sobota, 23 lutego 2008

...

- Jeżeli ciąża to stan naturalny, to czemu tak trudne to wszystko?
- Bo wszystko co dobre przychodzi z trudem, Kochanie...

******

Znów karmię sie nadzieją. Mimo że zdrowy rozsądek i wszystko dokoła mówi mi, że znów totalna klapa - nadal wierzę - kompletnie irracjonalnie i bezpodstawnie. Nie potrafię przestać wierzyć. Boję się, że bez tej mojej wiary się już nie podniosę. Ostatnio znów śnił mi się labirynt - ciemny, pełen wilgoci, zapętlony. I pełen odbijającego się od ścian płaczu dziecka, do którego nie mogłam się dostać, nie mogłam go ukoić, nie mogłam odnaleźć. Tak się czuję na co dzień - skołowana, bezsilna - ale wciąż z tlącą się nadzieją, że ten miesiąc będzie się różnił od poprzednich. A tu temperatura nie rośnie, samopoczucie pod psem... Wczoraj było jeszcze dobrze, stres odpuścił na chwilkę. Dziś napadł na mnie ze zdwojoną siłą. Nie chce mi się wychodzić z domu. Ba! Nie chce mi się nawet zwlekać z łóżka. Skończyłam czytać "Nadzieję". Miała mi pomóc, a czuję się tylko jeszcze bardziej przygnębiona. Ze mnie jednak jest dziwadło....

środa, 13 lutego 2008

Chwila...

"Wymarzony cud,

maleńki cud nadziei

ten dar szczególny nieba

najmniejsze z wszystkich marzeń...

miłości wielkiej trzeba by zegar tykać zaczął,

jak wielki ból rozstania

jak mroczny żal po stracie

jak jęk, co serce rani, a potem znów od nowa

liczenie na łut szczęścia

na nowy uśmiech losu

że uda się utrzymać wbrew wszystkim przeciwnościom

dopóki sił wystarczy

wykrzyczeć w twarz ciemnościom tęsknotę aż do nieba

i szeptać

coraz ciszej,

bo długo czekać trzeba aż dobry duch usłyszy

i ześle ciemną nocą

gdy ledwo śmiesz oddychać -

drobniutkie wnet paluszki twój rękaw będą chwytać

i w sercu płynne złoto,

bo nie jest wciąż za późno

podziwiać cud stworzenia

wśród niespokojnych szeptów i krzyków udręczenia,

aż wreszcie w mych ramionach istotka kwili mała,

o, chwilo upragniona, bodajbyś wiecznie trwała!"

czwartek, 7 lutego 2008

Wierzę. Całe swoje życie wierzę. Wierzę w prawa ustanowione, wierzę w miłość nieskończoną i miłosierdzie, w odpuszczenie win też wierzę... Wierzę nawet w to, ze w tym szaleństwie jest metoda - że dzięki mojej kilkuletniej walce o maleńkie serduszko, które chcę nosić pod sercem, staję się silniejsza, odporniejsza, madrzejsza i... coraz bardziej głodna. Głodem, którego nie potrafię zaspokoić. Ale nawet wtedy wierzę...
Trudno mi jednak uwierzyć, że Bóg potępi mnie za cały ten trud, za cierpienie, które znoszę by żyć w zgodzie z tym co ślubowałam i co sam umieścił w swoich prawach - by zostać matką... Trudno uwierzyć mi w to, że zostanę potępiona na wieki. Można mówić o winie, gdy dokonuje się świadomego wyboru. To co robię nie jest wyborem - ja chwytam się ostatniej deski ratunku, mimo że kaleczy mi dłonie. Cierpię w walce o życie. Nikt na Ziemi nie ma prawa mnie za to potępiać...

piątek, 1 lutego 2008

Wykaraskalam się z dołka, potem były chwile zarobienia... teraz czekam błogiej stagnacji...
i z drżeniem myślę o kolejnej becie we wtorek... Czuję się coraz bardziej zmęczona... nawet nie smutna.. najzwyczajniej w świecie zmęczona.

I dziczeję. Znowu. Zamykam się w domu z książką i tak jest mi dobrze. W zasadzie chwilowo nie mam ochoty spotykać się nikim, albo przynajmniej nie mam ochoty wychodzić - jezeli ktoś mnie odwiedzi, to przecież go nie wygonię... Chociaż niektórych....... spuściłabym ze schodów... zwłaszcza ostatnio!