poniedziałek, 27 grudnia 2010

I po świętach...

Krótkie podsumowanie Wigilii i pierwszego dnia świąt? Proszę bardzo...
Nienawidzę!
To najgorsze Święta od śmierci babci. Dlaczego? Cóż, nie codziennie się człowiek przekonuje iż oparcie w rodzinie ma... żadne, a do tego manipulują nim na wszelkie sposoby. Wspaniale, nieprawdaż?
Dobrze, że święta się skończyły, bo tylu łez dawno nie wylałam, a nie lubię płakać gdy przychodzą księżycowe dni. Wtedy wszystko wydaje się większe i bardziej we mnie uderza. W księżycowe dni czuję się tak jakby emocje nie pełzały mi pod skórą, a oblepiły mnie całą na zewnątrz, jakby całe moje jestestwo przesączyło się przez pory skóry i rozlało się na mnie jak druga powłoka. To nieco niekomfortowe, bo słabości i ułomności ludzkiego ciała mnie dobijają. Wszystko ciągnie mnie w dół. Ból podbrzusza stał się nieznośny i marzę o tym by cały dzien nie wyściubiać nosa spod kołdry. Dzisiaj miałam dzień z gatunku tych dni gdy rozpaczliwie potrzebuję by ktoś się mną zaopiekował, przytulił, podał herbatę i ugotował mi zupę. Dzisiejszy dzień był z gatunku tych, kiedy do samego końca czekasz na słowa: Kocham Cię, Jesteś dla mnie ważna, Potrzebuję Cię... A gdy te słowa nie nadchodzą to masz ochotę schować się pod ziemią.
Dostałam swoją herbatę, pogłaskano mnie po głowie i przytulono.
Mimo tkwiących mi w pamięci i sercu drzazg po ostatniej rozmowie z mamą, dzień upłynął mi na cudownie słodkim lenistwie i łażeniu w piżamie. Na rozluźnienie zafundowałam sobie 40 minutowy prysznic, co pomogło, ale odpokutowałam to później, podwójnym cierpieniem. Jednak przeżyłam.
Straciłam zaufanie do mamy, pełno we mnie strachu związanego z S., ale nie zamierzam się poddać temu poczuciu beznadziei.
Chwilowo jestem zbyt zmęczona i jedyne o czym myślę to sen, któremu towarzyszy głaskanie po głowie i zapach piżma.
Dobranoc :-)

środa, 22 grudnia 2010

Cierpliwość jest cnotą...

Podobnież jest jedną z cnót największych, najwyżej cenionych, a mnie jej ostatnio brakuje. Pomaga Frank i Eric. Dwaj moi osobiści mistrzowie muzyki reprezentujący dwa kompletnie różne style. Sinatra tchnie jazzem, spokojnym, zmysłowym, lekko swingującym, zaś Clapton kołysze bluesem i łagodnym brzmieniem gitary. Dwaj panowie z niepowtarzalnymi głosami, które moszczą sobie miejsce w moim sercu.
Uczę się na nowo łagodności i pokory, uczę się na nowo siebie i własnych uczuć. Z precyzją chirurga i sumiennością onkologa staram się wychwycić zrakowaciałe smugi negatywnych emocji i usunąć je z siebie jak najszybciej, w przeciwnym razie zagnieżdżają się i szybko opanowują kolejne obszary mojego wewnętrznego ja. Tego bardzo nie lubię i jeszcze bardziej nie chcę.
Na nowo odkrywam w sobie kobietę świadomą. Wczoraj przełamałam w sobie kolejną barierę fizyczną i emocjonalną. Niestety skutek nie był najlepszy, ale nie zraziło mnie to drobne niepowodzenie. Dzisiaj spróbowałam ponownie, ale obawiam się, że skutek będzie podobny. To przywołało wspomnienia pamiętnej "romantycznej" kolacji, którą onegdaj przygotowałam dla K., w efekcie nabawiając się traumy, ale nie będę uprzedzać faktów. Może życie i tym razem mnie zaskoczy, podobnie jak serce, jak czyniły to tysiące razy...
Odcięcie się od przeszłości nie jest łatwe. Czasami przywodzi mi na myśl wyrzucenie znoszonych trampek, którym słoma wystaje z podeszwy, ale nadal je trzymasz mając na względzie własny sentymentalizm i wspomnienia. Właśnie... Z tymi ostatnimi poradzić sobie najtrudniej. My, kobiety, mamy tendencje do masochizmu i rozpamiętywania niepowodzeń, porażek, smutnych spraw. Zdarza nam się szybciej zapomnieć o czyimś podziękowaniu i uśmiechu niż o przykrym słowie wypowiedzianym w gniewie. I po co? Przecież to nie wnosi absolutnie nic pozytywnego ani konstruktywnego do naszego życia. Kiedyś w mojej obecności zacytowano słowa: "Jeżeli chcesz mojej przyszłości, to zapomnij o mojej przeszłości". Dlaczego więc z takim upodobaniem wracamy do tego co było? W szczególności jeżeli miało to związek z naszymi obecnymi chłopakami, mężami, partnerami. Po co wnikać w to co było, skoro teraz są z nami, kochają nas i za nami tęsknią? Po co dobijać się do zamkniętych drzwi i narażać siebie na niepotrzebne porównania i gdybanie? Po co podsycać powstałe w ten sposób wątpliwości i niepewność? Czy nie lepiej byłoby z radością zaakceptować i przyjąć to, co otrzymujemy teraz? Oczywiście, że lepiej, ale to nie znaczy że łatwiej... Czasem warto wkroczyć na trudniejszą ścieżkę z wiarą w sercu i z zaufaniem pod rękę. Także trudne i płochliwe towarzystwo, ale z nimi bezpieczniej i milej niż z całym tabunem głośnych wątpliwości.
Jestem kobietą, to nie ulega wątpliwości. Jestem kobietą w każdym calu i aspekcie. Mimo wielu niedoskonałości znalazł się ktoś kto mnie pokochał i kto mnie akceptuje, kto ufa mi bez reszty, a co ja robię w tym czasie? Karmię naszą raczkującą więź własnymi kompleksami, niepewnością i nadkruszonym zaufaniem (ok, nie bezpodstawnie ukruszonym, ale nie ma sensu do tego wracać, prawda? Zasada grubej kreski...). Robię wiele rzeczy na opak, duszę pytaniami zamiast obdarowywać spokojem i wytchnieniem, a potem tego żałuję. Przecież o wiele przyjemniej jest spędzać czas w towarzystwie kobiety, która obdarowuje zrozumieniem i milczącym wytchnieniem przy uspokajającym i miłym drapaniu po plecach niż w towarzystwie skwaszonej i wylewającej wiadro żółci jędzy. Po co utrudniać sobie życie w ten sposób?
Stawiam kolejną grubą kreskę, tym razem dla siebie. Odcinam się od uczucia przykrości za to że gra była ważniejsza od obejrzenia krótkiego filmiku. Nieważne co ten filmik znaczył dla mnie. Nie będę zachowywać się dziecinnie i schowam rozgoryczenie do znoszonego trampka. Prawego. W lewym siedzi już rozpamiętywanie tego co robił z innymi kobietami. Do sznurówek doczepię jeszcze własną niecierpliwość i chęć ucieczki. A trampki z tym całym balastem pakuję do reklamówki.... i na śmietnik!
Mam marzenia. Tym razem proste i jasne, możliwe do spełnienia jeżeli tylko się postaram. Chciałabym widzieć, że jest szczęśliwy i spokojny, że jest szczery sam ze sobą, nie oszukuje samego siebie. Chciałabym widzieć blask w jego oczach i wiedzieć, że w moim towarzystwie naprawdę czuje się sobą i nic nie ogranicza jego wolności. Chciałabym mu to umożliwić. Ja wiem, ze tak się przy nim czuję. Poczucie iż czujemy to oboje jest nie do opisania. To sprawia, że ja jestem pełna szczęścia. Świadomość, że osoba, której oddałam się bez reszty, całkowicie, kompletnie, absolutnie, jest szczęśliwa i spełniona. To moje małe marzenie... Najskrytsze i największe.
Mam dość strachu, że zamykam go w złotej klatce własnych emocji, że nie rozumiem, że nie wspieram i denerwuję. Konfliktów nie uniknę, ale przecież nie każdy musi przekształcać się w walkę na śmierć i życie o własną niezależność i ostatnie słowo.
Bardzo chciałabym żeby wiedział jak bardzo cenię sobie jego rady i jak ważne są one dla mnie. Może nie stosuję się do nich od razu i pozornie nic sobie z nich nie robię, ale to nieprawda. Pamiętam o nich, tylko czasami musi przyjść odpowiedni moment i zaistnieć odpowiednie okoliczności żebym mogła z nich skorzystać w sposób jak najłagodniejszy w skutkach dla mnie. Jestem mu wdzięczna za możliwość wysłuchania tego co ma do powiedzenia na dany temat i jego sposobu na rozwiązanie dręczących mnie problemów. Jeszcze bardziej jestem mu wdzięczna za pozostawienie mi wyboru własnej drogi, co dla mnie w żadnej mierze nie umniejsza znaczenia jego osądu sytuacji. Często jednak nie umiem tej wdzięczności ubrać w odpowiednie słowa. Dopiero uczymy się siebie nawzajem, swoich odczuć, uczuć, reakcji, potrzeb. Ten proces mnie cieszy bo mamy szansę świadomie i wspólnie zagłębić się w świat nas samych. O ileż łatwiej robić to razem... O ileż bezpieczniej czuję się mając go za przewodnika po jego własnym świecie. O ileż przyjemniej mi zanurzać się w odmęty samej siebie prowadząc go za rękę.
Strach nie zniknął i nie ucieknie od razu. Boję się cały czas, że historia jednak lubi zataczać kręgi. A tymczasem nie dam się jej zdominować, mimo niejasnego wrażenia że coś mi cały czas umyka i że robiąc jeden krok w przód, czynię dwa w tył. Wokół mnie krąży szept, że on jednak ma znów wątpliwości... Odpycham to od siebie i bardzo staram się o tym nie myśleć. Wieczorne spacery pomagają.... Pobliski park prześlicznie wygląda oświetlony nocą i pozwala mi na odrobinę niezbędnej ostatnio do życia ciszy.

wtorek, 21 grudnia 2010

Emocjonalna karuzela...

Zbyt emocjonalna...
Jak zwykle przed księżycowymi dniami jestem wyczulona i przewrażliwiona, przez co zbyt wiele rzeczy uderza we mnie mocniej niż dotychczas. Całą sobą czuję dziwny niepokój gnieżdżący się w okolicy serca i sięgający mackami w moje wnętrze. Niepokój taki jak przed wizytą ciotki Aśki, niepokój taki jak przed sprawą z S. i O., niepokój taki jak przed laty przy pierwszej wizycie u lekarza w klinice... Niepokój, że stanie się coś, co we mnie uderzy mocno i dotkliwie. Przez to zaczynam się rozglądać wokół i szukać pierwszych symptomów. Takie węszenie w powietrzu połączone z moim obecnym przeczuleniem nie prowadzi do niczego dobrego, pierwsze symptomy nadchodzącej katastrofy widzę w zbyt wielu miejscach. Odczuwam silną potrzebę otulenia się ciepłym szlafrokiem i zanurzenia się w czeluście puchatego koca. Pragnę ciszy... Kompletnej i absolutnej, przerywanej jedynie oddechami i nieśmiałym szelestem skrzydeł.
Ludzie mnie drażnią.
Denerwują mnie ich mało istotne problemy w stylu: Lepiej wybrać szary czy grafitowy krawat? A może lepiej kupić skarpety?
Czy nikt nie widzi tego co się dzieje na świecie? Ludzka znieczulica sięgnęła apogeum. Martwimy się i przejmujemy tym, że wyskoczył nam pryszcz na środku twarzy i straszy innych wielkością, ale nie zatrzymujemy się przy głodnym dziecku żebrzącym o bułkę. Nie mówię o tych, którzy żebrzą jedynie o pieniądze. To mój stary test na to czy osoba, która właśnie do mnie podeszła naprawdę jest głodna czy po prostu uczyniła sobie z żebrania sposób na zarobienie. Pytam czy zamiast pieniędzy mogę jej kupić jedzenie, skoro jest głodna. Jeżeli odpowiedź jest negatywna - odchodzę. Jeżeli słyszę "A mogłaby pani?" kieruję kroki do sklepu i zaopatruję taką osobę w siatkę jedzenia. Taki wariat ze mnie. Po prostu nie mogę wobec czegoś takiego przejść obojętnie. Nie mogłabym chyba spać ze świadomością, że mogłam a nie pomogłam. To przeraża. Boli mnie to, ze ludzie nie zatrzymują się nawet by zapytać czy nic nie jest kobiecie leżącej na chodniku. Po prostu mijają ją, uważając jedynie by jej nie nadepnąć. To samo tyczy się mężczyzny śpiącego na ławce. Ja wiem, ze istnieje ryzyko iż natkniesz się na pijaka, który z agresją coś CI odwarknie, ale skąd pewność, że mężczyzna właśnie nie przechodzi zawału, zasłabł albo dostał udaru? Pewności nigdy nie ma a sprawdzenie tego przecież nic nie kosztuje. Poza kilkoma sekundami poświęconymi na zadanie pytania.
Nie umiem przejść obojętnie. Zbyt emocjonalnie reaguję na ludzką krzywdę. Taki emocjonalny wariat ze mnie. Gdy umarł Marek, mój wieloletni przyjaciel, odczekałam do pełnoletności i skończyłam jako wolontariuszka w hospicjum dla chorych na białaczkę. Psychicznie najcięższe chyba miesiące mojego życia. Ale i obfitujące w najbardziej szczery śmiech i łzy radości. I w największą nadzieję. Czułam, że naprawdę pomagam, że to na tamten moment było moje miejsce. Wraz z chorymi niosłam pocieszenie rodzinom, przekonując, że śmierć jest tylko początkiem nowej drogi... Moja wiara wtedy była niezachwiana. Mogło grzmocić we mnie co bądź, ale miałam swoją tarczę z wiary, nadziei i miłości. Miałam tarczę z uśmiechu i cierpliwości. Teraz odczuwam ich brak, dlatego uciekam i zaszywam się w swojej jaskini.
R. stwierdził, że zrobiła się ze mnie introwertyczka. Tak, w pewien sposób to prawda. ALe ja chyba po prostu czuję się przytłoczona towarzystwem ludzi, ich działaniami, manipulacjami... Czuję się tak jakby chwilowo świat mnie przerósł. Emocje wylewają się ze mnie wszystkimi porami skóry. Wczoraj miałam kolejny atak paniki...
Jak nigdy wcześniej, teraz potrzebuję zapewnienia... Że jestem potrzebna, że jestem istotna, chciana, że się za mną tęskni, że wszystko jest w porządku, ze nic się nie zmieniło... Że jestem kochana...
Dziecinne? Może, ale dzisiaj dużo we mnie z dziecka. Takiego, które obserwuje świat wielkimi z przerażenia oczami.
Jutro sprawa spadkowa w sądzie. Ona napawa mnie ogromnym niepokojem. Boję się, że babcia z tatą pokłócą się i to ostatecznie pogrzebie nadzieję na przynajmniej ciepłą atmosferę świąt rodzinnych.
Potrzebuję ciepła. Dużo ciepła. Ciepłych palców zaciśniętych na palcach moich dłoni. Palców dających poczucie bezpieczeństwa. Potrzebuję mojej tarczy splecionej z miłości, nadziei i wiary. Potrzebuję ich, bo wiem, że panika nigdy nie atakuje tylko raz...

piątek, 17 grudnia 2010

Kiedy jesteś tu...



Czasem piosenki mają dla mnie ogromną siłę i ogromne znaczenie.
Ta ma...
W niej ujęte jest to co na dnie serca...

Czuję się wolna...
Kiedy jesteś tu...

Złamałam pieczęć...

Pieczęć na sobie samej. Złamałam ją we śnie. W dziwnym śnie, który mi się przyśnił. Było w nim wszystko i wszyscy: Kochana, Dziadek S. (a właściwie jego głos), Sean, Angie, On, K., P., O. ... A przede wszystkim ja i S. Krążyli wokół nas a my jak te sierotki staliśmy w środku. K., P., O. nie pozwalali nam dostać się wyżej, nie pozwalali wzlecieć. A wraz z nimi cienie i słowa zwątpienia. Wiara S. i jego wysiłki nie wystarczały by ochronić nas oboje, więc chronił mnie, sam narażając się na bolesne ciosy. Słabł, a ja nie potrafiłam wykrzesać z siebie nic. Widziałam ból w jego oczach, widziałam poranione ciało i serce dźgane moimi słabościami. Widziałam jak życie wysączało się z niego w tempie błyskawicznym. Widziałam jak płakał. Wiedziałam, ze płacze bo nie ma więcej sił by mnie chronić. Płakał bo nie chciał mnie puścić, nie chciał by mnie zraniono. Trzymał mnie w ramionach i promieniował miłością. Moje serce nie wytrzymało i pękło. Moje skrzydła nie wytrzymały i spłonęły w żarze jego uczucia. Złamałam na sobie pieczęć, tą którą sama sobie założyłam gdy odszedł. Wyrwałam się z okowów strachu i odrodziłam się w płomieniach miłości, którą sama czułam. Spopieliłam wszystkie wątpliwości, spopieliłam przeszłość, spopieliłam wszystko co mnie powstrzymywało. Odrodził się ze mną. Wzlecieliśmy razem, obejmując się i patrząc sobie w oczy. Spleceni niczym jedność. Wzlecieliśmy ku Niemu. Kochana otuliła nas oboje ciepłem swego jestestwa. Dziadek S. otoczył nas bezpiecznym głosem. A On otoczył nas miłością i w sercu zapanował mi spokój. Był tylko S. i On. Nic więcej nie miało znaczenia.

To najdziwniejszy sen jaki kiedykolwiek miałam. Ale przyniósł ze sobą determinację i zrozumienie.

Zdecydowałam się zwyciężyć brak zaufania jego pełnią. Złamałam pieczęć na sobie i otworzyłam serce kompletnie i absolutnie. Ponownie. Nie ma we mnie wrażliwszego elementu.... Strach pozostał, zazdrość również, ale wierzę i ufam, że S. nie zrobi nic co mogłoby mnie zranić. Nie zrobi nic, co mogłoby mnie zniszczyć. Wierzę, że jest i będzie. Ufam.
Miał rację mówiąc, że to rozum kieruje brakiem wiary i pamięcią. Nie umiem zapomnieć tego co się stało, ale staram się by było to jedynie wspomnienie zamknięte w komodzie umysłu. Ot, jedna z zatrzaśniętych szufladek. Potrzebuję jego pomocy by zatrzasnąć ją na dobre i wiem, ze tę pomoc otrzymam. To zadziwiająca ulga, świadomość iż mam wsparcie i znajdzie się ręka, która mnie podtrzyma gdy się potknę. To naprawdę wielka ulga... By zatrzasnąć to na dobre będę musiała poznać O. Będę się musiała zmierzyć z własnym lękiem i własnymi kompleksami. Ale chcę to zrobić. I chcę jej ofiarować przebaczenie i miłość. Chcę jej ofiarować zaufanie i wiarę. Chcę jej ofiarować życie wolne od moich podejrzeń. Chcę jej ofiarować wiedzę, że serce ma największą siłę jeżeli tylko jest się uczciwym wobec niego. Chcę jej ofiarować to jaka jestem. Chcę jej ofiarować ciepło i uśmiech, szczere, nieskalane niczym. To coś co muszę zrobić dla siebie.
"Zwyciężaj wszystko miłością..." Te słowa usłyszałam od dziadka S. gdy płakałam w parku pod brzozą. Do tej pory byłam zbyt zaślepiona strachem by móc pojąć ich głębię. Czas wyzbyć się lęku. Wiem, że sama nie dam sobie rady z tą walką, ale jestem pewna, że gdy tylko sięgnę obok, tam znajdę dłoń S. Z nim jestem w stanie pokonać wszystko. Wiem... Czuję... A serce mam spokojne...

Nie prowokuj mych ust czerwieni...



Dziś wieczór po głowie chodzi mi Edyta Bartosiewicz. Piosenka ma dla mnie ogromną wartość sentymentalną, ale nie mam pojęcia czemu przypomniała mi się właśnie dzisiaj. Rozum z Sercem pożarli się o wyjazd do O. Serce chciało postąpić spontanicznie, Rozum tłukł ją po głowie i wybił pomysł. A raczej S. wybił stwierdzając, że niedzielę będzie chciał spędzić sam. Zrobiło mi się nieco przykro, ale przecież każdy ma prawo do odrobiny prywatności czy samotności. Zamiast spędzić czas w parku w O., udam się do Grycana na Nowym Świecie. Przynajmniej pożegnam się z R. przed jego wyjazdem do Wiednia.

Moja nieufność się ukonstytuowała i znalazłam jej źródło. To nie brak zaufania do S. To brak zaufania do kogoś innego. Ogólne rozdrażnienie bierze górę i klops... Po prostu biorąc pod uwagę to, co się ostatnio wokół mnie dzieje, miewam ataki paniki. Najzwyczajniej w świecie się boję, że historia się powtórzy. Przecież od wspólnych zajęć się zaczęło, nieprawdaż? Lekka paranoja daje o sobie znać. Szukam na nią sposobu, ale nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy, poza przestrzenią.

Powietrze i drzewa... oto remedium na wszystko. Rozważałam pojechanie do O. i wynajęcie pokoju w hotelu. Tak po prostu. Spacer po parku, kilka oddechów i mnóstwo zdjęć. Odcięcie się od internetu i ludzi. Po prostu czysta natura... Ale jakoś mi się to wydaje nie do końca fair. Dziwnie się będę tam czuła będąc jednocześnie tak blisko i tak daleko... Bez sensu to wszystko.
Umówię się z Adaśkiem na piwo, a na spacer przejadę się do Wilanowa, albo Powsina... Ostatecznie zadowolę się Łazienkami. Byle zająć czymś myśli...

S. stwierdził, że zaufanie mu leży w moim interesie i zależy jedynie ode mnie, bo on mi ufa. Nie zgadzam się z tym. To raczej leży w interesie nas obojga, ale mogę się mylić.

Mama przemyślała sprawę i obiecała się poprawić. Cieszy mnie to, bo swoim zachowaniem sprawili mi ogromną przykrość. Szkoda, że nie pomyśleli o tym wcześniej.

Mój dziwny humor i zbrukanie emocjonalne nadal nie przeszło. Po plecach pełza zimny i nieprzyjemny dreszcz niepokoju. Cienie szepczą: To znów się stanie...
Bardzo chciałabym im splunąć w twarz, ale niestety jej nie mają.

W głowie pulsują słowa: Nie prowokuj mych ust czerwieni....

Serce mi płonie...

czwartek, 16 grudnia 2010

Katharsis potrzebne od zaraz

Prysznic nie pomógł.
Wynikło z niego tyle, że nadal czuję się zbrukana emocjonalnie i zgwałcona mentalnie, tylko teraz jeszcze pomarszczona od gorącej wody. I moczę poduszkę wodą ściekającą mi po plecach. Ale za to jestem czysta i pachnąca. Trzeba w każdej sytuacji znaleźć dobre strony, prawda?

Rozdrażnienie osiągnęło apogeum i musiałam się odciąć na dobrą chwilę od wszystkich. Plusy? Cóż, w końcu obrobiłam zdjęcia i uporządkowałam je. Pośpiewałam sobie. Obejrzałam dwa głupawe filmiki i napisałam list do Świętego Mikołaja. Może zdąży go dostać... Kicia pomruczała mi trochę do ucha, ale niestety i to nie pomogło.

Rozmowa z Angie przynajmniej mnie uspokoiła jeżeli idzie o Seana. Przyszły dziadek bliźniąt przechodzi rekonwalescencje pooperacyjną w domu swej córki i realizuje swoje despotyczne potrzeby krzycząc na Leslie, ze powinna się oszczędzać. Ona, jako że poszła w ślady szanownego tatusia, odwdzięcza mu się tym samym. Kochana rodzinka :-)

Słucham dziwnej muzyki i zamykam lęki w kryształowych kulach. Zajrzałam w głąb siebie i przestraszyłam się tego co zobaczyłam. Dopiero teraz widzę jak bardzo pobliźnione mam Serce. Czuję się przerośnięta ogromem zniszczeń. Błagałam wodę by zmyła je ze mnie, ale nie dała rady. Zniknęło tylko kilka... Rozważałam zdarcie reszty, ale czy naruszając tkankę, nie zrobię większej rany albo nie odnowię starych? A blizny mnie dzisiaj bolą. Tak samo jak boli ludzka głupota i bezmyślność. Drą i ciągną tak samo jak ludzka znieczulica i skłonność do osądzania po pozorach. Tym boleśniej to odczuwam, ze sama się tego dopuściłam ostatnio. House miał rację. Wszyscy kłamią, tylko w ramach usprawiedliwienia nazywają to inaczej. Niedopowiedzenia, pominięcie jednego czy dwóch szczegółów, naginanie rzeczywistości, ubarwianie, kolorowanie, przemilczenie... Jak zwał tak zwał. Kłamstwo to kłamstwo...

Ostatnie dni pokryły mnie ciemnym i lepkim osadem niegodziwości w przeróżnych postaciach, skalały mi serce wspomnieniami i bólem zabliźnionych już niemal miejsc.

Zazwyczaj spacer i prysznic pomagał., ale dzisiaj jakoś ból w klatce nie mija, a ja czuję zbliżający się napad paniki.

Od kilku godzin palę trzy świece. Zieloną, białą, niebieską. Ich chybotliwe płomyki rozpraszają mrok i rzucają ciepłe światło na pustą ścianę obok mnie. Widzę cienie czające się w kątach. Dzisiaj nie podejdą, bo póki co trzy siostry trzymają straż. Wiara, Nadzieja i Miłość. Oświadczyły, że nie wybierają się nigdzie. Serce trzyma z nimi sztamę, mimo iż sama ledwo ciepła. Rozum już się wyłączył.

Tylko ciało wyszło z tego wszystkiego jak Zabłocki na mydle. Ból w klatce siedzi nadal i nie zamierza się wynieść, mam dreszcze i koszmarnie brak mi ciepłego dotyku palców na mojej dłoni. Kot czmychnął pod łóżko więc nie mam co liczyć na miękkie futro.

Oddech za oddechem. Oddech za oddechem. Oddech...

Mama obiecała mi, że spróbuje raz jeszcze. Nawrzeszczałam na nią strasznie za to co powiedziała. Zamknęła znaczenie słowa WSZYSCY w dwóch osobach. I w dodatku osądzając nie tylko niesprawiedliwie ale i krzywdząco, nawet nie znając faktów, okoliczności i charakteru. Niesprawiedliwość mnie boli. Krzywdzenie innych, nawet przypadkowe, mnie boli.

Wszystko razem zgwałciło brutalnie moją emocjonalność i dało Sercu w twarz. Zrobiłam się wrażliwa i delikatna, więc wróciły mechanizmy obronne. Dzisiaj miałam ochotę cofnąć się głęboko do podświadomości i zamknąć się w niej, zanurzywszy się w słodką ciemność pozornej obojętności. Pech, że nie umiem już być obojętna.

Drażniły mnie dźwięki. Nawet pikanie telefonu i gadu gadu doprowadzało mnie do szału. Potrzebowałam ciszy... i lodów z sosem czekoladowym.

Teraz potrzebuję ciepłego oddechu, muśnięcia opiekuńczej dłoni na włosach i uspokajającego mruczenia do ucha. To wszystko jest moim katharsis. Potrzebnym. Od zaraz...

środa, 15 grudnia 2010

Czuję...



Jazz, blues, soul, czasem zahaczę o gospel...
Odkurzam stare kawałki. Wczoraj nucił mi Frank, dzisiaj Nat King Cole. Muzyka pozwala mi zaczerpnąć oddechu i nieco stłumić tęsknotę za przestrzenią. Bo za przestrzenią i drzewami tęsknię jak diabli. Miasto mnie dusi i dławi, serce wyrywa się do lasów i parków. Doraźnie ratują mnie Łazienki i Moczydło, ale to tylko substytut....

Dusza odlicza dni na kalendarzu. Jeszcze 9.... Tragedia. Usycham ;p

Rozmawiałam dzisiaj z mamą. Rozmowa ciężka jak cholera i chyba niezbyt przyjemna dla nas obu. Mam nadzieję że odniesie skutek, bo inaczej cały wysiłek na nic i stwierdzę, ze moja rodzina jest nie tylko niereformowalna ale i nieuprzejma.

Czuję...
Ostatnio dużo czuję.
Po tym co usłyszałam w nocy czuję jeszcze intensywniej.
Czuję się wyróżniona, wyjątkowa, zaszczycona... Czuję się kochana. Czuję się... cudownie...
Wzruszona, czuję euforię i dziwną nostalgię. Czuję się jak... jak... nawet słów nie umiem znaleźć.
Czuję się.... jedyna... :-)

Może i błędnie ale.... czuję :-)

Bo śnieg...



Ostatnie dwa tygodnie przewartościowały mnie dokumentnie i sprawiły, że uwierzyłam we własne szczęście. Mimo różnych wpadek (nazwijmy to wpadkami, w sumie w chwili obecnej nie mają już takiego znaczenia) moja wiara powraca sukcesywnie, a to mnie cieszy.

Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że spędziłam najpiękniejsze i najcudowniejsze dwa tygodnie w moim dotychczasowym życiu. I wiem, ze takich będzie jeszcze dużo. To niesamowite uczucie.

Dwa ostatnie dni były dziwne. Najchętniej bym o nich zapomniała, ale to nie miałoby sensu. Czuję się nieco zmanipulowana, po trosze rozczarowana i odrobinę zawiedziona. Chciałabym o tym zapomnieć.

Dzisiejszy dzień spędziłam miło i rozkosznie. Spotkania z J. zawsze wprawiają mnie w doskonały nastrój, a jak się okazało obie mamy powody do śmiania się pełną gębą. To cieszy. Pierwszy raz widziałam ją tak szczęśliwą. A ona mnie. To motywuje i buduje. Drobny prezent, który dostała szalenie jej się spodobał.

Skończyłam prezent dla S. i dla Ł. Mam nadzieję, że obu panom będą się podobały. Jeżeli nie, to trudno. Pozostanie mi odstawić druty. :-D albo zamienić je na coś innego.

Za oknem sypie śnieg, a ja spędzam wieczór z kubkiem korzennej herbaty, S. w słuchawkach, kotem pod łóżkiem i Frankiem nucącym w tle. Niemal pełnia szczęścia. Jedyne co bym zmieniła to zamiana S w słuchawkach na S siedzącego obok. :-)
Tylko tydzień...

Święta będą białe.
Bo śnieg...

sobota, 11 grudnia 2010

Dziwadło

Życie mnie zadziwia, a wiara mi nadal kuleje. Powinnam skakać pod sufit ale w głowie coś mi ciągle brzęczy na alarm. Cóż takiego? Moja nieufność. Naprawdę pierwszy raz w życiu chciałabym się jej pozbyć. Ot tak, jednym gestem. Drażni mnie wszystko.
Wczoraj znów nasłuchałam się jaka to jestem niedobra, egoistyczna i jak bardzo zadbałam o rozpad wszelkich łączących nas więzi. I jakie to wszystko trudne dla niego. A potem ni z tego ni z owego zaprosił mnie na obiad. Miałam ochotę wyskoczyć z samochodu nie bacząc na prędkość i miejsce. Przesiedziałam z 15 minut na schodach zanim weszłam do domu. Płakałam jak bóbr. Dobrze, że na zziębniętej twarzy nie widać.
S. jest absolutnie cudowny. Odpoczywam przy nim i odzyskuję siły. Co prawda O. nadal siedzi mi w głowie ale bardzo się staram zapomnieć. Bardzo chcę zapomnieć i uczynić z niej jedynie krótki i nic nie znaczący podmuch wiatru. To trudne.
To nie jest tak, że mu nie ufam. Czuję się nieco zawiedziona, fakt. Ale przede wszystkim jest mi chyba przykro. I jestem zła. Na samą siebie. Za co? Hmm.. to trudne pytanie. Za to, że nie zauważyłam. Za to, że tak bardzo chciałam wierzyć i wierzyłam w to, ze jestem, byłam wyjątkowa i jedyna. Za to, że ufałam bezgranicznie, nie pozwalając sobie nawet na cień wątpliwości. Dlatego to wszystko tak zabolało i dlatego tak trudno to wyrzucić z pamięci. Zapomnienie emocji trochę potrwa. Próbuję wyłączyć intuicję i wyobraźnię. Ciężko mi idzie, bo przy tym często wyłącza mi się poczucie humoru.
Zapalam świece i modlę się o uzdrowienie wiary, o odnowienie zaufania i czyste serce, pozbawione zadr i wątpliwości.
Boję się. Tak jak ostatnio się boję, że gdy znów zaufam bezgranicznie to ponownie przeoczę coś i będę cierpieć. Wiem, że strach ma wielkie oczy i walczę z nim codziennie. Najgorzej jest przed zaśnięciem albo gdy obudzę się w nocy. Wtedy najbardziej potrzebuję jego uścisku dłoni i przytulenia. Wtedy wszystko odchodzi. Inaczej bywają chwile kiedy strach mnie paraliżuje i znów walczę o oddech i spokój. Na szczęście one są krótkie. Zaciskam palce na koniuszkach jego włosów i zamykam oczy. Czasem płyną łzy ale robi mi się lepiej. Nie chcę żeby widział iż płakałam, martwiłby się. Serce pragnie znów ufać bezgranicznie, tylko Rozum się buntuje... Czuję się jak między młotem a kowadłem. Mogłabym powiedzieć, że wystarczy iż on udowodni że warto mu ufać, że nie zawiedzie, ale na logikę rzecz biorąc - jak do cholery miałby to zrobić?
Wybaczyć? Nie miałam co wybaczać, przecież nie byliśmy wtedy razem. Technicznie rzecz biorąc...
Rysuję grubą kreskę i oddzielam to co nie ma znaczenia, zostawiam za sobą. Tylko jak mam wyrzucić z głowy te obrazy? To trudne... Naprawdę się ciężko i mocno staram. Chcę...
Sama sobie wydaję się teraz niepewna, a przez to męcząca. To przerażające, ze kilka miesięcy takiej karuzeli emocjonalnej potrafi z człowieka zrobić cień samego siebie. Pierwszy raz czuję się krucha i słaba, nawet maski nie potrafię porządnie sklecić. Wszystko uderza teraz we mnie jak ze zdwojoną siłą. To mnie przeraża najbardziej - własna słabość. Słabość oznacza poleganie na kimś, wiara w to że ochroni i nie pozwoli mi utonąć. Dla mnie to trudne, bo zawsze musiałam sobie radzić sama. A teraz? Moja podświadomość ciągnie do tej zależności. Doświadczenie się buntuje.
Nie myślałam że moje blizny na sercu są aż tak głębokie i aż tyle ich.
Ciekawe czy serce może się regenerować, tak jak wątroba?
Mam kotkę. Nazwałam ją Triskel. To pierwsze imię jakie mi przyszło do głowy gdy ją zobaczyłam. Jeszcze jest nieoswojona z nowym miejscem ale powoli z niej łobuz wychodzi. Dzisiaj nieśmiało zaczęła gonić kłębek wełny...
Zastanowiłam się czemu nazwałam ją Triskel. Moja podświadomość wykazuje się niekiedy inteligencją. Triskel oznacza potrójny wir, tańczącą energię... Pomaga urzeczywistnić pragnienia i marzenia, odnaleźć w sobie energię i siłę, harmonię... Pomaga wprowadzać zmiany w psychice, życiu, ciele... W sam raz na początek nowego życia. Uwielbiam jej miękkie futerko pod palcami i głośne mruczenie. Pomaga zapomnieć o tym o czym zapomnieć chcę. Może to dziwaczne imię przyszło właściwie?
I proszę jakie ze mnie wiedźmińskie dziwadło... ;-)

czwartek, 9 grudnia 2010

Brzozy...

Walczę z sobą. Nieustannie.
Walczę z kruchością i słabościami i czasem brak mi sił.
Jak dziś.
Mam ochotę zwinąć się w kłębek i po prostu milczeć.
Gorszą rzeczą od oszukiwania kogos jest oszukiwanie samego siebie. Idzie mi pięknie i koncertowo. Wmówiłam sobie, ze jestem silniejsza i zniosę wszystko, wszystkiemu dam radę.
I co?
Brzoza dzisiaj mnie wyśmiała. Zwinęłam się w śniegu u jej stóp i przez kilka minut po prostu leżałam. Dobrze że nikt mnie nie widział.
Płakałam aż zamarzły mi łzy na rzęsach.
Płakałam nie dlatego, ze jestem nieszczęśliwa. Wręcz przeciwnie. Jedynym cieniem są jego oczy. Smutne.... Nie wiem czemu. Nie umiem czytać w myślach.
Płakałam bo świat boli, bo ludzka obojętność boli, bo czasem zbyt wiele widzę i czuję.
Płakałam... sama do końca nie wiem czemu. Coś we mnie tkwi głęboko, w ciemności.
Dzisiaj mnie uderzyło to co kryłam w sobie. Powinam była wtedy dac mu w twarz. Pomogłoby...
Powinnam była dać mu w twarz i wyrzucić za drzwi. A co ja zrobiłam? Płakałam i zamknęłam ból w sobie.
Po co?
Bo kocham.
Ból urósł.
Dzisiaj ukorzyłam się przed wiatrem. Błagałam by wyrwał ból i wątpliwości. Bez tego moja wiara chwiejna jest jak ja sama. Składam się z części niespójnych, przeczących samym sobie.
Ulotna...
A brzoza nadal stoi gdzie stała....

wtorek, 7 grudnia 2010

Harmonia...

Niemal zapomniałam co to słowo oznacza. Dzisiaj obudziłam się przepełniona nią. Za oknem leży śnieg...

Wczoraj z serca zdarto mi łańcuchy i usnęłam przepełniona tym dziwacznym uczuciem euforii, mieszaniną spokoju, opanowania, spełnienia, radości, ciepła, dobroci, szczęścia, wzruszenia, równowagi i kompletności, eksplodującymi we mnie bez końca... Zniknął lęk, strach i brak wiary. Zabrano mi brak zaufania.
Ufam.
Wierzę.
Kocham.
Bez strachu.

Zastanawiałam się zawsze jak najlepiej ująć w słowach miłość. Nie tylko tą międzyludzką, ale na przykład miłość Bożą.
Jedynym co mi przychodzi do głowy, jest właśnie to uczucie, z którym zasnęłam.

Miłość i harmonia.
Otulona nimi otworzyłam dzisiaj oczy i wzięłam pierwszy oddech bez lęku.

Mimo wydarzeń dnia wczorajszego, zawodu za zawodem, rozczarowania i żalu, dzisiaj obudziłam się wolna.
A. mnie zawiodła. Za moimi plecami zrobiła coś o co z całą pewnością poprosił ją Kappa, coś czego wiedziała, że bym nie pochwaliła. Tym bardziej, że Kappie nie ufam za grosz i perspektywa jego potencjalnych kontaktów z K. mnie przeraża. Kappa jest typem, który potrzebuje wyżyć się na kimś, odreagować swoje problemy na innych i nie wątpię, że ze mnie będzie sobie chciał zrobić dziewczynkę do bicia. Jest mi przykro i czuję się w pewien sposób zdradzona przez A. Nie dlatego, że zadzwoniła do K. z pytaniem czy może dać Kappie jego numer, ale dlatego, że zrobiła to za moimi plecami, że nic mi nie powiedziała. To boli. Tym bardziej, że wiedziała jak głupimi i złośliwymi żartami darzył mnie Kappa i jak drażnił mnie sugestiami rozmów telefonicznych i spotkań z K. Teraz będzie miał pełne pole do popisu. Zawiedzione zaufanie boli. I wkurza jak nic.

L. się ode mnie chce odciąć. Oczywiście powiedziała to już po tym jak poprosiła o wystawienie jej referencji. A dlaczego chce się odciąć? Bo nie może zaakceptować tego co łączy mnie i S. Mimo, że tego ostatniego nie znosi. Kiedyś go kochała i to według niej wystarczy do tego bym ja, jako jej przyjaciółka zrezygnowała ze spokoju i szczęścia jakie S. wnosi w moje życie. Żebym zrezygnowała z oddechu i rytmu serca... Według niej zachowałam się nie jak przyjaciółka, bo ona nigdy nie postąpiłaby tak samo jak ja. Przypomniała mi się nasza rozmowa z CLMF - powiedziała, że S, nie może do mnie nic czuć bo ona sobie tego nie życzy, bo to sprawiłoby jej ból, zraniłoby ją i zniszczyło jej serce. I ona sobie nie życzy żeby kiedykolwiek nas coś łączyło. Zapytałam ją czy byłoby w porządku gdyby sytuacja się odwróciła. Gdyby to do niej coś czuł, gdyby ją kochał. Zapytałam czy byłoby w porządku, gdyby to mnie zraniło i złamało mi serce. Milczenie i wyraz oczu były dość oczywistą odpowiedzią. Oczywiście, że by było w porządku. Dla niej.
Jest tylko pewna różnica. Ona go nie znosi, kiedyś wydawało jej się, że go kocha, potem doszła do wniosku, że to jedynie fascynacja, która przeminęła. Moje uczucia są zdecydowanie odmienne. Jednak ona, moja przyjaciółka, której zależy na tym, żebym się śmiała i była szczęśliwa, jednocześnie tego szczęścia mi odmawia, stwierdzając, że przekroczyłam granice przyjaźni wiążąc się z mężczyzną, którego ona nie kocha ani on do niej nic nie czuje. Twierdzi, że nie zachowuję się jak przyjaciółka. Nidy nie dałam jej powodów do takiego osądu. To boli. Czy ona w takim razie może nazwać siebie przyjaciółką z czystym sumieniem?

Okazuje się, że jedynymi prawdziwymi przyjaciółmi, którzy zawsze mają swoje zdanie i nie boją się go bronić, jednocześnie nie postępując fałszywie to Z., R. i Ł. Są zawsze szczerzy i wiem, że nie muszę przy nich ani się kryć ani udawać. I zawsze mogę na nich liczyć. To miła świadomość. :-)

S. stanowi zupełnie inną kategorię. Jest jedyny w swoim rodzaju.

Czuliście kiedyś z kimś taką więź gdy w pewnym momencie nie wiecie czy oddech jest Wasz czy już tej drugiej osoby? Czy bicie serca jest jeszcze biciem Waszego czy już czyjegoś? To właśnie kategoria S. ...

Dziwne pytanie snują się w mojej głowie. Szukanie na nie odpowiedzi jest interesujące i zajmujące. Czy Bóg się często uśmiecha? Czy jest czas poza czasem, przestrzeń poza przestrzenią? Czy smak jednej i tej samej rzeczy może być różny w zależności od naszego nastroju? Jak odczuwa się szczęście? Czy miłość otula miękko i niepostrzeżenie czy też wdziera się gwałtownie i kompletnie obiera nas we władanie? Jeżeli czyni obie te rzeczy, to czy jest to ta sama miłość czy dwie różne?

Harmonia...
Miło mieć świadomość, że pieści moje Ja....

niedziela, 5 grudnia 2010

Spokój...

Pierwszy raz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że czuję spokój.
Taki wszechobecny i wyciszający.
Jest mi z tym dobrze.
Mimo poważnych komplikacji i zawirowań w życiu, jest mi dobrze...

Dzisiejszy spacer po parku obfitował w dobre światło, niezłe zdjęcia i stukanie dzięcioła o pnie drzew. Brzozy szumiały zachęcająco, a stary klon chylił konary w moim kierunku. Uwielbiam to miejsce. Tracę tam poczucie czasu i zanurzam się w harmonii. Oczywiście nie obyło się bez łez, ale te były inne. - po prostu spuszczenie emocji...

Czuję się silniejsza.
Czuję się szczęśliwa.
Czuję się sobą.

Budzę się rano i pierwsze co robię? Uśmiecham się.
Idę do łazienki, patrzę w lustro i oczy mówią mi że jestem szczęśliwa.

Dobrze mi z tym.

czwartek, 2 grudnia 2010

Wdech... Wydech...

Droga była paskudna. PKS jeździł po nieodśnieżonym asfalcie jak chciał, pobocza niewidoczne spod czap śniegu a kierowca mocno zdenerwowany, ale dotarląm do celu bez przeszkód.
Miło.
Żyję
Oddycham...
Będzie dobrze...

Dzisiaj napisała do mnie Ania D. pytając czy wszystko ok. Odpisałam, ze ok, bo nie wyobrażam sobie innej opcji.
To co się stało jest jedynie drobną komplikacją.. No dobrze, troszkę większa, ale to nadal nic, z czym sobie nie jestem w stanie poradzić. Tylko potrzebuję krótkiego oddechu. Nic więcej..

Świat zza śnieżnej zasłony wygląda ciekawiej. Szczególnie w takiej bliskości ukochanego parku w O.
Nabieram sił. Czuję to.

Skrzydła też nabierają sił. Dzięki S.
Dzisiaj nawet spróbowałam nimi poruszyć... Tak jak sercem.
Działają bez zarzutu. :-)

Kiedyś ktoś powiedział mi, że czasem trzeba opaść na samo dno i odbić się od niego zanim będzie dobrze. Ja swojego sięgnęłam. Teraz może być jedynie lepiej. To motywujące. :-)

Czuję się szczęśliwa. Mimo tego całego szajsu i bałaganu, czuję się szczęśliwa i uśmiecham się.
Uśmiech sięga oczu.
Oczy też się śmieją.
Czy to nie jest wspaniale, że nadal potrafię się śmiać?

Serce mi się raduje...

Idą święta...

środa, 1 grudnia 2010

Fuck...

Czasem po prostu w życiu nam coś nie wychodzi.

Czasem po prostu robimy błąd, za który słono płacimy.

Czasem po prostu tak bywa.

Dostałam srogą nauczkę, ale może uda mi się ją przekuć na coś dobrego.

Nie poddam się. Nie teraz.

Wyjeżdżam dzisiaj. Łapać szczęście i oddech. Inaczej zadusi mnie i miasto i problem.

Od przyszłego tygodnia zmierzę się z tym i pokonam wszystko.

Bo nie mam wyjścia. Bo chcę. Bo tak trzeba.

Dzisiaj chcę po prostu się przytulić i nie płakać. Po prostu. Uśmiechnąć się i pogadać o głupotach.
Chcę żeby przestały trząść mi się ręce.
Chcę nabrać pewności, że dam sobie radę.
Że przetrwam.

Bez zbędnych słów.

A świat chwilowo zawalił mi się na głowę.

I tylko serce bije oszalałe ze szczęścia.