenie wezbrało.
Sara powiedziała onegdaj, że na brak szacunku człowiek sam sobie pracuje. Miała rację. Ja sobie na brak szacunku dla mojej osoby zapracowałam ciężko. Czy moje stwierdzenie jest pełne sarkazmu? Oczywiście! To pełnoprzekrojowa autoironia.
Tak to właśnie bywa... Gdy oddajesz z siebie zbyt dużo, ludzie się przyzwyczajają i korzystają z tego pełnymi garściami. Z upływem czasu to im powszednieje i staje się czymś normalnym, czymś co zawsze jest. Nieważne, ze ty kolejny raz zarywasz noc. Gdy nieśmiało o tym wspominasz dziwią się. "A po co? Przecież my cię nie prosiliśmy o to" - mówią. Mają rację. Nie prosili. A skoro sama dałaś, to widocznie miałaś taką potrzebę. Nie szanujesz siebie, moja droga kobietko, więc z jakiej racji oni mają szanować Ciebie?
Sprawa ma się inaczej kiedy to Ty potrzebujesz wsparcia. To, że potrzebujesz nie oznacza, że je dostaniesz. Nagle może się okazać, że Ty stoisz na ostatnim miejscu łańcucha potrzeb do spełnienia. To, że Ty rzucałaś, kobietko, wszystko by pomóc, nie ma znaczenia, bo przecież nikt Cię o to nie prosił. Trzeba być asertywnym, moja droga. Żeby ludzie Cię cenili, trzeba czasem mówić: "Nie".
Najbardziej jestem ostatnio rozczarowana mężczyznami w moim życiu. Nie tylko tymi, których kocham, w ten czy inny sposób. Zdziwieni? Kochać można na różne sposoby. Kocha się męża, partnera, brata, mentora, przyjaciela... A co jeżeli oni rozczarowują najbardziej? Jak pisał Jonathan Caroll w "Białych jabłkach"- "Tak to już jest, że kobiety złoszczą się, denerwują lub są rozczarowane mężczyznami z tego czy innego powodu. To nieuchronne. Im bardziej cię przedtem kochały, tym większy zawód sprawiasz im na końcu. Dajesz za mało albo za dużo. Zły kolor, zły czas, zły gest. Powiedz komplement, a zbędą cię wzruszeniem ramion lub zimną uwagą typu: „Spostrzegawczy jesteś”.
Wspaniały Caroll nie napisał jedynie czemu. Mężczyźni bowiem rozczarowują w szczegółach najczęściej. Sami pragną zostać wysłuchani, pragną by oddać im nieco czasu ze swego życia, pragną by pogłaskać ich po głowach i powiedzieć: "Będzie dobrze". Pragną by zostać z nimi aż usną, by utwierdzić ich w przeświadczeniu jacy są cudowni, wspaniali i jedyni. Kiedy jednak kobiety potrzebują by to je ktoś potrzymał za rękę gdy zasypiają.... Cóż, jest wiele rzeczy ważniejszych od nich. To właśnie takie małe niby nic nie znaczące rozczarowanie. Zawiedziona kobieta nie upomni się o swoje w sposób nachalny i bezpośredni, raczej zdusi to w sobie obracając swoją niemą prośbę w żart. Dojdzie przy tym do wniosku, że więcej narzucać się nie będzie i kolejnej prośby nie usłyszysz, drogi mężczyzno. A poczucie odrzucenia i zlekceważenia, będzie w kobiecie tkwić jak kaktus w sercu. I boleć będzie. Jak mnie boli.
Czas więc zacząć się szanować. I swój czas szanować. I swoją pomoc. I obecność. Czas zacząć mówić: "Nie".
Może jeszcze zaczną to doceniać...
sobota, 13 marca 2010
No comment,,,
Żadnego komentarza dotyczącego dzisiejszego dnia... Zapomnieć, zaspać, zapić...
Tak koszmarnego dnia dawno nie miałam.
Najpierw praca, potem wzięły w łeb wszelkie plany a mnie to nawet nie obeszło, co świadczy o tym, że znów jestem przemęczona.
Za późno na przeprosiny.... Timbaland w słuchawkach. One Republic na głośnikach.
Wieczór spędzam z winem, kominkiem i ciszą.
Ciszą nieplanowaną. Ale cóż to za niespodzianka w dniu dzisiejszym? Żadna...
Liczyłam na kilka słów komentarza, ale widocznie nie tylko ja mam dzień, w którym żaden komentarz się nie nasuwa? A może po prostu to nie było warte żadnego słowa. Zaczyna mi to wisieć i powiewać.
W przebłysku rozsądku, Wojti, powiedział dziś, że się znudzę. Pierwsza. Miał rację? Nie skomentuję tego dziś. Czemu? Bo po prostu chwilowo mam mętlik w głowie i jest mi tak cholernie i kurewsko przykro, że aż nie mogę oddychać.
Brak mi Tommiego i jego ramienia, na którym mogę wypłakać wszystkie żale a on nie będzie pytał o powód płaczu.
Brak mi wirtualnego ... Dlaczego? Bo to jest takie.... Hmmm.... xDDDDD Na to też nie mam komentarza. Może ja po prostu jestem dziwna? xD
Jak się odrobinę ogarnę, pójdę z Adaśkiem do kina. W końcu trzeba znaleźć trochę czasu dla swojego ulubieńca ;-) Ale żadnych spotkań na przystanku pod IPN-em xD Nigdy więcej takich przeżyć! Ile to już minęło? Pół roku? Może troszkę więcej. W zasadzie do kina z Adaśkiem zabrałabym i Lwiczkę. Rozerwałaby się nieco, pośmiała, oderwała od myślenia w kółko o tym samym. I mnie i jej dobrze by to zrobiło.
Odciąć się od tego wszystkiego, odseparować, odetchnąć... Chronić siebie... To właśnie powinnam zrobić. To podpowiada mój rozsądek. Nie dać się ranic i nie dać się kopać. Nigdy więcej. Nikomu.
Ludzie to hieny. Przychodzą łasząc się do Ciebie gdy czegoś potrzebują, ale gotowi są rozszarpać Cię gdy tylko okażesz słabość.
I najpoważniejsza refleksja, która dziś mnie zaatakowała z całą siłą...MYLIŁAM SIĘ!
Cholernie się myliłam.
Agusia też się myliła.
Nie warto do tego wracać. Należy zagrzebać głęboko i dopilnować by nikt się do tego nie dokopał. Nigdy.
Tylko świadomość popełnionego błędu boli i tkwi jak zadra.
Wyrwę ją. Amputuję połowę siebie. Byle nie myśleć i nie czuć. Wyrwać z korzeniami i spopielić wzrokiem.
Nauczę się być asertywna i mówić nie.
Konsekwencji też się nauczę. Tych wobec samej siebie.
Jedno słowo. Czekałam na to jedno słowo cały dzisiejszy pieprzony dzień.
Nie nadeszło.
Nie będę czekać więcej.
Nie będę i koniec.
Więcej czasu mi nie potrzeba.
Tak koszmarnego dnia dawno nie miałam.
Najpierw praca, potem wzięły w łeb wszelkie plany a mnie to nawet nie obeszło, co świadczy o tym, że znów jestem przemęczona.
Za późno na przeprosiny.... Timbaland w słuchawkach. One Republic na głośnikach.
Wieczór spędzam z winem, kominkiem i ciszą.
Ciszą nieplanowaną. Ale cóż to za niespodzianka w dniu dzisiejszym? Żadna...
Liczyłam na kilka słów komentarza, ale widocznie nie tylko ja mam dzień, w którym żaden komentarz się nie nasuwa? A może po prostu to nie było warte żadnego słowa. Zaczyna mi to wisieć i powiewać.
W przebłysku rozsądku, Wojti, powiedział dziś, że się znudzę. Pierwsza. Miał rację? Nie skomentuję tego dziś. Czemu? Bo po prostu chwilowo mam mętlik w głowie i jest mi tak cholernie i kurewsko przykro, że aż nie mogę oddychać.
Brak mi Tommiego i jego ramienia, na którym mogę wypłakać wszystkie żale a on nie będzie pytał o powód płaczu.
Brak mi wirtualnego ... Dlaczego? Bo to jest takie.... Hmmm.... xDDDDD Na to też nie mam komentarza. Może ja po prostu jestem dziwna? xD
Jak się odrobinę ogarnę, pójdę z Adaśkiem do kina. W końcu trzeba znaleźć trochę czasu dla swojego ulubieńca ;-) Ale żadnych spotkań na przystanku pod IPN-em xD Nigdy więcej takich przeżyć! Ile to już minęło? Pół roku? Może troszkę więcej. W zasadzie do kina z Adaśkiem zabrałabym i Lwiczkę. Rozerwałaby się nieco, pośmiała, oderwała od myślenia w kółko o tym samym. I mnie i jej dobrze by to zrobiło.
Odciąć się od tego wszystkiego, odseparować, odetchnąć... Chronić siebie... To właśnie powinnam zrobić. To podpowiada mój rozsądek. Nie dać się ranic i nie dać się kopać. Nigdy więcej. Nikomu.
Ludzie to hieny. Przychodzą łasząc się do Ciebie gdy czegoś potrzebują, ale gotowi są rozszarpać Cię gdy tylko okażesz słabość.
I najpoważniejsza refleksja, która dziś mnie zaatakowała z całą siłą...MYLIŁAM SIĘ!
Cholernie się myliłam.
Agusia też się myliła.
Nie warto do tego wracać. Należy zagrzebać głęboko i dopilnować by nikt się do tego nie dokopał. Nigdy.
Tylko świadomość popełnionego błędu boli i tkwi jak zadra.
Wyrwę ją. Amputuję połowę siebie. Byle nie myśleć i nie czuć. Wyrwać z korzeniami i spopielić wzrokiem.
Nauczę się być asertywna i mówić nie.
Konsekwencji też się nauczę. Tych wobec samej siebie.
Jedno słowo. Czekałam na to jedno słowo cały dzisiejszy pieprzony dzień.
Nie nadeszło.
Nie będę czekać więcej.
Nie będę i koniec.
Więcej czasu mi nie potrzeba.
czwartek, 11 marca 2010
Karmel w puszce, krakersy z nutellą...
Niezdrowe i dziwne smaki.
Karmel w puszce, krakersy i słone paluszki z nutellą... Ktoś jeszcze czegoś sobie życzy?
Kajmak do zjedzenia w nocy.
Gdy się pisze potrzeba energii.. A ja dużo piszę ostatnio. Wróciłam do pisania książki. Dwa rozdziały gotowe, trzeci w głowie.
Książka o wariatce.
O kobiecie szalonej.
Niemoralnej.
Nieetycznej.
Łamiącej konwenanse.
Niszczycielce.
O moim alter ego.
Lwiczka przeczyta ją w całości jako pierwsza. Obiecałam.
Dedykację też już mam gotową...
Niezmienną od lat.
Pisanie pomaga. Zajmuje czas i myśli. Skupianie się na szczegółach pomaga. Pozwala nabrać dystansu.
Inspiracji mam aż nadto. Nad dystansem i cierpliwością pracuję w pocie czoła.
Od pisania robią mi się zakwasy w dłoniach (mogą?) i odgniotki na opuszkach palców. Na klawiaturze nikną znaczniki liter.
Kubek jest czarny od mocnej kawy.
Łyżka równie ciemna od nutelli.
Pisanie pomaga.
Karmel w puszce także.
Może to dobry tytuł?
Karmel w puszce, krakersy i słone paluszki z nutellą... Ktoś jeszcze czegoś sobie życzy?
Kajmak do zjedzenia w nocy.
Gdy się pisze potrzeba energii.. A ja dużo piszę ostatnio. Wróciłam do pisania książki. Dwa rozdziały gotowe, trzeci w głowie.
Książka o wariatce.
O kobiecie szalonej.
Niemoralnej.
Nieetycznej.
Łamiącej konwenanse.
Niszczycielce.
O moim alter ego.
Lwiczka przeczyta ją w całości jako pierwsza. Obiecałam.
Dedykację też już mam gotową...
Niezmienną od lat.
Pisanie pomaga. Zajmuje czas i myśli. Skupianie się na szczegółach pomaga. Pozwala nabrać dystansu.
Inspiracji mam aż nadto. Nad dystansem i cierpliwością pracuję w pocie czoła.
Od pisania robią mi się zakwasy w dłoniach (mogą?) i odgniotki na opuszkach palców. Na klawiaturze nikną znaczniki liter.
Kubek jest czarny od mocnej kawy.
Łyżka równie ciemna od nutelli.
Pisanie pomaga.
Karmel w puszce także.
Może to dobry tytuł?
---------------------------------------------------------
Wojtek wczoraj zwrócił mi uwagę na pewną rzecz. Mówiłam, że z niego taki głos rozsądku w moim życiu? Stwierdził, że ma nadzieję, iż to nie on jest tym Przyjacielem, bo to duża odpowiedzialność. Miał rację! Nie pomyślałam o tym!
Dla mnie wszystko jest jasne, ale może niepotrzebnie o tym mówiłam? Może to jedna z tych rzeczy, które muszą leżakować, jak wino, zanim nabiorą odpowiedniej mocy i smaku?
A może to jedna z tych rzeczy, które w ogóle powinny czekać aż ktoś sam się do nich dokopie?
Teraz już za późno. Mleko się rozlało. Bombki @%#$ strzelił... itd... itp...
Grunt, że reakcja (o ile można ją tak nazwać xD ) była pięknie wymierzonym prawym sierpowym w mój policzek. Jestem grzeszną kobietą, Biblia u mnie jedynie na półce, więc drugiego nadstawiać nie będę. Nie lubię jak mnie biją. Nigdy więcej raczej wracać do tego nie będę. End of story. Case closed. Discussion is over.
Nie obrażam się. Zakończyłam obrażanie się na ostatniej klasie szkoły podstawowej, gdy po raz kolejny moja szkolna sympatia powiedziała do mnie per "Piggy". Roześmiałam się wtedy w głos i z tamtym dniem zakończyłam erę obrażania się. Po prostu czasem jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. Mam uczucia. Zdziwieni?
Emocje się kłębią we mnie jak rój os, więc będę musiała je wypuścić. Nakieruję ich siłę na orbitreka. I Arniego. Ten ostatni jako jedyny ze stoickim spokojem znosi moje humory. W odwecie za wszystko, obiję mu dziś pyszczek. Nie obrazi się. Będzie się cieszył.
A potem ja ze stoickim spokojem zasiądę z łyżeczką w kajmaku i przeleję wszystkie myśli na kolejne strony książki.
Karmel w puszce.
To zdecydowanie adekwatny tytuł...
Wojtek wczoraj zwrócił mi uwagę na pewną rzecz. Mówiłam, że z niego taki głos rozsądku w moim życiu? Stwierdził, że ma nadzieję, iż to nie on jest tym Przyjacielem, bo to duża odpowiedzialność. Miał rację! Nie pomyślałam o tym!
Dla mnie wszystko jest jasne, ale może niepotrzebnie o tym mówiłam? Może to jedna z tych rzeczy, które muszą leżakować, jak wino, zanim nabiorą odpowiedniej mocy i smaku?
A może to jedna z tych rzeczy, które w ogóle powinny czekać aż ktoś sam się do nich dokopie?
Teraz już za późno. Mleko się rozlało. Bombki @%#$ strzelił... itd... itp...
Grunt, że reakcja (o ile można ją tak nazwać xD ) była pięknie wymierzonym prawym sierpowym w mój policzek. Jestem grzeszną kobietą, Biblia u mnie jedynie na półce, więc drugiego nadstawiać nie będę. Nie lubię jak mnie biją. Nigdy więcej raczej wracać do tego nie będę. End of story. Case closed. Discussion is over.
Nie obrażam się. Zakończyłam obrażanie się na ostatniej klasie szkoły podstawowej, gdy po raz kolejny moja szkolna sympatia powiedziała do mnie per "Piggy". Roześmiałam się wtedy w głos i z tamtym dniem zakończyłam erę obrażania się. Po prostu czasem jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. Mam uczucia. Zdziwieni?
Emocje się kłębią we mnie jak rój os, więc będę musiała je wypuścić. Nakieruję ich siłę na orbitreka. I Arniego. Ten ostatni jako jedyny ze stoickim spokojem znosi moje humory. W odwecie za wszystko, obiję mu dziś pyszczek. Nie obrazi się. Będzie się cieszył.
A potem ja ze stoickim spokojem zasiądę z łyżeczką w kajmaku i przeleję wszystkie myśli na kolejne strony książki.
Karmel w puszce.
To zdecydowanie adekwatny tytuł...
środa, 10 marca 2010
M.A.C. - a o czym Ty do mnie rozmawiasz?
Szanowny Panie X.
Chciałabym Panu opowiedzieć o czymś, a właściwie o kimś.
M.A.C - to nie jest jego imię. To skrót od określenia zaczerpniętego z języka gaelickiego.
Mo Anam Cara.
Konkretna dla mnie osoba.
Mo Anam Cara.
Przyjaciel Duszy.
Nie przypominam mu o tym zbyt często, chociaż są dni gdy chciałabym wykrzyczeć to głośno.
To dni gdy obnaża mnie bez trudu. Gdy sięga we mnie i czerpiąc z siebie samego obnaża mi Duszę stawiając ją nagą przed swoimi oczami.
To dni, gdy cieszę się z czegoś, dni gdy płaczę, dni w których pęka mi serce... Żadne określone.
Po prostu dni.
Chciałabym mu powiedzieć o tym, kim dla mnie jest, patrząc mu prosto w oczy, ale nie umiem.
Może dlatego, ze prosił bym nie mówiła mu takich rzeczy? Najprawdopodobniej.
Może dlatego że się boję? Boję się, że z jego strony nie ma tego samego, ze jednak on wszystko odbiera inaczej... Na pewno.
A mimo wszystko chciałabym żeby wiedział.
Chciałabym żeby zrozumiał, pojął, chociaż to wszystko jest tak trudne i skomplikowane.
Jeżeli Pan pozwoli, proszę Pana, to opowiem to Panu. Tak jakbym mówiła to jemu.
Siadam naprzeciwko Pana, ze świeczką pachnącą wanilią w dłoniach. Jej subtelny aromat dodaje mi odwagi, a chybotliwy blask płomienia sprawia, że bez problemu mogę skryć się w cień, gdy tylko zechcę.
Czy jest Pan gotowy, proszę Pana?
Mo Anam Cara.
To termin, którego tłumaczenie najlepiej oddaje sformułowanie Przyjaciel Duszy. Nie najlepszy przyjaciel,nie bratnia dusza ale właśnie Przyjaciel Duszy.
A wszystko wywodzi się od Celtów.
Mówiłam Panu, ze mnie fascynują?
W Celtyckiej tradycji duchowej uważa się, że dusza promieniuje poza ciało, co okresla się jako aurę. Czasem spotykamy kogoś wobec kogo nasza dusza staje się otwarta i ufna. Do końca, bez barier, bez oporów. I te dwie dusze, nie serca a dusze, łączą się by płynąć razem. Aby taka właśnie głęboka więź powstała, trzeba znaleźć swego Przyjaciela Duszy, Anam Cara.
Pański Przyjaciel Duszy, proszę Pana, zawsze akceptuje to jakim Pan naprawdę jest, podtrzymując Pańskie wewnętrzne światło i piękno. By to docenić prawdziwie, sam musi Pan je dostrzec w sobie, co nie jest proste. Celtowie wierzyli, że Przyjaźń Dusz, to niezwykłe błogosławieństwo pozwalające na obudzenie świadomości własnej natury, charakteru oraz możliwości doświadczania radości innych.
Niezwykły Przyjaciel Duszy, proszę Pana, to ktoś komu można powierzyć najintymniejsze i najbardziej skryte szczegóły życia, ktoś z kim dzieli się głębię siebie, swój umysł i swoje serce. Taka przyjaźń jest aktem uznania i przynależności, wyzbywa się i odcina wszelkich konwencji, moralności i kategorii. Taka przyjaźń nie daje ubrać się w ramy ani ograniczyć schematami. Rozumie Pan o co mi chodzi? Dla tych dusz nie ma klatek, nie ma ograniczeń, jest za to światło zrozumienia, które przepływa pomiędzy nimi wolno i swobodnie.
Niech Pan nie patrzy na mnie tak dziwnie. Nie umiem znaleźć na to innych słów. Nie umiem opowiedzieć tego w sposób bardziej zrozumiały.
Tęsknota za samą jego obecnością, za rozmową, za milczącym zrozumieniem, za wsparciem, które daje sama świadomość, że jest obok... Ta cała więź, specjalne towarzystwo sprawia, że moja dusza czuje się dopełniona. Niech się Pan tak nie śmieje, nie mam na to innych określeń. Może dla Pana brzmi to pompatycznie, może banalnie, może tandetnie. Dla mnie brzmi dokładnie tak jak powinno.
Przyjaciel Duszy wzbudza miłość. Miłość jednej duszy do drugiej duszy. To nie jest zakochanie, nie miłość w sensie romantycznym. To coś więcej. To taka miłość, która po prostu wypełnia i trwa, nie odbiera zmysłów, ale jest zawsze obok, na wyciągnięcie ręki. To taka miłość-przyjaźń, która kruszy Pana bariery wewnętrzne, jednym tchnieniem znika pasy ochronne, którymi się Pan otacza. Anam Cara to jedyna osoba na świecie, której pozwala Pan zajrzeć do najgłębszych zakamarków duszy, którą sam zaprasza Pan do najskrytszej świątyni swojego ducha. Jej obecność jest tak naturalna, tak powszednia, jakby była tam od zawsze. Trzeba wielkiej odwagi, proszę Pana, by dopuścić kogoś tak blisko. Ja tę odwagę znalazłam w sobie, proszę Pana. Czy także on ją odnajdzie? Nie wiem.
O ile przyjaźń uznawana jest jako dar sam w sobie, swoiste błogosławieństwo, o tyle błogosławieństwo jakim jest Przyjaciel Duszy sprawia, że czujesz iż dotarłeś do najświętszego miejsca na ziemi: domu. Ta więź między Przyjaciółmi jest nierozerwalna, nierozwiązywalna, niezniszczalna. Będzie trwała bez względu na wiek, czas, miejsce czy okoliczności.
To właśnie czuję, proszę Pana.
Przytłaczające? Przerażające? Piękne? Niezwykłe?
Prawdziwe, proszę Pana.
Moja dusza nie ma przed nim tajemnic, proszę Pana. Nie koloryzuje, nie ubarwia. Jaśnieje własnym wewnętrznym blaskiem. Śmieje się gdy jestem szczęśliwa, czy też gdy on jest szczęśliwy. Płacze gdy mnie ogarnie smutek, lub też jego ogarnie żal. Drży z rozkoszy od splecionych oddechów.
Chciałabym żeby kiedyś powiedział: Chcę byś mi opowiedziała o Anam Cara.
Chciałabym kiedyś opowiedzieć mu to patrząc w jego oczy.
Tymczasem dziękuję, że mnie Pan wysłuchał, proszę Pana.
Chciałabym Panu opowiedzieć o czymś, a właściwie o kimś.
M.A.C - to nie jest jego imię. To skrót od określenia zaczerpniętego z języka gaelickiego.
Mo Anam Cara.
Konkretna dla mnie osoba.
Mo Anam Cara.
Przyjaciel Duszy.
Nie przypominam mu o tym zbyt często, chociaż są dni gdy chciałabym wykrzyczeć to głośno.
To dni gdy obnaża mnie bez trudu. Gdy sięga we mnie i czerpiąc z siebie samego obnaża mi Duszę stawiając ją nagą przed swoimi oczami.
To dni, gdy cieszę się z czegoś, dni gdy płaczę, dni w których pęka mi serce... Żadne określone.
Po prostu dni.
Chciałabym mu powiedzieć o tym, kim dla mnie jest, patrząc mu prosto w oczy, ale nie umiem.
Może dlatego, ze prosił bym nie mówiła mu takich rzeczy? Najprawdopodobniej.
Może dlatego że się boję? Boję się, że z jego strony nie ma tego samego, ze jednak on wszystko odbiera inaczej... Na pewno.
A mimo wszystko chciałabym żeby wiedział.
Chciałabym żeby zrozumiał, pojął, chociaż to wszystko jest tak trudne i skomplikowane.
Jeżeli Pan pozwoli, proszę Pana, to opowiem to Panu. Tak jakbym mówiła to jemu.
Siadam naprzeciwko Pana, ze świeczką pachnącą wanilią w dłoniach. Jej subtelny aromat dodaje mi odwagi, a chybotliwy blask płomienia sprawia, że bez problemu mogę skryć się w cień, gdy tylko zechcę.
Czy jest Pan gotowy, proszę Pana?
Mo Anam Cara.
To termin, którego tłumaczenie najlepiej oddaje sformułowanie Przyjaciel Duszy. Nie najlepszy przyjaciel,nie bratnia dusza ale właśnie Przyjaciel Duszy.
A wszystko wywodzi się od Celtów.
Mówiłam Panu, ze mnie fascynują?
W Celtyckiej tradycji duchowej uważa się, że dusza promieniuje poza ciało, co okresla się jako aurę. Czasem spotykamy kogoś wobec kogo nasza dusza staje się otwarta i ufna. Do końca, bez barier, bez oporów. I te dwie dusze, nie serca a dusze, łączą się by płynąć razem. Aby taka właśnie głęboka więź powstała, trzeba znaleźć swego Przyjaciela Duszy, Anam Cara.
Pański Przyjaciel Duszy, proszę Pana, zawsze akceptuje to jakim Pan naprawdę jest, podtrzymując Pańskie wewnętrzne światło i piękno. By to docenić prawdziwie, sam musi Pan je dostrzec w sobie, co nie jest proste. Celtowie wierzyli, że Przyjaźń Dusz, to niezwykłe błogosławieństwo pozwalające na obudzenie świadomości własnej natury, charakteru oraz możliwości doświadczania radości innych.
Niezwykły Przyjaciel Duszy, proszę Pana, to ktoś komu można powierzyć najintymniejsze i najbardziej skryte szczegóły życia, ktoś z kim dzieli się głębię siebie, swój umysł i swoje serce. Taka przyjaźń jest aktem uznania i przynależności, wyzbywa się i odcina wszelkich konwencji, moralności i kategorii. Taka przyjaźń nie daje ubrać się w ramy ani ograniczyć schematami. Rozumie Pan o co mi chodzi? Dla tych dusz nie ma klatek, nie ma ograniczeń, jest za to światło zrozumienia, które przepływa pomiędzy nimi wolno i swobodnie.
Niech Pan nie patrzy na mnie tak dziwnie. Nie umiem znaleźć na to innych słów. Nie umiem opowiedzieć tego w sposób bardziej zrozumiały.
Tęsknota za samą jego obecnością, za rozmową, za milczącym zrozumieniem, za wsparciem, które daje sama świadomość, że jest obok... Ta cała więź, specjalne towarzystwo sprawia, że moja dusza czuje się dopełniona. Niech się Pan tak nie śmieje, nie mam na to innych określeń. Może dla Pana brzmi to pompatycznie, może banalnie, może tandetnie. Dla mnie brzmi dokładnie tak jak powinno.
Przyjaciel Duszy wzbudza miłość. Miłość jednej duszy do drugiej duszy. To nie jest zakochanie, nie miłość w sensie romantycznym. To coś więcej. To taka miłość, która po prostu wypełnia i trwa, nie odbiera zmysłów, ale jest zawsze obok, na wyciągnięcie ręki. To taka miłość-przyjaźń, która kruszy Pana bariery wewnętrzne, jednym tchnieniem znika pasy ochronne, którymi się Pan otacza. Anam Cara to jedyna osoba na świecie, której pozwala Pan zajrzeć do najgłębszych zakamarków duszy, którą sam zaprasza Pan do najskrytszej świątyni swojego ducha. Jej obecność jest tak naturalna, tak powszednia, jakby była tam od zawsze. Trzeba wielkiej odwagi, proszę Pana, by dopuścić kogoś tak blisko. Ja tę odwagę znalazłam w sobie, proszę Pana. Czy także on ją odnajdzie? Nie wiem.
O ile przyjaźń uznawana jest jako dar sam w sobie, swoiste błogosławieństwo, o tyle błogosławieństwo jakim jest Przyjaciel Duszy sprawia, że czujesz iż dotarłeś do najświętszego miejsca na ziemi: domu. Ta więź między Przyjaciółmi jest nierozerwalna, nierozwiązywalna, niezniszczalna. Będzie trwała bez względu na wiek, czas, miejsce czy okoliczności.
To właśnie czuję, proszę Pana.
Przytłaczające? Przerażające? Piękne? Niezwykłe?
Prawdziwe, proszę Pana.
Moja dusza nie ma przed nim tajemnic, proszę Pana. Nie koloryzuje, nie ubarwia. Jaśnieje własnym wewnętrznym blaskiem. Śmieje się gdy jestem szczęśliwa, czy też gdy on jest szczęśliwy. Płacze gdy mnie ogarnie smutek, lub też jego ogarnie żal. Drży z rozkoszy od splecionych oddechów.
Chciałabym żeby kiedyś powiedział: Chcę byś mi opowiedziała o Anam Cara.
Chciałabym kiedyś opowiedzieć mu to patrząc w jego oczy.
Tymczasem dziękuję, że mnie Pan wysłuchał, proszę Pana.
wtorek, 9 marca 2010
zaDŻEMiona do cna...
Żyj z całych sił, i uśmiechaj się do ludzi,
bo nie jesteś sam.
Śpij, nocą śnij, niech zły sen Cię nigdy więcej nie obudzi,
teraz śpij.
Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,
kiedy ciemny wiatr.
Porywa spokój siejąc smutek i zwątpienie,
pamiętaj że...
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil.
Idź własną drogą, bo w tym cały sens istnienia,
żeby umieć żyć.
Bez znieczulenia, bez niepotrzebnych niespełnienia,
myśli złych.
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil,
najlepszą z Twoich chwil.
Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,
kiedy ciemny wiatr.
Porywa spokój, siejąc smutek i zwątpienie,
pamiętaj...
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil.
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil,
najlepszą z Twoich chwil.
I nie skończoną...
/Dżem - Do kołyski/
Cały dzień pod znakiem takiego ciemnego wiatru z piosenki, który ścisnął mi serce siejąc smutek i zwątpienie.
Obojętnieję.
Samo jakoś wychodzi. Nieobecność zobojętnia. Coś na zasadzie zobojętnienia kwasu zasadami czy jakoś tak.
Dzień zaczął się nawet w porządku, zakończył się parszywie. Zostałam poproszona o pomoc w sprawie, która kłóci się z moim interesem prywatnym. Przez sekundę rozważałam czy nie pomóc jednak, lecz Serce zrobiło salto w tył i zaprotestowało. Miało rację.
Jak mogłabym pomóc w czymś, co nie tylko nie jest w moim interesie, ale gdy się uda, to poszarpie mnie w środku i zabierze pół mnie samej? Nie umiem... Nie chcę...
Będę się smażyć w piekle.
Sama.
Trudno.
Przywykłam do samotności.
bo nie jesteś sam.
Śpij, nocą śnij, niech zły sen Cię nigdy więcej nie obudzi,
teraz śpij.
Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,
kiedy ciemny wiatr.
Porywa spokój siejąc smutek i zwątpienie,
pamiętaj że...
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil.
Idź własną drogą, bo w tym cały sens istnienia,
żeby umieć żyć.
Bez znieczulenia, bez niepotrzebnych niespełnienia,
myśli złych.
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil,
najlepszą z Twoich chwil.
Niech dobry Bóg, zawsze Cię za rękę trzyma,
kiedy ciemny wiatr.
Porywa spokój, siejąc smutek i zwątpienie,
pamiętaj...
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil.
Jak na deszczu łza, cały ten Świat nie znaczy nic, a nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z Twoich chwil,
najlepszą z Twoich chwil.
I nie skończoną...
/Dżem - Do kołyski/
Cały dzień pod znakiem takiego ciemnego wiatru z piosenki, który ścisnął mi serce siejąc smutek i zwątpienie.
Obojętnieję.
Samo jakoś wychodzi. Nieobecność zobojętnia. Coś na zasadzie zobojętnienia kwasu zasadami czy jakoś tak.
Dzień zaczął się nawet w porządku, zakończył się parszywie. Zostałam poproszona o pomoc w sprawie, która kłóci się z moim interesem prywatnym. Przez sekundę rozważałam czy nie pomóc jednak, lecz Serce zrobiło salto w tył i zaprotestowało. Miało rację.
Jak mogłabym pomóc w czymś, co nie tylko nie jest w moim interesie, ale gdy się uda, to poszarpie mnie w środku i zabierze pół mnie samej? Nie umiem... Nie chcę...
Będę się smażyć w piekle.
Sama.
Trudno.
Przywykłam do samotności.
poniedziałek, 8 marca 2010
My life is a mess.... Can you help me?
Nie ogarniam nic dzisiaj. Nic a nic.
My life is a mess. Can you help me?
Dźwiedź okazał się zbawieniem. Zmusza mnie do skupiania się na szczegółach i to zadziwiająco pomaga. Pomaga mi nie myśleć i nie denerwować się. Poza tym w swej łaskawości podzielił się cierpliwością. To również pomaga się trzymać w karbach postanowień.
Cierpliwość topnieje mi w oczach ostatnio. Ciągną się za mną problemy, przełożone, przeniesione, przejęte... Dopiero teraz schodzi ze mnie stres ostatnich tygodni. Potrzebuję by ktoś do mnie mówił, by opowiadał o swoim dniu, by oderwał mnie od czarnych myśli.
Potrzebuję ktosia... Kogoś, kto zjawi się jak mały głód i kogo będę mogła załatwić miską sałatki owocowej jak ciosem karate.
Bo na chandrę pomaga sałatka owocowa. Z sosem z likieru xD
Potrzebuję kogoś kto złapie mnie pod rękę i powie: "Nie łam się Justka. Pomogę Ci. Razem poradzimy sobie szybciej i znów będziesz mogła się śmiać do łez."
Potrzebuję powietrza. Czystego. Wolnego. Pełnego wiatru. To, które mnie otacza, zawiera ciężkie pierwiastki depresji i cierpienia. Dusi mnie i nie mogę oddychać.
Potrzebuję budyniu. Do zrobienia najgłupszej rzeczy z możliwych: Wymazania kilku gębuś. Dla zabawy.
Potrzebuję poduchy z pierza, by móc ją rozwalić i pozwolić piórkom opadać biały, miękkim deszczem.
Nie mam nic z tego czego potrzebuję.
Mam za to Dźwiedziowy głos w słuchawkach, który mówi, że ma pustkę we łbie i za Chiny nie wie czemu dziwka miałaby zamordować klienta.
Ja też nie wiem.
Ale szukanie powodów pomaga.
My life is a mess. Can you help me?
Dźwiedź okazał się zbawieniem. Zmusza mnie do skupiania się na szczegółach i to zadziwiająco pomaga. Pomaga mi nie myśleć i nie denerwować się. Poza tym w swej łaskawości podzielił się cierpliwością. To również pomaga się trzymać w karbach postanowień.
Cierpliwość topnieje mi w oczach ostatnio. Ciągną się za mną problemy, przełożone, przeniesione, przejęte... Dopiero teraz schodzi ze mnie stres ostatnich tygodni. Potrzebuję by ktoś do mnie mówił, by opowiadał o swoim dniu, by oderwał mnie od czarnych myśli.
Potrzebuję ktosia... Kogoś, kto zjawi się jak mały głód i kogo będę mogła załatwić miską sałatki owocowej jak ciosem karate.
Bo na chandrę pomaga sałatka owocowa. Z sosem z likieru xD
Potrzebuję kogoś kto złapie mnie pod rękę i powie: "Nie łam się Justka. Pomogę Ci. Razem poradzimy sobie szybciej i znów będziesz mogła się śmiać do łez."
Potrzebuję powietrza. Czystego. Wolnego. Pełnego wiatru. To, które mnie otacza, zawiera ciężkie pierwiastki depresji i cierpienia. Dusi mnie i nie mogę oddychać.
Potrzebuję budyniu. Do zrobienia najgłupszej rzeczy z możliwych: Wymazania kilku gębuś. Dla zabawy.
Potrzebuję poduchy z pierza, by móc ją rozwalić i pozwolić piórkom opadać biały, miękkim deszczem.
Nie mam nic z tego czego potrzebuję.
Mam za to Dźwiedziowy głos w słuchawkach, który mówi, że ma pustkę we łbie i za Chiny nie wie czemu dziwka miałaby zamordować klienta.
Ja też nie wiem.
Ale szukanie powodów pomaga.
niedziela, 7 marca 2010
Proszę wstać, Sąd idzie...
Niniejszym oświadczam, że zebraliśmy się tutaj by osądzić Oskarżoną, która dopełniła się kilku zbrodni prawdziwych, w tym tylko jedną w afekcie. Czy Oskarżona przyznaje się do winy?Proszę odnotować, że Oskarżona przytaknęła kiwnięciem głowy.
Oskarżyciel wnosi o najwyższy wymiar kary. ... .... ..... ......
Na wszystko kiwam potakująco. Dlaczego mam zaprzeczać prawdzie? Mam zaprzeczać, że czuję się piękna i spełniona? Przynajmniej chwilami... Przyznaję się do szaleństwa, które sprawia, że się uśmiecham. Przyznaję się do momentów utraty zdrowego rozsądku, które sprawiają, że jestem szczęśliwa. Przyznaję się do sekund, minut, godzin rozkoszy, które przynoszą niewysłowioną przyjemność. Przyznaję się do zazdrości, która rani mnie za każdym razem. To jedyna moja zbrodnia popełniana w afekcie. Pozostałe są popełnione świadomie.
Przyznaję się. Do wszystkiego się przyznaję.
Czy Oskarżona żałuje?
Nie żałuję. Nie żałuję ani chwili. Nie żałuję i będę popełniać te czyny tak często jak będę mogła. Dopóki starczy mi sił albo nie postanowię inaczej. I nikt nie ma prawa mnie osądzać.
A w moich oczach skrzy...
Oskarżyciel wnosi o najwyższy wymiar kary. ... .... ..... ......
Na wszystko kiwam potakująco. Dlaczego mam zaprzeczać prawdzie? Mam zaprzeczać, że czuję się piękna i spełniona? Przynajmniej chwilami... Przyznaję się do szaleństwa, które sprawia, że się uśmiecham. Przyznaję się do momentów utraty zdrowego rozsądku, które sprawiają, że jestem szczęśliwa. Przyznaję się do sekund, minut, godzin rozkoszy, które przynoszą niewysłowioną przyjemność. Przyznaję się do zazdrości, która rani mnie za każdym razem. To jedyna moja zbrodnia popełniana w afekcie. Pozostałe są popełnione świadomie.
Przyznaję się. Do wszystkiego się przyznaję.
Czy Oskarżona żałuje?
Nie żałuję. Nie żałuję ani chwili. Nie żałuję i będę popełniać te czyny tak często jak będę mogła. Dopóki starczy mi sił albo nie postanowię inaczej. I nikt nie ma prawa mnie osądzać.
A w moich oczach skrzy...
sobota, 6 marca 2010
Et si tu n'existais pas...
Et si tu n'existais pas,
Dis-moi pourquoi j'existerais.
Pour traîner dans un monde sans toi,
Sans espoir et sans regrets.
Et si tu n'existais pas,
J'essaierais d'inventer l'amour,
Comme un peintre qui voit sous ses doigts
Naître les couleurs du jour.
Et qui n'en revient pas.
Et si tu n'existais pas,
Dis-moi pour qui j'existerais.
Des passantes endormies dans mes bras
Que je n'aimerais jamais.
Et si tu n'existais pas,
Je ne serais qu'un point de plus
Dans ce monde qui vient et qui va,
Je me sentirais perdu,
J'aurais besoin de toi.
Et si tu n'existais pas,
Dis-moi comment j'existerais.
Je pourrais faire semblant d'être moi,
Mais je ne serais pas vrai.
Et si tu n'existais pas,
Je crois que je l'aurais trouvé,
Le secret de la vie, le pourquoi,
Simplement pour te créer
Słucham głosu Joe'go Dassine'a i zapadam się.
Zapadam się w dotyku dłoni, w śmiechach i szeptach.
Zapadam się w oczach i kosmykach opadających mi na twarz.
Zapadam się w sobie, Tobie, ale nigdy w nas...
W nieśmiałym jęku.
Zapadam się.
Po prostu.
Bez słowa.
Ot tak...
Dis-moi pourquoi j'existerais.
Pour traîner dans un monde sans toi,
Sans espoir et sans regrets.
Et si tu n'existais pas,
J'essaierais d'inventer l'amour,
Comme un peintre qui voit sous ses doigts
Naître les couleurs du jour.
Et qui n'en revient pas.
Et si tu n'existais pas,
Dis-moi pour qui j'existerais.
Des passantes endormies dans mes bras
Que je n'aimerais jamais.
Et si tu n'existais pas,
Je ne serais qu'un point de plus
Dans ce monde qui vient et qui va,
Je me sentirais perdu,
J'aurais besoin de toi.
Et si tu n'existais pas,
Dis-moi comment j'existerais.
Je pourrais faire semblant d'être moi,
Mais je ne serais pas vrai.
Et si tu n'existais pas,
Je crois que je l'aurais trouvé,
Le secret de la vie, le pourquoi,
Simplement pour te créer
Słucham głosu Joe'go Dassine'a i zapadam się.
Zapadam się w dotyku dłoni, w śmiechach i szeptach.
Zapadam się w oczach i kosmykach opadających mi na twarz.
Zapadam się w sobie, Tobie, ale nigdy w nas...
W nieśmiałym jęku.
Zapadam się.
Po prostu.
Bez słowa.
Ot tak...
piątek, 5 marca 2010
Po czwartym piwie....
Szanowny Panie X,
Po czwartym piwie świat wcale nie wygląda lepiej. Nie wygląda też gorzej, jeżeli idzie o ścisłość. Jest taki sam jak wcześniej, może jedynie odrobinkę mniej wyraźny.
Dzisiaj wiele dowiedziałam się o sobie i to spowodowało, ze pierwszy raz w życiu naprawdę chciałam się napić.
Jestem niebezpieczną i niezrównoważoną kobietą, proszę Pana.
Lesbijka, członkini tajemniczej sekty, nie istniejąca w świecie realnym i znudzona życiem trzydziestolatka... Chce Pan dorzucić jakiś kamyczek do tego ogródka? Niech się Pan nie krępuje, proszę Pana.
Nie mam nic przeciwko lesbijkom. To kobiety, seksowne, czułe, wykształcone, uczuciowe, pracowite... Normalne kobiety, jedynie obiekt ich westchnień jest tej samej płci co one. Czy to coś za co należy je potępiać?
Członkini sekty... Zupełnie nie wiem skąd im się to wzięło proszę Pana. Dziwnie na mnie patrzą bo pomagam bezinteresownie? Bo jestem miła? Bo nie krzyczę i się nie wściekam? Bo nie przeklinam tak często i stawiam kontrę? A cóż w tym dziwnego? Ręce mi opadły. I nogi również.
Podobno jestem wymyśloną przyjaciółką, proszę Pana. Myśli Pan że naprawdę nie istnieję? Nie można mnie dotknąć, zranić, przytulić? A może tu raczej chodzi o to ze nie mogę być przyjaciółką bo...? Właśnie.. Bo co?
Znudzona życiem... Nie, ja się raczej w życiu nie nudzę. Za dużo pasji, za dużo celów, za dużo chęci...
Nie mam już czasem siły, proszę Pana.
Zrobiłam dziś Panu miejsce w moim łóżku, przy ścianie... Zrobiłam miejsce chociaż wiem, że pozostanie puste. Dlaczego to zrobiłam? Nie wiem. Może dlatego, że dzisiaj wyjątkowo mocno nie chcę zasypiać sama...
Ale to i tak nie ma najmniejszego znaczenia. To czego chcę albo umyka, albo obraca się do mnie plecami i wypina kształtne półdupki. A ja staram się by nie wypięło się zbyt mocno.
Gdzie ma Pan kubek, proszę Pana? Dzisiaj zebrałby Pan obfity plon, bo łzy lecą same z siebie.
Po czwartym piwie świat wcale nie wygląda inaczej, proszę Pana.... Nie mam piątego by sprawdzić co dalej...
Po czwartym piwie świat wcale nie wygląda lepiej. Nie wygląda też gorzej, jeżeli idzie o ścisłość. Jest taki sam jak wcześniej, może jedynie odrobinkę mniej wyraźny.
Dzisiaj wiele dowiedziałam się o sobie i to spowodowało, ze pierwszy raz w życiu naprawdę chciałam się napić.
Jestem niebezpieczną i niezrównoważoną kobietą, proszę Pana.
Lesbijka, członkini tajemniczej sekty, nie istniejąca w świecie realnym i znudzona życiem trzydziestolatka... Chce Pan dorzucić jakiś kamyczek do tego ogródka? Niech się Pan nie krępuje, proszę Pana.
Nie mam nic przeciwko lesbijkom. To kobiety, seksowne, czułe, wykształcone, uczuciowe, pracowite... Normalne kobiety, jedynie obiekt ich westchnień jest tej samej płci co one. Czy to coś za co należy je potępiać?
Członkini sekty... Zupełnie nie wiem skąd im się to wzięło proszę Pana. Dziwnie na mnie patrzą bo pomagam bezinteresownie? Bo jestem miła? Bo nie krzyczę i się nie wściekam? Bo nie przeklinam tak często i stawiam kontrę? A cóż w tym dziwnego? Ręce mi opadły. I nogi również.
Podobno jestem wymyśloną przyjaciółką, proszę Pana. Myśli Pan że naprawdę nie istnieję? Nie można mnie dotknąć, zranić, przytulić? A może tu raczej chodzi o to ze nie mogę być przyjaciółką bo...? Właśnie.. Bo co?
Znudzona życiem... Nie, ja się raczej w życiu nie nudzę. Za dużo pasji, za dużo celów, za dużo chęci...
Nie mam już czasem siły, proszę Pana.
Zrobiłam dziś Panu miejsce w moim łóżku, przy ścianie... Zrobiłam miejsce chociaż wiem, że pozostanie puste. Dlaczego to zrobiłam? Nie wiem. Może dlatego, że dzisiaj wyjątkowo mocno nie chcę zasypiać sama...
Ale to i tak nie ma najmniejszego znaczenia. To czego chcę albo umyka, albo obraca się do mnie plecami i wypina kształtne półdupki. A ja staram się by nie wypięło się zbyt mocno.
Gdzie ma Pan kubek, proszę Pana? Dzisiaj zebrałby Pan obfity plon, bo łzy lecą same z siebie.
Po czwartym piwie świat wcale nie wygląda inaczej, proszę Pana.... Nie mam piątego by sprawdzić co dalej...
środa, 3 marca 2010
Poza granice obojętności...
Szanowny Panie X.
No i co Pan tak nade mną stoi jak kat?
Po co Panu ten kubek, proszę Pana?
Łzy chce Pan zbierać... Nie będzie łez. Ja nie mam siły by płakać. Zbyt zmęczona jestem...
Na tyle zmęczona by obojętnieć.
Był Pan tak kiedyś zmęczony, proszę Pana?
Tak już poza granice, poza wszystko...Aż do momentu gdy przestaje Pana obchodzić, która godzina, czy noc, czy dzień, czy jadł Pan coś czy nie... Do chwili gdy traci znaczenie, że musi Pan wstać. Robi Pan wszystko automatycznie, bez poświęcenia temu nawet jednej myśli. Bo w ogóle już Pan nie myśli, proszę Pana. I wciąga się Pan dalej, poza granice obojętności. Tam gdzie nie ma nic, gdzie jest próżnia.
Takie właśnie jest to moje zmęczenie, proszę Pana. Ni mniej, ni więcej. Proszę więc nie robić zdziwionej miny, że nie płaczę. Chciałabym, ale nie mogę. Zbyt zmęczona na płacz.
Pyta Pan dlaczego bym chciała? Bo płacz męczy, proszę Pana. Męczy i oczyszcza. Zmęczona może bym usnęła w końcu. A to by oczyściło mi umysł.
Katharsis...
Zaczynam się zastanawiać nad różnymi rzeczami.
Naprawdę chce Pan wiedzieć?
No dobrze. Zastanawiam się nad tym co było na początku - ciało czy umysł? Co ma pierwszeństwo: emocje czy myśli? Pytam siebie dlaczego przyjaźń boli?
Ostatnie nawet wyzwoliło jakieś refleksje. Przyjaźń jest więzią, która angażuje całego człowieka, a boli to, że musi wzrastać i dojrzewać. Przyjaźń, tak jak życie, ma swoje cykle i pory roku. Przewidywalne, lecz nie poddające się kontroli. Przynoszą nie tylko radość, ale i smutek. To też boli.
Jednak co to za przyjemność, poczuć się bezpiecznie w obecności osoby, przy której nie musi Pan kontrolować ani myśli, ani słów, lecz może wylać je wszystkie takie, jakie są, nie oddzielając ziaren od plew. Wie Pan, że przyjacielska dłoń weźmie je i przesieje, zatrzymując to, co wartościowe, a resztę rozwieje podmuchem życzliwości.
Czy warto więc rezygnować z powodu kilku niewielkich blizn, z kogoś, kto daje Panu absolutną swobodę bycia sobą?
Dlaczego Pan milczy, proszę Pana?
No i co Pan tak nade mną stoi jak kat?
Po co Panu ten kubek, proszę Pana?
Łzy chce Pan zbierać... Nie będzie łez. Ja nie mam siły by płakać. Zbyt zmęczona jestem...
Na tyle zmęczona by obojętnieć.
Był Pan tak kiedyś zmęczony, proszę Pana?
Tak już poza granice, poza wszystko...Aż do momentu gdy przestaje Pana obchodzić, która godzina, czy noc, czy dzień, czy jadł Pan coś czy nie... Do chwili gdy traci znaczenie, że musi Pan wstać. Robi Pan wszystko automatycznie, bez poświęcenia temu nawet jednej myśli. Bo w ogóle już Pan nie myśli, proszę Pana. I wciąga się Pan dalej, poza granice obojętności. Tam gdzie nie ma nic, gdzie jest próżnia.
Takie właśnie jest to moje zmęczenie, proszę Pana. Ni mniej, ni więcej. Proszę więc nie robić zdziwionej miny, że nie płaczę. Chciałabym, ale nie mogę. Zbyt zmęczona na płacz.
Pyta Pan dlaczego bym chciała? Bo płacz męczy, proszę Pana. Męczy i oczyszcza. Zmęczona może bym usnęła w końcu. A to by oczyściło mi umysł.
Katharsis...
Zaczynam się zastanawiać nad różnymi rzeczami.
Naprawdę chce Pan wiedzieć?
No dobrze. Zastanawiam się nad tym co było na początku - ciało czy umysł? Co ma pierwszeństwo: emocje czy myśli? Pytam siebie dlaczego przyjaźń boli?
Ostatnie nawet wyzwoliło jakieś refleksje. Przyjaźń jest więzią, która angażuje całego człowieka, a boli to, że musi wzrastać i dojrzewać. Przyjaźń, tak jak życie, ma swoje cykle i pory roku. Przewidywalne, lecz nie poddające się kontroli. Przynoszą nie tylko radość, ale i smutek. To też boli.
Jednak co to za przyjemność, poczuć się bezpiecznie w obecności osoby, przy której nie musi Pan kontrolować ani myśli, ani słów, lecz może wylać je wszystkie takie, jakie są, nie oddzielając ziaren od plew. Wie Pan, że przyjacielska dłoń weźmie je i przesieje, zatrzymując to, co wartościowe, a resztę rozwieje podmuchem życzliwości.
Czy warto więc rezygnować z powodu kilku niewielkich blizn, z kogoś, kto daje Panu absolutną swobodę bycia sobą?
Dlaczego Pan milczy, proszę Pana?
wtorek, 2 marca 2010
W końcu...
Szanowny Panie X.
Porozmawiajmy poważnie. Przychodzi Pan tu już od pewnego czasu, prawda? A ja się tak skradam i skradam... i zebrać nie mogę by się do Pana odezwać.
"Cześć" - mówię więc patrząc w podłogę. A Pan unosi moją głowę, szczupłym i ciepłym palcem łapiąc mnie pod brodę i patrzy tylko, uśmiecha się. Milczy. Ja już się peszę, rumienię, chcę uciekać.
"Dzień dobry" - odpowiada Pan w końcu.
Wraca mi oddech.
Proponuję kawę, Pan się zgadza. Nie piliśmy brudzia, więc zostańmy przy moim "Panu"...
Mimo tego zwrotu, który sprawia, że nadal trzymam dystans, czuję się jakbym znała Pana od lat. To wyjątkowe uczucie.
Patrzę...
Pociąga mnie Pan.
Siedzę obok i mam ochotę zanurzyc palce w Pana włosy, musnąć nosem policzek.
Czy mówił Panu ktoś, że pachnie Pan wolnością i spokojem? Pachnie Pan rosą, świeżym listowiem i promieniami słońca.
Z roztargnieniem mieszam łyżką w pustej filiżance.
Zagląda mi Pan przez ramię.
"Tam już nic nie ma poza wspomnieniem kofeiny" - mówi Pan a ja czuję Pana oddech na moim ramieniu.
Nie umiem się powstrzymać i scałowuję ostatnią kroplę kawy z brandy jaka została w kąciku Pana ust.
Milknę.
Przerażona własnym czynem.
Spuszczam wzrok.
Przerażona Pańskim spojrzeniem.
Ulegam.
Porażona gwałtownością Pańskiego jestestwa.
W końcu...
Porozmawiajmy poważnie. Przychodzi Pan tu już od pewnego czasu, prawda? A ja się tak skradam i skradam... i zebrać nie mogę by się do Pana odezwać.
"Cześć" - mówię więc patrząc w podłogę. A Pan unosi moją głowę, szczupłym i ciepłym palcem łapiąc mnie pod brodę i patrzy tylko, uśmiecha się. Milczy. Ja już się peszę, rumienię, chcę uciekać.
"Dzień dobry" - odpowiada Pan w końcu.
Wraca mi oddech.
Proponuję kawę, Pan się zgadza. Nie piliśmy brudzia, więc zostańmy przy moim "Panu"...
Mimo tego zwrotu, który sprawia, że nadal trzymam dystans, czuję się jakbym znała Pana od lat. To wyjątkowe uczucie.
Patrzę...
Pociąga mnie Pan.
Siedzę obok i mam ochotę zanurzyc palce w Pana włosy, musnąć nosem policzek.
Czy mówił Panu ktoś, że pachnie Pan wolnością i spokojem? Pachnie Pan rosą, świeżym listowiem i promieniami słońca.
Z roztargnieniem mieszam łyżką w pustej filiżance.
Zagląda mi Pan przez ramię.
"Tam już nic nie ma poza wspomnieniem kofeiny" - mówi Pan a ja czuję Pana oddech na moim ramieniu.
Nie umiem się powstrzymać i scałowuję ostatnią kroplę kawy z brandy jaka została w kąciku Pana ust.
Milknę.
Przerażona własnym czynem.
Spuszczam wzrok.
Przerażona Pańskim spojrzeniem.
Ulegam.
Porażona gwałtownością Pańskiego jestestwa.
W końcu...
poniedziałek, 1 marca 2010
Okruchy się też kruszą, ale bankructwo zażegnane.
Szanowny Panie X.
Cały dzień czyhałam na Pana, w garści trzymając miłe okruchy dnia. A Pan nie przyszedł....
Z niepokoju i niecierpliwości zgniotłam okruchy w dłoni.
Okruchy też się kruszą, wiedział Pan?
Niepokój to paskudne uczucie, którego powinni zakazać. Karmiłam się nim cały ten czas - to silniejsze ode mnie.
Zmęczenie...
W każdym razie karmiłam się niepokojem, że od dziś zamienił Pan moje życie jak zamienia się mały sklepik osiedlowy na nowo otwarty market z mnóstwem promocji. Tam ciągle się coś dzieje, a u mnie?
Te same twarze, te same emocje niezmienne jak ceny ustalone przed laty.
Nuda...
Otwierałam już pudełko z samotnością by zjeść ją jak czekoladki, gdy wpadł Pan zziajany i zmęczony.
Ot, na chwilę.
Ja się przyzwyczaiłam do tego, że Pan jest, proszę Pana. Gdy Pana nie ma, to jakoś mi tak dziwnie pusto i głucho. Nie chcę myśleć co by było, gdyby Pana nie było.
Nie myślę więc, nie zastanawiam się, nie gdybam..
Dość, że Pan wrócił.
Wstrzymam się z ogłoszeniem bankructwa.
Ja wiem, że o małych sklepikach się zapomina. Tak samo jak o ludziach, którzy są cisi i niepozorni. Takich, którzy nie pchają się na pierwszy plan, a stoją na uboczu. Takich, którzy płaczą w kącie i śmieją się cicho. Oni są jak te sklepiki osiedlowe - małe, rodzinne, pełne ciepła, ale niepozorne. Inne od wszystkich innych.
Tylko czy w markecie ktoś zapamiętałby, że lubi Pan mandarynki, proszę Pana?
Cały dzień czyhałam na Pana, w garści trzymając miłe okruchy dnia. A Pan nie przyszedł....
Z niepokoju i niecierpliwości zgniotłam okruchy w dłoni.
Okruchy też się kruszą, wiedział Pan?
Niepokój to paskudne uczucie, którego powinni zakazać. Karmiłam się nim cały ten czas - to silniejsze ode mnie.
Zmęczenie...
W każdym razie karmiłam się niepokojem, że od dziś zamienił Pan moje życie jak zamienia się mały sklepik osiedlowy na nowo otwarty market z mnóstwem promocji. Tam ciągle się coś dzieje, a u mnie?
Te same twarze, te same emocje niezmienne jak ceny ustalone przed laty.
Nuda...
Otwierałam już pudełko z samotnością by zjeść ją jak czekoladki, gdy wpadł Pan zziajany i zmęczony.
Ot, na chwilę.
Ja się przyzwyczaiłam do tego, że Pan jest, proszę Pana. Gdy Pana nie ma, to jakoś mi tak dziwnie pusto i głucho. Nie chcę myśleć co by było, gdyby Pana nie było.
Nie myślę więc, nie zastanawiam się, nie gdybam..
Dość, że Pan wrócił.
Wstrzymam się z ogłoszeniem bankructwa.
Ja wiem, że o małych sklepikach się zapomina. Tak samo jak o ludziach, którzy są cisi i niepozorni. Takich, którzy nie pchają się na pierwszy plan, a stoją na uboczu. Takich, którzy płaczą w kącie i śmieją się cicho. Oni są jak te sklepiki osiedlowe - małe, rodzinne, pełne ciepła, ale niepozorne. Inne od wszystkich innych.
Tylko czy w markecie ktoś zapamiętałby, że lubi Pan mandarynki, proszę Pana?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
