wtorek, 13 lipca 2010

Ktoś....

Czas gna nieubłaganie a ja duszę się ilością spraw do załatwienia. I nerwami...
Póki co staram się trzymać, ale znam siebie i wiem, że niedługo tama opanowania puści i się posypię. I że stanie się to w najmniej odpowiednim momencie, to znaczy wówczas, gdy nie będzie nikogo kto mógłby pomóc mi się pozbierać. Wiecznie obowiązujące Prawo Murphy'ego...

Wychodzę z domu, bo muszę. Najchętniej zaszyłabym się w czterech ścianach i wcisnęła pod łóżko. Z dnia na dzień ta potrzeba staje się coraz silniejsza.

Rozmawiam z ludźmi, bo muszę. Błogosławię te chwile ciszy, które są mi dane. Ludzie mnie drażnią. Nie lubię litości, a niektórzy zachowują się jakbym nagle stała się nieporadnym pięcioletnim dzieckiem, któremu muszą wytłumaczyć, że wszyscy ludzie kiedyś umrą. Największą agresję wzbudzają we mnie słowa: "Jak się nad tym zastanowić, to przynajmniej nie cierpiał długo. Dobrze, że odszedł szybko.." Czy oni myślą, że ja tego nie wiem? Wiem, do cholery!
Drażnią mnie zdawkowe poklepywania po plecach. Obecny czas spędziłabym najchętniej w obecności najbliższych przyjaciół, którzy nie wymagaliby ode mnie rozmowy o pogodzie, którzy zrozumieliby, że czasem po prostu nie chcę rozmawiać. Wolę milczeć.
Potrzebuję tego by ktoś mnie przytulił bez słów. Nie chcę słyszeć tego, że będzie dobrze, że dziadek nie cierpi, że dam sobie radę. Wiem to wszystko.
Potrzebuję ramion, które chociaż na chwilę odgrodzą mnie od tych wszystkich ludzi. Potrzebuję cichego, spokojnego oddechu, z którym będę mogła zrównać własny. Potrzebuję ciepła, które przekona mnie, że nie jestem sama. Potrzebuję kogoś przy kim będę mogła na chwilę opuścić gardę i pozwolić sobie na chwilę kruchości. Kogoś, kto nie sprawi, że poczuję się zagrożona...
Bez słowa.
Tyle wystarczy.

Tymczasem znów, z maską opanowania robię krok za próg...

Brak komentarzy: