czwartek, 15 lipca 2010

Rachunek sumienia..

Ostatni raz spowiadałam się z Rozumu, gdy Serce mi stanęła po raz pierwszy. Kochana zabrała moje słowa ze sobą, uniosła aż do nieba.
Od wczoraj rozliczam Rozum z poczynań, Serce z uczuć i nijak nie mogę do ładu dojść z tym swoistym rachunkiem sumienia.
Pan Rzeczywistość się wypiął i zerka nieprzyjaźnie z balii pełnej chłodnej wody. Panna Melancholia poddała się po kilku pierwszych wyznaniach. Panna Rozpacz z rozpaczliwym krzykiem uciekła gdzieś za Tatry. Nie rozumieją. A we mnie pełno jest żałości. Haruki Murakami pisał "jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy". I na moim Sercu osiadł właśnie taki. A Serce mi marznie, kurczy się od chłodu tego smutku. Słyszę jak błaga i woła o zrozumienie, ale nie ma pomocy, nie ma rady... Rozum markotny drapie się po neuronach i kręci szarymi komórkami. Nie umie nic wymyślić. Radzi Sercu, żeby była silna.
Pffff....
Silniejsza osobowość - silniejsze cierpienie, straszniejsze upadki, większa amplituda przeżyć. Być silnym - to boli. - bezgłośnie powtarzam za Kamieńską. A jednak sama uparcie wpieram sobie i Sercu, że obie musimy być silne. Tylko po co?
Z tego parszywego rachunku sumienia wychodzi, że powinnam się rozpaść już tydzień temu a Serce powinna przestać bić przed dwoma miesiącami. Rozum wychodzi jako jedyny obronną ręką. Jego niedawna utrata świadomości jest niczym. Patrzymy obie z Sercem na świstek papieru, na którym kaligrafowałam wszelkie przewiny i zerkamy na siebie. Mamy to samo zdanie.
Spopielam papierzysko jednym gestem i obejmuję Serce za aortę, Rozum protestuje ale straszę go, że jego też spopielę. Obrażony odchodzi dwa kroki i siada tyłem do nas. A Serce i ja marzniemy teraz razem w tym smutku co jak śnieg opadł. Po tej spisanej na pergaminie spowiedzi, jakby się go więcej zrobiło.
Niech szlag trafi Rachunki Sumienia!

środa, 14 lipca 2010

Zamknięte koło...

Wróciłam do siebie sprzed Pana X.
Tyle, ze już nie mam tak niezłomnych zasad, ale nie o ten aspekt mnie samej mi idzie.
Wróciłam do samej siebie w skórze dobrego kumpla. I tyle.
Nie ziębi mnie to ani grzeje. Schowałam się za ścianę koleżeńskości i nie chcę wyjść. Pewnie schowałabym również do szafy sukienki, ale jakoś je polubiłam.
Przestałam patrzeć na siebie z głupią nadzieją, że z dnia na dzień coś się zmienia.
Prawdę mówiąc, przestało mnie to obchodzić i przestało mi zależeć.
Mam dość walki z wiatrakami i samą sobą. Historia i tak pokazała, że to bez sensu, więc po co tracić energię na coś czego zmienić się nie da? Lepiej przeznaczyć ją na coś innego, nieprawdaż?

Czuje się jak w klatce, ograniczona samą sobą.
Zamknięte koło własnego Ja.

wtorek, 13 lipca 2010

Ktoś....

Czas gna nieubłaganie a ja duszę się ilością spraw do załatwienia. I nerwami...
Póki co staram się trzymać, ale znam siebie i wiem, że niedługo tama opanowania puści i się posypię. I że stanie się to w najmniej odpowiednim momencie, to znaczy wówczas, gdy nie będzie nikogo kto mógłby pomóc mi się pozbierać. Wiecznie obowiązujące Prawo Murphy'ego...

Wychodzę z domu, bo muszę. Najchętniej zaszyłabym się w czterech ścianach i wcisnęła pod łóżko. Z dnia na dzień ta potrzeba staje się coraz silniejsza.

Rozmawiam z ludźmi, bo muszę. Błogosławię te chwile ciszy, które są mi dane. Ludzie mnie drażnią. Nie lubię litości, a niektórzy zachowują się jakbym nagle stała się nieporadnym pięcioletnim dzieckiem, któremu muszą wytłumaczyć, że wszyscy ludzie kiedyś umrą. Największą agresję wzbudzają we mnie słowa: "Jak się nad tym zastanowić, to przynajmniej nie cierpiał długo. Dobrze, że odszedł szybko.." Czy oni myślą, że ja tego nie wiem? Wiem, do cholery!
Drażnią mnie zdawkowe poklepywania po plecach. Obecny czas spędziłabym najchętniej w obecności najbliższych przyjaciół, którzy nie wymagaliby ode mnie rozmowy o pogodzie, którzy zrozumieliby, że czasem po prostu nie chcę rozmawiać. Wolę milczeć.
Potrzebuję tego by ktoś mnie przytulił bez słów. Nie chcę słyszeć tego, że będzie dobrze, że dziadek nie cierpi, że dam sobie radę. Wiem to wszystko.
Potrzebuję ramion, które chociaż na chwilę odgrodzą mnie od tych wszystkich ludzi. Potrzebuję cichego, spokojnego oddechu, z którym będę mogła zrównać własny. Potrzebuję ciepła, które przekona mnie, że nie jestem sama. Potrzebuję kogoś przy kim będę mogła na chwilę opuścić gardę i pozwolić sobie na chwilę kruchości. Kogoś, kto nie sprawi, że poczuję się zagrożona...
Bez słowa.
Tyle wystarczy.

Tymczasem znów, z maską opanowania robię krok za próg...

sobota, 10 lipca 2010

...

Zdążyłam się pożegnać...

piątek, 9 lipca 2010

Przeraża mnie cisza...

Bezsilność...
To czuję przez ostatni tydzień.
Wiem, miało być optymistycznie, ale mój własny optymizm jakoś mi przez gardło nie przechodzi ostatnio...
Dzielę swój czas pomiędzy pracę, dom i szpital. Wychodzę rano do szpitala, potem gnam do pracy, wracam do szpitala, dom traktuje bardziej jak hotel, w którym padam na łóżko błagając o sen... I śpię... Snem bez snów, bez koszmarów, takim jak czarna otchłań nie dająca wytchnienia... Budzę się bardziej zmęczona niż przed tym bezdennym snem.
W nocy jest cicho...
Zupełnie jakby otoczyła mnie jakaś bariera odgradzająca mnie od zwyczajowych odgłosów: chrapania, szumu samochodów, bzyczenia komarów.
Po prostu cisza...
Taka martwa...

Dzisiaj rozmawiałam z lekarzem. Rokowania? Spojrzał na mnie dziwnie..
"Cud... Wszystko w rękach Boga"
Znam go na tyle długo i dobrze by wiedzieć co oznaczają takie słowa w jego ustach.
Tyle co: "Kwestia godzin,... przygotujcie się..."

Nie jestem gotowa by go pożegnać. Do cholery, nie jestem!

Wczoraj ledwie oddychał. Nienawidzę siebie za to, co czułam siedząc przy jego łóżku. Trajkotanie ciotek za plecami.. Miałam ochotę je pozabijać. Pieprzenie o wakacjach Andrzejka, o wypadzie w góry, o tym, ze Aśka zabierze babcię do siebie... O pogodzie, cudownych znachorach i pustej gadce, co dla dziadka jest teraz najlepsze...
Nie mam siły...
Czuję się jakby rdzawa mgła zachodziła mi oczy gdy patrzę na niego i słyszę takie rzeczy.
Nakryły go po uszy... W tej sali duszno i gorąco, bo pozamykały okna, on spocony.
Mówię, ze gorąco mu, żeby dały mu spokój, żeby go tak nie nakrywały bo to gorzej, ale co ja wiem, prawda? Nie słyszą. Robią swoje. Wiedzą lepiej, bo są starsze ode mnie. Dziadek nie ma już nawet siły by się odkryć.
Chce mi się wyć. Okropny, straszliwy, rozpaczliwy ryk kłębi mi się w trzewiach gotowy do wyrwania się na wolność. Nie mogę go wypuścić. Nie mogę bo rozniósłby ich, porwał na strzępy.
Patrzę na dziadka i widzę Kochaną sprzed lat. Nie mogę płakać.
Nie na sali. Nie przy nich... Przede wszystkim nie przy nim... Może otworzyć oczy w każdej chwili a ja nie chcę by widział moje łzy. Chcę by pamiętał uśmiech.
Paradoks....
Przecież to ja będę pamiętać. Jego już nie będzie. Odejdzie...

Leży nieprzytomny. Nie ma odruchu połykania. Ona mu wlewa wodę łyżeczką przez otwarte usta, wprost do gardła. On się krztusi. Ona nadal wlewa mu tą pieprzoną wodę. Zupełnie nie reaguje na to, że on się krztusi...
Mam ochotę wyć. Nie płakać. To raczej skowyt.
Mam ochotę wyrzucić ją z sali.
Nie mogę. To przecież moja babcia... Kocha go, prawda?

Nie wierzę w cuda. Już dawno przestałam. Od odejścia Kochanej... Tymczasem okazuje się, że odrobina tej wiary by się przydała. Nie umiem jej w sobie znaleźć.
Pomożesz mi?