poniedziałek, 27 września 2010

Niepewność...

Jestem w Zakopcu. Za oknem zimno, buro i mokro - nic zachęcającego do wyjścia na dwór ani do radośniejszych przemyśleń. Zupełnie jakby pogoda sprzysięgła się przeciwko mnie i zawiązała pakt z drążącą mi Serce niepewnością i opadającymi mnie wątpliwościami.
Pracy dużo lecz póki co narzekać na większe niezgodności nie mogę. Trzeba się sprężać z badaniem bo czasu mało. Damy radę!

Z rzeczy miłych i sympatycznych kupiłam wczoraj kozaczki. Beżowe z jasnymi pomponikami, zamszowe, w sam raz pasujące do mojej kożuszkowej kurteczki na zimę. Fantastycznie wyglądają mi na nogach, ładnie opinają łydkę, tuszując nieco jej masywność i rysujące się mięśnie. Cieszę się z zakupu podwójnie, bowiem primo - zakup udany, duo - w Karpatach zapowiadali śnieg. Biorąc pod uwagę, ze czeka mnie jeszcze wycieczka do Polanicy i Karpacza istnieje znaczne prawdopodobieństwo iż na biały puch się natknę. Ocieplane buty się przydadzą :D

Na poprawę humoru mam owcę do przytulania!

Tydzień mieszkania samodzielnie minął. Nie mogę narzekać, chociaż trudno uznać że rzeczywiście byłam sama. Przez dom przewijało się dużo ludzi, a realnej samotni doświadczyłam przez dwa - trzy dni. Pozostawię to bez komentarza.
Ostatnia wizyta Kudłatego była wnosząca nieco do sprawy, ale nadal dziwna w skutkach. Tęsknię jak tęskniłam, może przez chwilę byłam nieco spokojniejsza. Teraz jednak... Ech... Mnie chyba nigdy nie będzie dane uspokoić rozhisteryzowaną Serce...

Kudłaty ostatnio zadawał dziwne pytania. I równie dziwnie mówił. Nie wiem sama czy kłaść to na karb tego iż był pod wpływem alkoholu czy pominąć ów fakt, bo przecież nie był pijany...
Sama nie wiem, którą wersję uznać za lepszą dla mnie samej.
Właściwie pytania i stwierdzenia dotyczyły jednej kwestii. Naprawdę nie wiem co o tym myśleć. Póki co czuję niepokój.

Powoli zaczynałam stawać na nogi a tymczasem czuję jakby znów grunt usuwał mi się spod nóg. Jestem zmęczona chodzeniem po grzęzawisku, na którym muszę uważać na każdy krok. Dlaczego nie mogę znaleźć się na ubitym trakcie? Chociaż raz...
Sytuacja staje się mocno dziwaczna. Role popieprzyły się nieco i nie wiem czy to kwestia spaczonego poczucia humoru Pana Rzeczywistość czy też przewrotna natura mnie samej. Z Kudłatym po tym co powiedział w sobotę trudno mi rozmawiać, bo nie wiem jak mam się ustosunkować do tych jego wypowiedzi. Nietrafiony żart? Stwierdzenie faktu? Uprzedzenie o planach? A może próba wybadania w obliczu tego co już się wydarzyło?
Niepewność i bezradność męczy mnie ostatnio jak nic na tym świecie. Poza tym oszukał mnie i moje mocno zachwiane zaufanie do płci przeciwnej daje o sobie znać. Oszukał w sprawie błahej i niewiele znaczącej. Wiedźma we mnie poddaje w wątpliwość zasadność mojego zaufania. Przecież skoro tak łatwo przyszło mu oszukanie mnie w przypadku takiego duperela to nie będzie miał żadnych problemów by uczynić to samo w sprawie istotnej, prawda?
Odzywa się od czasu do czasu ale to nie to samo co wcześniej. Zupełnie jakby podjęta decyzja i ostatnia jego wizyta uwieńczyła osiągnięcie zamierzonego celu i stratę zainteresowania.
Poza tym powiedział bratu. Dziwnie mi z tą świadomością, bo nie wiem co na to usłyszał w odpowiedzi. Przecież nawet jeżeli zapytam to mi nie powie, przynajmniej nie wszystko. Powie co uzna za stosowne i co będzie sam chciał. Z drugiej strony jeżeli napomknął chociaż to znaczy, że nie traktuje całej sprawy jako takiej, która przeminie z wiatrem i jest jedynie kurzem na meblu. To pocieszające. No chyba, że po prostu się pochwalił... hmmm.... nie wiem jak to nazwać... sukcesem? Albo potraktował to jak ciekawostkę przyrodniczą...
Przerysowuję.
Histeryzuję.
Tycieńkę...
Wczoraj dzwonił do mnie K. Tak przed snem. Zamienili się chyba z Kudłatym na "role". Rozmawiał ze mną póki nie usnęłam. Dał mi się wygadać i był zadziwiająco miły. Zaprosił mnie do kina po moim powrocie. I na kawę. Bez zobowiązań... Nie wiem czy pójdę. Z jednej strony mam na to ochotę bo mimo wszystko go lubię. Z drugiej strony nie wiem czy to dobry pomysł, bo nie chcę wzbudzać nadziei.
Ja serio jeszcze nie postanowiłam nic ostatecznie. Waham się. To szczere i uczciwe pochylenie głowiny przed Życiem.

piątek, 24 września 2010

Afirmacja

Jestem transformacją...
Jestem zmianą..
Jestem odrodzeniem...
Jestem końcem i początkiem..
Jestem zwrotem...
Jestem śmiercią i jestem zmartwychwstaniem...
Jestem Feniksem powstałym z popiołów i płomieni....

Oto ja.

Wczoraj medytowałam do późna. Wypaliłam białą świecę do cna. Położyłam się pachnąca wanilią i magnolią. Zanurzyłam nos w pachnącą Aniołem poduszkę, a mój oddech stał się modlitwą szeptaną przez Serce.

Śnił mi się sen. Jeden z TYCH snów.

Płynęłam po niebie z Aniołami.
Byłam Nimi. Wszystkimi na raz i każdym z nich z osobna. Trącały mnie skrzydłami dając przyjemność i radość. Byłam ponad i pod. Naraz. Wszędzie.
Jak mgła otaczająca i wpełzająca do otchłani lasu na stoku góry.
Powietrze pachniało wolnością.
Opadłam na Ziemię i spopieliłam ją całą, a siebie wraz z nią.
Świat spowiła cisza.
Wystrzeliłam z płomieni nowa i czysta, jakby ogień zabrał wszystkie troski i zmartwienia.
Byłam Feniksem, byłam Aniołem, byłam Szeptem, byłam Uśmiechem, byłam Spojrzeniem, byłam Tchnieniem...

Obudziłam się lekka i spokojna.
Obudziłam się pełna energii.
Obudziłam się nowa.

Znaczenie snu przyjdzie do mnie.
Dzisiaj przyszła Afirmacja.
Kołacze mi się w głowie sama z siebie.

Jestem transformacją...
Jestem zmianą..
Jestem odrodzeniem...
Jestem końcem i początkiem..
Jestem zwrotem...
Jestem śmiercią i jestem zmartwychwstaniem...
Jestem Feniksem powstałym z popiołów i płomieni....

czwartek, 23 września 2010

Niemy krzyk...

.....
.....
....
....
....
....
....
....
....
....

Niemy krzyk.

Mam dość wysłuchiwania jaka jestem niedobra i niedojrzała.

Mam dość traktowania mnie jako winnej zła na świecie.

Mam dość.
Po prostu...
Mam ochotę skoczyć w ciemną otchłań i mieć w końcu święty spokój.
Nie wiem czego chcę. To znaczy nie... Wiem czego chcę ale się boję podjąć decyzję.
Boję się bo ona jest taka ostateczna.

Można mną tak łatwo manipulować.

Rozmowa z K. wyssała ze mnie energię.
Owszem nie mogę mu zarzucić że stanowił fizyczne wsparcie. Nigdy w życiu. Ale zabrakło wsparcia emocjonalnego. Rozważania na temat wyższości jednego nad drugim nie wydają mi się zasadne.

Czuję się podle, pełna winy, chociaż jednocześnie narasta we mnie gniew bo nie widzę ku temu podstaw. To mnie dobija i powoduje, że najchętniej zwinęłabym się w sobie i zniknęła.

Zawinęła w czerń...

środa, 15 września 2010

W poszukiwaniu zaginionej siebie...

Mętlik w głowie nie zniknął, został jedynie zepchnięty głęboko na dno świadomości. Przynajmniej do czasu gdy odejdą emocje i stres związany z egzaminem i będę miała czas by się chwilę zatrzymać. W piątek rano odbieram klucze do kawalerki i przewożę swoje rzeczy. Popołudniu odbieram z dworca Lwiczkę i spędzimy ostatni wspólny wieczór na bardzo długo... wyjeżdża do Anglii. Uważam, że dobrze robi, bo otworzy to przed nią nowe drogi, nowe możliwości, nowe perspektywy. Usamodzielni się i nabierze doświadczenia życiowego, dorośnie...
Zacznie od nowa...
Ja też.
I ja też dorosnę.

W sobotę spędzę pierwszy wieczór zupełnie sama. W zupełnie nowym miejscu. Spojrzę na siebie z zupełnie nowej perspektywy.
W pierwszym odruchu chciałam zaprosić Kudłatego, żeby zajrzał na weekend, ot tak.. pograć w Carcassonne i coś wspólnie obejrzeć, jednak po wczorajszym wieczorze zmieniłam zdanie. Nie wiem sama czemu... Z jednej strony chciałabym żeby przyjechał, z drugiej mam ochotę na zamknięcie się przed światem i lenienie się cały weekend.

Szukam siebie...
Znajdę?

poniedziałek, 13 września 2010

Znaki są wszędzie? Jestem ślepa...

W duszy mi dziwnie gra....

W duszy niepokój zagościł.

Rozpiera mnie dość jasno ukierunkowana energia, która szarpie się na smyczy moich ograniczeń i lęków. Nie mogę jej spuścić, nie mogę pozwolić wyrwać się na wolność, więc toczy pianę ze wściekłego pyska. Moja seksualność. Najsilniejsza z energii, w moim przypadku stoi ponad gniewem... A przy niej słaba i mała Ja, niepewna tego czy podołam, niepewna uczuć, niepewna przyszłości. Stoję z oczami pełnymi zupełnie nieprzydatnej w tej chwili wiedzy. Stoję z ustami pełnymi krzyku. Stoję z drżącymi kolanami i czekam na znak.

Moje Serce szarpie się razem z energią, wyrywa, chce wyskoczyć, telepie się w piersi jak oszalały ślepiec. I czeka. Drżące czeka. Na gest. Na słowo. Na znak.

A wokół cisza.
Znak nie nadejdzie.
Słowo pozostanie niewypowiedziane.

Miłość zjada mnie od środka. Zamknięta w szczelnej klatce moich trzewi. Oszalała jak ja. Przy takim poczuciu niepewności choruję. Na serio. Ciężko mi oddychać, zmuszam się do każdego haustu. Wzmaga się arytmia. Miewam zawroty głowy i brak apetytu.
To wszystko boli.

Śniła mi się P. Wyrwała mi Serce z piersi i na moich oczach rozpieprzyła je na milion małych kawałków. Znów odzywała się do X. Dowiedziałam się po fakcie. Wiedziałam. Po prostu wiedziałam. Nie zniknie.
Nie mam siły by się przeciwstawić, nie mam siły by się obronić. Nie mam siły by walczyć o coś czego nie jestem pewna i czemu nie do końca ufam, że istnieje.

Ostatnio jej temat często wypływa w naszych rozmowach. Boję się, że znów usłyszę słowa: Zacząłem się do niej zbliżać.
Boję się, że więcej nie usłyszę słów: Tá chomh doirte sin duit...

Dużo we mnie lęku ostatnio. Mimo iż za 20 lat widzę siebie i X w tym samym punkcie. Po prostu wiem.

I jakiś okropny głos skrzekliwie telepiący się w głowie, że nikt nie kocha mnie a jedynie to co ode mnie dostaje: wsparcie, zrozumienie, ciepło, wiedzę, słowa, świadomość że jestem... - zależy od człowieka.
Tylko gdzieś się wszystkim zawieruszam ja sama.
I tak samo jest w przypadku X. Tłumię ten głos, ale ziarno niepewności zostało zasiane i teraz kiełkuje, rośnie w siłę. A mnie siły zaczyna brakować. Zataczam się już z wyczerpania. Mogłam przejść mur, mogłam spojrzeć X w duszę, mogłam znieść oschłość... Potrzebuję siły, wsparcia, nadziei... Odrobinę.. By nie poddawać się zupełnie.

Błagam o mały znak.
Najmniejszy choćby.
Tyci...
Tak tyci i maleńki jak słowo.
Jedno słowo.
Tycie...

czwartek, 9 września 2010

Jedno słowo...

Antoni Kępiński powiedział niegdyś, że "Człowiek więcej boi się tworów własnego umysłu niż konkretnej rzeczywistości."
Ostatnio mam okazję sprawdzić prawdziwość tej tezy na własnej skórze. Wiem, że za dużo myślę i teraz mści się to na mnie. Mój umysł kreuje milion różnych wersji przyszłości i w przerażającej większości z nich jestem sama jak palec. Nawet kota nie mam. Ani kwiatka. Wszystko usycha i siedzę zamknięta, oddzielona od świata zewnętrznego zbudowanym przez siebie, grubym murem.
Tego się boję najbardziej.
Samotności.
Nie tej, którą wybieram. Nie w sensie fizycznym. Boję się samotności emocjonalnej. Boję się tego, że jak będzie bardzo źle, że kiedy upadnę, nie znajdzie się nikt kto pomoże mi wstać, kto podtrzyma mnie na duchu.
Wczoraj było jedynie trochę kiepsko. Byłam sama. Pustka już zaczęła mnie przygniatać, wyłam (trudno to było nazwać płaczem) całą noc. Dzisiaj jedynie dzięki dobrodziejstwom nowoczesnej kosmetologii nie widać podkrążonych i zapuchniętych oczu.
Kudłaty nie miał nastroju na towarzystwo, ale zauważył, że coś nie podoba mi się w tym, że chce być sam. Nie o to chodziło, ja po prostu potrzebowałam choćby milczącego towarzystwa. Ale oczywiście nie zatrzymałam go, nie powiedziałam: "Posiedź ze mną, proszę" Pewnie jak się dowie, to znów będzie się wściekał. Trudno. Nie umiem się przełamać nad poproszeniem kogoś by poświęcił mi swój czas, gdy tego potrzebuję, bo przecież staram się nikogo nie ograniczać. Pieprzony charakter. Powiedziałam, że zagadam do Adaśka. Oczywiście, że tego nie zrobiłam... Zamiast tego zamknęłam się w sobie i znów dusiłam wszystko aż do łez. A potem nie mogłam uwolnić się od spazmów. Nawet Luna przede mną uciekła.
Co raz częściej zastanawiam się czy ja w ogóle potrafię być z kimś. Wydaję się sobie zbyt zaborcza i popieprzona z tym swoim altruizmem i myśleniem o innych. Jak zwykle spycham swoje potrzeby na ostatnie miejsce łańcucha zainteresowań. Zawsze stawiam innych przed sobą i czuję się nieszczęśliwa z tym, ze nie zauważają iż coś mi dolega. A przecież nie są jasnowidzami... Skoro nie mówię, że cos mi jest, to jak niby mają to zauważyć. Odkąd pamiętam czułam się niespełniona emocjonalnie, bo moje potrzeby nie były zaspokajane. To nie wróży dobrze żadnym relacjom, że o jakimkolwiek związku nie wspomnę. To rodzi frustrację. Nie wiem czy potrafię to w sobie zmienić skoro od dziecka pokazywano mi, że inni są ważniejsi i inni mają większe problemy.
Najbardziej na świecie w taką noc jak wczoraj chciałabym żeby ktoś mnie przytulił. Tak sam z siebie. Milcząc. Pozwolił mi płakać aż zabraknie mi łez i nie puszczał. Nie rozmawiał. Po prostu był i trzymał mnie za rękę aż histeria i strach miną.
Wiem, że nie ma nikogo.
Jak zawsze...
Nie mam odwagi by kogoś wołać więc otwieram bezgłośnie usta, jak ryba. Dlaczego? Bo mój upośledzony Rozumek twierdzi iż nie mam prawa angażować nikogo w to co się ze mną dzieje, bo to wszystko tylko moje problemy. Kretyn...
Pan Rzeczywistość jest brutalnym draniem...
Serce idiotką.
Wczoraj pocięła sobie aorty okruchem tej Prawdy-o-życiu i wykrwawiając się, kolejny raz pragnęła jedynie usłyszeć jedno słowo.

" Jestem... "

...Była jedynie cisza ...

wtorek, 7 września 2010

Celtycka symbolika i zadziwiający zbieg okoliczności

Na pikniku średniowiecznym nabyliśmy z Kudłatym srebrne obrączki z plecionkami. Dla każdego z nas miały inną symbolikę, chociaż jak się później okazało zadziwiająco podobnie je potraktowaliśmy. I co bardziej zdumiewające symbole widniejące na nich idealnie zgrały się z naszymi wewnętrznymi interpretacjami.
Wróciłam do symboliki celtyckiej i poszperałam nieco.

Jego obrączka z wężem zastąpiła tą ze stali, tą z klątwą P. Zanim się jej pozbył wyszeptałam bezgłośnie słów kilka. Skoro poczuł to co poczuł wyrzucając ją do rzeki, to znaczy, że zadziałało. I oby na zawsze. Druidzi byli niesamowitymi mędrcami. :-) Z ciekawości sprawdziłam co oznacza wąż w wierzeniach i obrzędach Celtów, i to co przeczytałam sprawiło, że szczękę zbierałam z podłogi. Przeczucie często nas nie zawodzi i intuicyjnie nadajemy przedmiotom znaczenie. Wąż oznacza odrodzenie, początek, siłę, wieczność, równowagę, transformację, wiedzę, uzdrowienie, ochronę i cierpliwość.... Uosabia szósty zmysł i dalece rozwiniętą intuicję. Wąż łączy ziemię i niebo, ląd i wodę. Oznacza potęgę życia. - Tak w wielkim skrócie. Interesujące, biorąc pod uwagę co dla Kudłatego, w jego własnym sercu oznacza ten pierścień. A co oznacza? Dość powiedzieć, ze ilekroć o tym pomyślę, to się uśmiecham :)

Moją obrączkę zdobi smok. Można by go było uznać również za węża, ale głowa sugeruje jednak smoka. I w splotach można rozpoznać skrzydła... W symbolice celtyckiej smok ma zbliżone znaczenie do węża. Uosabia potęgę, wszelkie stworzenie, równowagę ducha i ciała, nieba i ziemi, niebywałą siłę wewnętrzną, płodność zarówno fizyczną jak i mentalną, oznacza mądrość i nieśmiertelność. Umożliwia dostąpienie zaszczytu widzenia więcej i wyraźniej, pozwalając wykroczyć poza to co jedynie fizyczne i namacalne. Smok łączy w sobie moc wszystkich żywiołów i jest najpotężniejszym symbolem druidycznym. Oznacza wiedzę, ochronę i przewodnictwo. Oznacza stałość, honor, równowagę i uzdrowienie. Ciekawe nie tylko ze względu na znaczenie ale również moment, w którym pojawił się ten pierścień w moim życiu. Wybrałam go spośród innych niemal od razu. Na nowy początek. Co symbolizuje dla mnie jeszcze? Tym podzieliłam się tylko z Kudłatym. On jeden jest w stanie to zrozumieć - na każdej płaszczyźnie.

Mój smok wrósł w moją dłoń i wcale nie wybiera się nigdzie indziej, pasuje jak ulał i emanuje siłą. Stał się moim totemem i wiem, że dam sobie radę ze wszystkim. Mimo wątpliwości i niepewnego jutra...

poniedziałek, 6 września 2010

Niewiele...

W weekend padło dużo słów, niekoniecznie miłych i przyjemnych dla mnie ale przynajmniej prawdziwych.

Odkryłam w sobie wampirzycę (Boże, daj mi o tym zapomnieć!), nabawiłam się niezłej traumy i strachu przed czymś co do tej pory uwielbiałam... (fuck!) Szczególnie, że ofiara koszmarnego pecha i zbiegu okoliczności przestała się do mnie odzywać. Nie pragnęłam nigdy wcześniej praw własności do wehikułu czasu, dzisiaj oddałabym za niego wszystko.

Gubię się.
Znów czuję się tak jakbym szła przez gęstą mgłę.

Kiedyś z tego wszystkiego śmiałabym się i żartowała. Owszem, powiedziałabym szczere przepraszam, ale nie zaczynałabym płakać. A ja tymczasem co? Przepłakałam całą noc i dałam owinąć się ciasno lękom. Boję się ciemności, znów zasypiam przy świeczce. Boję się pustki, znów zasypiam ściskając w ręku korale babci. Boję się ciszy, znów zasypiam otoczona muzyką.

Za dużo niewiadomych, za dużo wątpliwości, za dużo pytań. Serce milczy trzęsąc się niemiłosiernie, Rozum krzyczy rozedrgany natłokiem myśli. Chciałabym mieć pewność, że chociaż jedna rzecz w moim życiu poza mną jest pewna, ale pewne jest jedynie to, że kiedyś umrę. I to nie jest ta pewność, której mi potrzeba.

Chciałabym wierzyć, że miłość przezwycieży wszystko... "Pffff.. Bzdura!" - drze się Rozum wyglądając spod kolejnej góry przemyśleń.
"Ale tak jest" - niemal bezgłośnie szepcze Serce, upodlone milczeniem.
I jak mam im wytłumaczyć, że mogliby dojść do kompromisu, skoro sama nie wiem co myśleć. Nie mam cudownego planu ani metodyki postępowania. Nie mam zielonego pojęcia co robić.

Znowu przestaję ufać.
Znowu zaczynam wątpić.
Znowu czepiam się nadziei.

Warto?

piątek, 3 września 2010

Sił mi trzeba...

... i wiary mi trzeba. W jutro.

Co ja będę oszukiwać...
Jest ciężko.
Jest ciężko jak cholera.

Psychicznie robi się ze mnie wrak, chociaż na zewnątrz niby wszystko gra.
Nerwy mam w strzępkach.
Najgorsze jest zdziwienie znajomych i szok na ich gębach. I od razu widać, że mają mnie za wariatkę.
Cóż.
Widocznie nią jestem.
Niewdzięczną, niedoceniającą, nieodpowiedzialną, infantylną, niezasługującą na nic wariatką.
Ale tak naprawdę komu coś do tego?

Padały już pytania czy upadłam na głowę. Padały domniemania o kryzys wieku średniego.
Padały sądy, że mnie podmienili kosmici.
Ktoś rzucił, że nienormalna jestem iż odchodzę, bo przecież mam idealnego męża.
Być może...

Nie mam sił na dyskusje, nie mam sił na odparowywanie ocen. Niech sobie ludzie myślą co chcą. Ja WIEM, że słowa potrafią zabić. Ja WIEM, że on jest dobrym człowiekiem i że wiele kobiet na moim miejscu byłoby szczęśliwych. Ja WIEM. Ja to wszystko wiem... I cóż z tego.
Ja nie jestem szczęśliwa. K. jest cudownym facetem, potrafi byc niezmiernie ciepły, ale... No właśnie... Ale.. Z tego ale nigdy się nie tłumaczyłam. Nigdy się nie skarżyłam na to Ale... Bo i po co?
Mogłabym zostać i udawać nadal, że nic się nie dzieje, ale czy to byłoby uczciwe i w porządku? On nie zasługuje na takie kłamstwo. Nie przeczę, że kobieta, która z nim będzie, będzie miała jak u Pana Boga za piecem, pod warunkiem, że nie będzie potrzebowała zaplecza emocjonalnego.

Ja nie umiem obyć się bez komplementów i słów: Kocham Cię - takich za którymi idą czyny. Nie umiem obyć się bez ciepła, które czuję na każdym kroku. Nie umiem istnieć w ciągłym poczuciu zagrożenia i oczekiwaniu na kolejny emocjonalny cios. Nie potrafię funkcjonować w bezustannym poczuciu winy, że wszystko co robię jest złe i raniące. Nie umiem pogodzić się z wybuchami złości i słowami, które rozpieprzają mi serce na milion małych kawałków. Nie umiem wysłuchać w spokoju "Przepraszam" i przejść nad wszystkim do porządku dziennego... Jakby nic się nie stało. Nie umiem zapomnieć. Nie umiem wybaczyć. Nie umiem tak żyć.

Tak, być może jestem złym człowiekiem. Być może jestem złą kobietą. Być może lepiej byłoby gdyby mnie nie było.

Ale jestem...

Zrobiłam się słaba i miękka. Zbyt. To co kiedyś strzepnęłabym jak nieistniejący pyłek, dzisiaj przygniata mnie do ziemi.
Zatraciłam się gdzieś, zagubiłam w życiu to co zachwyca, zmieniłam się w emocjonalnego ślepca.

Chcę się odnaleźć...
Chcę się odzyskać...
Chcę znów widzieć...

Chcę pobyć sama. Muszę. To jedyny sposób by wrócić do równowagi i zyskać siłę.

Nie dojrzałam jeszcze do rozwiązania ostatecznego. Ba.. To słowo nawet nie chce mi przejść przez gardło, ale wiem, że przyjdzie czas decyzji. I podejmę ją. Silniejsza. Powstanę z popiołów. Jak zawsze... Chwilowo czekam na drugą połowę września niemal jak na zbawienie. Okrutne, nieprawdaż? Chciałabym już zamieszkać sama, zacząć funkcjonować, ogarniać się, okiełznać emocje i móc spojrzeć w lustro widząc siebie a nie marną karykaturę, słabe odbicie mnie samej.

Sprawa z X jest skomplikowana. Nie wierzę w cuda, jestem realistką, nie wierzę w cudowne przemiany. Mimo że wiem iż to wszystko bez sensu, to pozwalam sobie na tę odrobinę szczęścia, choćby chwilowego. Czy naprawdę to, że chcę być po prostu i aż szczęśliwa, jest aż takim przestępstwem i grzechem?
Niechże mnie w takim razie za to powieszą.
Później....

czwartek, 2 września 2010

Wątpliwości pączkują jak drożdże, pewność siebie topnieje jak śnieg...

Z każdym dniem pragnę zwinąć się w sobie co raz bardziej i co raz dalej uciec. Patrzę w lustro i zakładam maskę z uśmiechem nr 4. Tym co to mówi: "jest dobrze, po prostu jestem zmęczona". Za okularami kryję przekrwione i zapuchnięte oczy. Nie sypiam. Znowu. Tłumaczę wszystko egzaminami, ale przecież wiem dobrze, że to nieprawda.
Decyzję o wyprowadzce podjęłam i się nie wycofam. Nie tym razem. Muszę to zrobić dla siebie, dla własnej równowagi i własnego dobra.
Nie wiem co mam zrobić z Panem X. Wszystko się pokomplikowało. To znaczy wiem co chciałabym, ale to chyba zbyt drastyczne. Poza tym on się na to nie zgodzi raczej, to zbyt ingerowałoby w jego dotychczasowe życie, a przecież on nie lubi zmian. Mimo wszystko tęsknię za nim. Jak cholera...
Nie wiem co zrobić z Krisem. To co myślę wydaje się ostateczne i nie dorosłam jeszcze do tego kroku. W głębi serca uważam, że zasłużył na ostatnią szansę. Najbardziej przykre jest, ze nie wierzę by ją wykorzystał.
Nie wiem co robić. Chciałabym spotkać dobrą wróżkę, która podsunęłaby mi gotowe rozwiązanie, ale takich cudów nie ma. Muszę zadecydować sama. I tak zrobię, ale potrzebuję jeszcze odrobiny czasu. I więcej danych do analizy.
Dzisiaj miałam egzamin z rachunkowości. Mam świadomość tego, że przez ostatnie wydarzenia jest wielce prawdopodobne, ze to cholerstwo zawalę. Nie mogłam się skupić na nauce, a przeziębienie i gorączka w dniu dzisiejszym nie pomogły. Na sali dostałam ataku kaszlu i o mało co się nie udusiłam. Miałam wrażenie, ze mnie wyrzucą za zakłócanie porządku. W głowie miałam czarną dziurę, zadania czytałam po kilka razy i czasem trudno zrozumieć mi było treść. Jeżeli uda mi się to zaliczyć za pierwszym podejściem to znaczy, ze Ten na górze jednak mnie nie potępia tak bardzo... A miałby za co...
Przez to wszystko robię się coraz mniej pewna siebie i swoich decyzji. Wątpliwości rozmnażają się w tempie zastraszającym i nie mam nic co mogłoby je zniwelować. Myślałam, że dostane jakieś wsparcie, backup... Niestety. Nie.
Obawiam się że ten raid muszę odbyć solo. A boss wyjątkowo hardcore'owy...