czwartek, 27 września 2007

Uziemiona...

Ostatnio narzekałam, że nie zdołałam odpocząć w tym roku, że urlopu porządnego nie miałam... i tego typu gadanie... I wykrakałam sobie...
Zostałam uziemiona - na dzień dobry do 10 października... Mam zmienić tryb życia z aktywnego na kanapowy, fotelowy czy inny nie wymuszający chodzenia. Chyba uświrknę przez ten czas...
Niewłaściwe rozgrzanie i rozciągniecie mięśni i ścięgien przed ostatnim maratonem treningowym zaostrzyło stan zapalny rozcięgna, który rozwijać się musiał w piętach już od kilku miesięcy... I czeka mnie teraz terapia zastrzykowa (czy wspominałam, ze NIENAWIDZĘ igieł?), leżenie i fizykoterapia (laser, ultradźwięki i inne przyjemności)...
I co najgorsze - przerwa od tańca... to boli chyba najbardziej...

wtorek, 18 września 2007

Nowa siła :))))

Wczoraj na zajęciach u Jasmin dotarło do mnie, że świadomość własnego ciała mam... żadną ;))))))) No może prawie żadną :D:D:D:D I super! Kolejne wyzwanie! Se.. se.. se... :D:D:D:D Wszystko mnie boli, łącznie z koniuszkami palców u dłoni, ale gęba mi się cieszy :D:D:D:D:D I znów mam ochotę tańczyć, tańczyć, tańczyć... :D Właściwie już się nie mogę doczekać dzisiejszej próby i jutrzejszego pokazu :D:D:D:D:D:D
Zajęcia u Jasmin są inne od tych u Moh. Moje pierwsze wrażenie z nich - przerażenie, gdy zaczęła mówić czego będzie wymagać. Pierwsze wrażenie zatarła lekcja - było super. Podobało mi się ćwiczenie koordynujące biodro - rękę - głowę. I możliwość uświadomienia (bolesnego) sobie, że mam dwa pośladki, a każdy z nich stanowi odrębny mięsień :D Przypomniały mi się jedne z pierwszych zajęć u Moh - że mam dwa biodra i one potrafią się ruszać :D:D:D:D W zasadzie obiektywnie muszę stwierdzić, że moja fascynacja tańcem brzucha rozwija się zdrowo na świetnej pożywce jaką jej funduję. I gdyby fundusze pozwoliły a doba trwała dłużej, ganiałabym na taniec 5 razy w tygodniu :D:D:D Niestety czas (niedobry on!) nie chce nagiąć się troszeczkę a pieniądze (wstrętne złośliwce!) nie chcą się rozmnożyć - zostaje mi ćwiczenie w domu :)))

Humor dodatkowo poprawił mi e-mail od Kamili :))))) He he :))))) Znalazłam prezent urodzinowy dla siebie :D:D:D W dodatku Pan Mąż i Przyjaciele zgodzili się go sponsorować :D:D:D Będzie małym (no troszkę większym) cudem :D Jedyny w swoim rodzaju i pasujący na mnie! :D:D:D:D Będzie boski jak i ja będę w nim boska :D :D:D:D

Hmm.. Chyba przegięłam z tą boskością :D:D:D hahahahaha

poniedziałek, 17 września 2007

Marzenia też umierają...

Przez weekend robiłam porządek ze zbędnymi marzeniami. Za zbędne uznałam te bez żadnej możliwości spełnienia, czasem człowiek musi przestać się łudzić... Tylko czy to, co zostało można nazwać marzeniami?

****************


sobota, 15 września 2007

Cudów nie ma, ale...

Podsumujmy wczorajszy dzień. Cudów nie ma, ale... na tym świat się nie kończy.

piątek, 14 września 2007

Bez tytułu...

Ranek straszny... Po w zasadzie nieprzespanej nocy... Wróciły koszmary... To chyba wszystko przez nerwy przed snem.. przez oczekiwanie na wyniki badań... i przez wspomnienie Marka... Hmm... Jeden demon wymknął się na wolność... Jeden gest... jedno słowo... tyle przykrości... I tak naprawdę po co? By poprawić sobie nastrój? By nakłonić kogoś do własnej wizji widzenia świata? By rozgrzeszyć się za błędy? Ech... Czy ja wspominałam, ze chciałabym by ktoś wymazał mi część wspomnień, część myśli? Chciałabym! I chciałabym, żeby wreszcie wrócił skąd przyszedł. Ten demon. I nigdy, przenigdy, nie pojawiał się już przed moimi oczami. A kysz!

*************

Dziś wyniki pierwszych badań. A może stanie się cud. Może wszystko będzie inaczej... Nerwy w strzępach.

*************

Cudów nie ma....


czwartek, 13 września 2007

Dzień dobry. Jestem uzależniona...

Dzień dobry. Mam na imię Justyna i jestem uzależniona. Od 27 lat. Jestem uzależniona od samej siebie. Od życia. Od tego świata i tamtego drugiego też. Od ziemi, po której chodzę. Od powietrza, którym oddycham. Od bujnej wyobraźni. Od emocji, które mną kierują. I przede wszystkim jestem uzależniona od myślenia.
Czy można coś na to poradzić? Czy można mnie wyleczyć?
Czasami chciałabym nie myśleć. Wyłączyc proces kojarzenia faktów. Zamknąć połączenia nerwowe w moim mózgu. Czasem przeraża mnie myśl (o proszę, znowu!) o świadomej kreacji rzeczywistości. "Zostaliśmy uwarunkowani aby uwierzyć... że świat zewnętrzny jest bardziej rzeczywisty niż świat wewnętrzny. Nowy model nauki mówi coś zupełnie przeciwnego Mówi, że to, co się dzieje w nas kreuje to, co się dzieje na zewnątrz". Co jakis czas powtarzam seans "What the bleep do we know?"(dziękuję, M., za pokazanie mi tego zjawiska) zaspokajając swój głód. Czym tak naprawdę są myśli? W jaki sposób nasze uprzedzenia i stereotypy zakodowane w mózgu upośledzają nasze postrzeganie świata? Szukam odpowiedzi na te pytania... I myślę, wciąż myślę... bez ustanku...
*************

Stałam się dumną posiadaczką jednej bluzki (ale za to z klasą), dwóch par kolczyków i bransoletki z dzwoneczkami. Przeszło 90 zł przeminęło z wiatrem.

**************

Jutro chyba poszaleję. Miałam usiąść nad maszyną, ale Monika namówiła mnie jednak na imprezę. Żebyśmy m wpadły choć na chwilę... Może i słusznie, odpocznę sobie od tego wszystkiego.

**************

Dziś uświadomiłam sobie jak łatwo jest pozornie kogoś wyrzucić ze swojego życia. Wystarczy usunięcie z kontaktów na liście gg, usunięcie nr telefonu z komórki - ewentualnie wpis na listę ignorowanych. Żeby jeszcze tak łatwo było wymazać kogoś z pamięci. Tylko co zrobić z kimś kto wcale nie chce by o nim zapomniano?

wtorek, 11 września 2007

Pozwól mi zatonąć...

Dziś jest odpowiedni dzień na emocjonalny spacer wgłąb siebie...
Kolejna faza księżycowa... Tym razem jakoś niezauważona, bez zbędnych emocji. Bez złości, żalu, płaczu. Może to kwestia ostatnio podjętej decyzji, by znów spróbować - od początku... Obudziłam w sobie nową nadzieję i pod wpływem chwilowego kaprysu podjęłam postanowienie, że będę ją pielęgnować. Ot tak... Przecież nie zaszkodzi... Wizyta w klinice dopiero za miesiąc... Powtarzam sobie, że to ostatnia próba, że więcej nie zniosę... Śmieję się w duchu - wiem, że to kłamstwo, i tym razem nawet powtarzane 100 000 000 razy nie stanie się prawdą - zniosę i sto takich prób. Gasnąc z każdą z nich... I po co?! By w końcu mieć PEWNOŚĆ, że nic się nie zmieni... Wtedy zacznę mozolny proces odbudowy zburzonego świata i nauczę się żyć od nowa - w niebycie... Albo wręcz przeciwnie. W efekcie którejś próby poczuję jak serce wypełnia radość, w ciało wstępują nowe siły, a w głowie kołacze się szaleńcza myśl: UDAŁO SIĘ! I to, co do tej pory tak bolało przestanie istnieć i mieć znaczenie...
Dla tej właśnie chwili znów zagryzam wargi, chowam dumę i godność do kieszeni, i czekam jak pies pod progiem... Zaczynam odliczanie... Do dnia, w którym Los, jak Cezar, zdecyduje wedle kaprysu - każąc mi zabić bądź ocalić Nadzieję...
Wytrwam... Obiecałam sobie, że wytrwam...

*********


Krzysiek znów wyjeżdża. To Anglia, to Słowacja, to Lublin... a Luniaka nadal nie ma... Gdyby był mogłabym wytulić tę moją tęsknotę w jej miękkie i ciepłe futerko. Ale Luniak jest teraz matką pełną gębą z dwójką dzieci do wykarmienia. Ma ważniejsze sprawy na głowie niż tęsknociki swojej pani.

**********

Nie chcę pamiętać o tamtym 11 września... Poza kolejnymi urodzinami M., nie ma dla mnie w tym dniu nic miłego i ciekawego... Zamykam tę datę w okutej skrzyni. Razem z innymi, o których nie chcę pamiętać...
**********

Postanowiłam, że każdego dnia będę sobie mówiła co mi się we mnie podoba, co w sobie lubię. Każdego dnia wybiorę inną rzecz, inny aspekt, inną część mnie...
Zaczynam:
Lubię swoje oczy. Bo są zwierciadłem duszy, bo zmieniają kolor w zależności od mojego nastroju, bo widzą więcej niż bym chciała widzieć... bo widzę, że są smutne... to dlatego, że zimno na dworze... zmarzły...

*********

"Orgazm to nic innego jak zatapianie mózgu endorfinami..."
Pozwól mi zatonąć...

niedziela, 9 września 2007

Jakoś mi tak...

Jakoś mi tak tęskno...
Dom wydaje się jakiś pusty...
Moje emocjonalne zapotrzebowanie na przytulenie zwierzaka muszę chwilowo zaspokajać głaskaniem kota Agi. Bo Aga wyjechała. Teraz maszeruje gdzieś po tunezyjskiej ziemi. A kotem ktoś się musiał zająć... Nie żebym miała coś przeciwko, ja Tygryska lubię... i lubię go miziać za uszkiem... Ale jakoś mi tęskno za Luniakiem...

piątek, 7 września 2007

Nie patrz na to miła....

"Świat jest taki, a nie inny
i zapewne się nie zmieni -
ogłosili wczoraj słynni dwaj uczeni,
a w przypadku słynnych ludzi
każda myśl jest całkiem dobra,
więc ci goście otrzymali zaraz Nobla.
Mieli rację - jest jak było,
czyli całkiem nieciekawie,
w rowie leży pierwsza miłość po zabawie.
Jak się bawić - to się bawić.
Krzyż na szyi, w dłoni "seta",
i na niebie czasem zjawi się kometa.

Zamknij oczy, nie patrz na to moja miła,
pod powieką znacznie lepsze są obrazy,
i w tym nasza siła,
i w tym nasza siła,
że umiemy jeszcze czasem marzyć.

Jak się bawić - to się bawić,
a tu biedy coraz więcej,
i ważniejszy jest karabin - niźli serce.
Tutaj się zabawą żyje,
za to tępe rządzą głowy,
a czasami kretyn z kijem bejsbolowym.
Nie patrz miła na to wszystko,
człowiek musi się szanować,
niech nie schyla się za nisko twoja głowa.
Lecz na chwilę - moment jeden,
za to z góry ci dziękuję,
otwórz oczy tylko, kiedy mnie całujesz.

A na resztę zamknij oczy moja miła..."

Przychodzą dni, kiedy chce mi się tylko wyć... Ratuje mnie wtedy ta piosenka "Pod Budą". Właściwie Sikorowski ma odpowiednią, taką kojącą barwę głosu... Gdy nie pomaga pisanie i płacz, wtedy sięgam po ich płyty... Dziś słucham tego kawałka w kółko...

czwartek, 6 września 2007

Whatever happens...

Whatever happens - sometimes shit happens...

Prawda stara jak świat i zawsze aktualna. Po koszmarnym początku tygodnia i wczorajszym dołeczku zaczynam dochodzić do siebie. Dzięki za linkę i windę - cholernie się przydały XD i co najważniejsze: ZADZIAŁAŁY!

Wszystko strasznie pędzi - sama przestaję nadążać. Zmiany przewijają się przez moje obecne życie z prędkością nadświetlną - zanim zdążę zastanowić się nad skutkami jednych, już przed oczami mijają następne...

I to mnie dobija troszkę...