środa, 24 listopada 2010
London - sooner or later...
Zmęczenie dalej trzyma, ale moje myśli pochłania jutrzejszy dzień.
Lidzia.... Londyn... Karaoke xddddddddd
Nie wiedzą co czynią!
Sean zostanie dziadkiem. W życiu nie widziałam go tak roześmianego jak podczas rozmowy przez skype. Widziałam wisior, który znalazł dla S. Śliczny. Nie wiem czemu ale wygląda dziwnie znajomo. Gdzieś widziałam ten wzór...
Nie muszę pytać Seana co oznacza. Symbolika celtycka jest taka cudnie prosta :D
Uświadomiłam sobie, że nadal potwornie tęsknię, ale postanowiłam o tym nie wspominać w rozmowach z S. Dlaczego? Może tak jest bezpieczniej dla mnie? Nie będę się zastanawiać czy nie będzie mi przykro kiedy ja powiem, że tęsknię albo kocham, a w odpowiedzi napotkam ścianę milczenia. To za bardzo boli. Więc milczę ja i dławię w gardle próbujące wyrwać się na wolność słowa. Wczoraj o mało co ich nie wypuściłam. Na szczęście zęby mam mocne. I równie mocno gryzę się w język.
S. powiedział dziś, że zawsze po powrocie z O. wyję. Fakt. Masochizm? Wątpię. Raczej ból serca. Okraszony odrobinką niechęci do ruszenia dupy z tamtych okolic. Ja pokochałam park :)
I tęsknota. Za S.
Może powinnam przestać jeździć?
No dobra, to durne. Przecież wiem, ze nie ma takiej opcji. Przecież bym uschła z tęsknoty a poza tym dobrze się tam czuję. Zadziwiająco niemal jak u siebie. To dziwne, bo rzadko mnie takowe uczucie nachodzi....
Celtyckie brzmienie mnie opanowało. Cały dzień słucham Loreeny :)
Jestem podekscytowana wyjazdem. Zupełnie jakby to była szansa na odpoczynek
Upon a darkened night...
Kilka ostatnich dni mnie wykończyło psychicznie i fizycznie.
Duża ilość pracy odbierała sen, a zamieszanie w pozostałych aspektach chęć do życia. Trudno podjąć decyzje ostateczne, ale w końcu kiedyś trzeba to zrobić, prawda?
Wczorajsza rozmowa z K. rozwaliła mnie... nie, ona mnie rozpierdoliła emocjonalnie na drobniutki pył. Nie chodzi o formę, a o treść. Rozmowa sama w sobie przebiegła nad wyraz spokojnie, ale trudno o stoicyzm gdy dwoje ludzi podejmuje decyzję o ostatecznym rozstaniu. Nie będzie już psychologów, nie będzie separacji, nie będzie kłótni ani pustych dyskusji. Będzie rozwód. Bez orzekania o winie.
Sprawa ciężka dla obojga nas, bo żadne nie chce w rezultacie znienawidzić tego drugiego. Lepiej jest rozstać się teraz, gdy stać nas na 5 minut spokojnej rozmowy i wspólne wyjście na kawę, niż czekać na to by złość wybuchła nam w twarz pogrążając w powodzi wzajemnych żali i oskarżeń. To chyba najgorsze co mogę sobie wyobrazić.
Mam poczucie wielkiej porażki, swojej własnej, bez udziału drugiego człowieka. Mam poczucie straty i koszmarnie mi źle, ale wiem, że innego wyjścia nie ma. Trudno zakończyć 12 lat wspólnego bycia, jakie by ono nie było... Kawał czasu.
Rozpierdolenie emocjonalne trzyma mnie dzisiaj cały dzień. Nie jestem wyspana, cokolwiek mówię innym. Wyłam w poduszkę gdy tylko przestawałam w nocy mówić. S. ma na mnie terapeutyczny wpływ, bo potrafi mnie oderwać od myślenia tylko o jednym. Roztrząsanie abstrakcyjnego spojrzenia na człowieka jako istotę naprawdę ma znamiona leczenia. Jestem mu wdzięczna, że zadzwonił. Jestem mu wdzieczna, że pozwolił mi się wypłakać i mówić. Jestem mu wdzięczna, że później pozwolił mi milczeć. Jestem mu wdzięczna, że mogłam wpaść w rytm rozmowy tak naturalnie jak zawsze.... Dziękuję Kudłaty. :)
Prawda jest taka, że dzisiaj ledwie się trzymam, ale uparcie rano założyłam maskę z uśmiechem. Wewnętrznie wszystko się we mnie trzęsie i rozpada.
Czy jestem szczęśliwa? Nie...
Czy się cieszę? Nie...
Nie myślę w kategoriach: Będzie lepiej. Będzie dobrze. Będzie cudownie.
Chwilowo jestem pusta i wypalona w środku. Nadal nie ufam sobie. Nadal nie wierzę w szczęśliwe zakończenia i mocno podupadła moja wiara w miłość, bliskość, czułość...
Uśmiech nie sięga ani serca ani oczu... Po prostu grymas ust. Nawet S. nie jest w stanie tego zmienić. Z przyczyn, o których nie chce mi się mówić, pamiętać ani myśleć.
Po prostu myślę, że teraz będzie spokojniej... ciszej... samotniej...
Kotka, którą chciałam wziąć ze schroniska okazała się chora. Przewlekła niewydolność nerek. Czytałam troszkę o tej chorobie i nie będę mogła jej zabrać. Koty takie żyją krótko. Nie chcę by teraz znów ktoś mnie opuszczał... Moje serce by tego nie zniosło...
Pod osłoną nocy czuję się sobą...
poniedziałek, 22 listopada 2010
Wróćmy do początku....
Nie dość, ze wytknął mi moją własną ignorancję (no dobrze, z tym się zgadzam), tchórzostwo i skłonność do ucieczek, to jeszcze napomniał mnie jak dziecko i kazał wrócić do początku.
Mam znów studiować Księgę. Ech....
Jego najnowszy pomysł (sprzed kilku sekund) mnie dobił. Po prostu zatłukł mnie kapciem jak muchę albo karalucha na podłodze. Mam przestudiować 1 List św Pawła do Koryntian.... z S.
Sean'a dopadła demencja starcza. (jak dobrze że nie zna polskiego i nie czytuje mojego bloga :P)
Jak mogę dyskutować o miłości z S.? Jak mogę rozważać i szukać tego, co miłość określa bądź jest przez nią określane? Jak mogę szukać jej sensu?
Już sam fakt, że wczoraj mnie do Hymnu o Miłości odesłał, w tym właśnie momencie mojego zycia, było nieco dziwaczne. Jak mogę szukać sensu czegoś, co powoli unicestwiam? Ja wiem, ze Miłość i Serce to moje dominanty, ale.... Nie poradzę nic na to, co czuję i jak odbieram chwilowo świat.
Wiem, Bóg mnie kocha. Wiem, on kocha wszystkich. Wiem, jego miłość jest nieskończona... A moja? A do mnie?
Wujaszek oszalał na stare lata... Przecież to jest jak krojenie sobie serca na drobne kawałki i rzucanie nimi o ścianę... To zwykłe okrucieństwo i masakryczny żart.
Wczorajsza rozmowa z S. była miła, ale nie jestem pewna czy taka by pozostała gdybyśmy zaczęli sobie dyskutować o miłości i relacjach międzyludzkich. A, nie daj Boże, o relacjach naszych wzajemnych. Unikam tego tematu jak ognia. Tak, jestem tchórzem. Tak, uciekam. Tak, tak, do cholery, tak! Przyznaję się....
Z drugiej strony to ma sens. Sean jest mądrym człowiekiem i nigdy się jeszcze nie pomylił. Ja ostatnio mylę się ciągle. Ja wiem, ze ten zrzędliwy staruch próbuje zmusić mnie do stawienia czoła samej sobie i w perfidny sposób wykorzystuje do tego S. Ja wiem, że próbuje zmotywować S. do jemu tylko wiadomych działań. Mam zaburzone pole widzenia i nie ogarniam całej perspektywy, całego horyzontu zdarzeń. Jak S. ostatnio słusznie zauważył, niewiele rozumiem. Nie chcę analizować powodów, znam je zbyt dobrze, nie chcę ich wywlekać na światło dzienne i robić im sekcji. Nie mogą bezpiecznie siedzieć w środku, we mnie?
Po co wracać do początku, i to w tak bolesny sposób? Daleko mi chyba do Hioba...
niedziela, 21 listopada 2010
Karuzela...
Teraz życie dba bym doświadczała karuzeli każdego dnia. Takiej bez pędu powietrza, ale z dziwnym uczuciem w żołądku. Tyle, że tym razem to uczucie nie jest przyjemne, raczej przypomina płonące dłonie zaciskające się wokół trzewi.
Dzisiaj dowiedziałam się, że jak nikt potrafię wyprowadzić K. z równowagi.
Nie daję rady, po prostu brakuje mi sił. Marzę o tym, żeby zwinąć się w kłębek i po prostu leżeć.
Chciałabym żeby przestało mi być tak przeraźliwie zimno. Nie umiem odkryć źródła, ale po prostu zamarzam. Koc i dwie bluzy nie pomagają, mrozi mnie od środka. Zupełnie jakby ta rozmowa i dwa smsy wyssały ze mnie całe ciepło.
Ja wiem, że on doskonale zdaje sobie sprawę ile kosztują mnie takie rozmowy. Wiem, że robi to specjalnie, ale najzwyczajniej w świecie brak mi sił i oparcia. Przewróciłam się dzisiaj i ciężko uderzyłam o ziemię. Potknęłam się o własną wiarę w to, że można będzie wszystko rozwiązać w sposób cywilizowany. Tymczasem K robi ze mnie histeryczną wariatkę, pełną niezdecydowania i rozchwiania emocjonalnego. Każde moje słowo odwraca jak kota ogonem. Przestałam odpowiadać, przestałam się bronić, przestałam mówić. Gdy już się odzywam.... sarkazm stał się moim podstawowym językiem.
Boli mnie serce. Tak realnie i dosłownie. Od dwóch dni jadę na Persenie, ale nie wiem czy nie będę się musiała przeprosić z lekami od psychologa. Dzisiaj zbiłam słoik. Po prostu wypadł mi z rąk.
Jak nigdy potrzebuję przytulenia i obecności drugiej osoby. Takiej obecności obok, świadomości, ze nie jestem sama.
Na święta zażyczyłam sobie kota. Chcę mieć możliwość zanurzenia palców w miękkie futro i wiedzieć, że obok mnie zyją inne istoty. Materialne, namacalne, ciepłe i żywe.
Chciałam złapać w dłonie odrobinę światła słonecznego, ale zjadliwość słów brutalnie rozwarła mi ręce i połamała palce.
Chciałam uciec, ale połamane skrzydła nie mogą mnie unieść, a w piersiach brakuje oddechu do biegu.
Pociechę przynoszą wersy Księgi. Czytam je w kółko, słucham ich w kółko, mając nadzieję, że zagłuszą inne.
Kończą mi się świece...
sobota, 20 listopada 2010
Weź ugryź poduszkę albo coś...
Wczorajszy dzień w pracy był ciężki. Dużo spotkań, mnóstwo telefonów. Przez chwilę czułam się jak w centrum handlowym pełnym rozkrzyczanych przekupek.
Wyszłam z biura z wielkim bólem głowy i marzeniami o ciszy. W ramach trzymania bilansu żywieniowego, odwiedziłam stację Orlen i zjadłam hot-doga. Autobusy dwa nie przyjechały wiec wymarzłam na przystanku. Plus, że był jasno oświetlony, więc Sacrum wzbogaciło się o kilka zapisanych maczkiem stron.
W domu panowała cisza. Ł. się randkował a ja w pierwszym momencie po prostu wyciągnęłam się na łóżku i z lubością rozkoszowałam się ciszą.
Zadzwonił S. Rozmowa wiła się normalnie, bez zbędnych histerii, miło i jak dawniej. Nie potrafię nawet odzwierciedlić tego, w jaki sposób to na mnie wpłynęło. Po prostu oddychałam. Spokojnie i głęboko. Przyznaję, że takich rozmów mi brakowało jak powietrza. Odprężających, relaksujących, pełnych uśmiechu. To wprowadziło mnie nie tylko w dobry nastrój ale też podziałało jak balsam na serce.
Przyjechał R. Przywiózł ze sobą sok jabłkowy i korzenne przyprawy. Wtrząchnęliśmy kolację składającą się z bigosu, kaszy gryczanej i dukanowskich kotletów mielonych a'la Ł. Pycha! W piekarniku dochodził ryż z jabłkami i cynamonem. Opierniczyliśmy wyjątkowo mało dietetyczne pączuszki i opakowanie delicji. A potem zwijaliśmy się oglądając zwycięzcę polskich eliminacji na Eurowizję, który pokazał się również w programie Mam Talent z piosenką "Cztery osiemnastki". Podejrzewam, że tematyką i wykonaniem byłby zachwycony jedynie Kappa. :P Na tapetę wzięliśmy później kabarety.
Reszta wieczoru obfitowała w rozmowy i całkiem spokojny relaks. Położyłam się nad ranem, po napisaniu bardzo ważnego dla mnie maila.
Takiego prosto z serca, pierwszego bez żadnych udziwnień, ułagodzeń, bez owijania w bawełnę i krążenia. Takiego pełnego prawdziwej mnie, bez żadnej maski.
Zasnęłam spokojna i nie śniłam nic. To było odprężające i zaowocowało równie odprężającym przebudzeniem.
Postanowiłam dzisiaj oddać się słodkiemu lenistwu i "nic-nie-robieniu".
Nałożyłam dziwną zieloną papkę na twarz i wyglądam jak obcy :D Łażenie w piżamie też ma swój urok. Na śniadanie wyciagnęłam ocalone czekoladki od Drida i kanapkę z bryndzą :P Połączenie jedyne w swoim rodzaju.
Na Pulsie leci właśnie mój ulubiony Robin Hood z Michaelem Praed'em. Miód na moje poczucie estetyki i smaku :)
Dzwonił S. Krótka rozmowa. Cieszę się. Przyjeżdża na Sylwestra, przynajmniej się postara. Może nawet ze dwa dni wcześniej. Zrobilibyśmy sobie własne święta. To jego pomysł. Moje Serce krzyknęło z zachwytu, Rozum mruknął coś, ale się uśmiechnął. Widziałam.
Ostatnio za dużo gadam i za duzo myślę, może powinnam się zastosować czasem do niedawno usłyszanej rady: "Weź ugryź poduszkę, albo coś" :P
A w głowie gra mi dziś Clannad. Wina Robina, jak nic...
piątek, 19 listopada 2010
Anioły...
Stały nade mną w nocy. Słyszałam ich szepty.
Opłakiwały moją przegraną.
Opłakiwały moje skrzydła.
Płakałam z nimi.
Cienie czaiły się po kątach, bez odwagi by wyjść.
Zaatakują znów.
Brak mi źródła siły, brak mi usprawiedliwienia dla własnej słabości, brak mi...
Jednego anioła nie było...
Zagubił się w drodze.
Nie dałam mu latarni uśmiechu ostatnim razem, ona stoi u moich stóp.
Słyszałam jego wołanie i nie mogłam wzlecieć.
Brak mi dotyku jego dłoni na Sercu.
Wołałam go nad ranem.
Nie słyszał...
Bez niego skrzydła mi matowieją.
A może jemu matowieją przy mnie?
---------------------------------------------------------------
Wujaszek ciągle zmywa mi głowę. Martwi się.
Nie ma powodu.
Jestem Feniksem, jestem Bramą, jestem Opieką i Miłością.
Jak zwykle się podniosę, póki Serce mi będzie biło.
Moja wiara topnieje.
Nie w Niego. Nie w ludzi. We mnie samą.
-------------------------------------------------------------
- Opowiedz mi coś o sobie..
- Mam na imię Miłość, moją matką jest Pomyłka, ojcem Przypadek. Urodziłam się w Sercu i tam obecnie mieszkam, razem z siostrą Nadzieją. Codzienne kłótnie z kuzynką Nienawiścią sprawiają, że tracę wiarę w siebie, ale dzięki niej staję się też ...silniejsza. Mimo to boję się, że to ona kiedyś wygra, ma przecież ze sobą Zazdrość, Ból, Kłamstwo, Zdradę, Cierpienie.. A ja? Szczęście czasem wpadnie do mnie przez okno, kiedy wszyscy już śpią. Zaufanie strasznie choruje, Czułość i Optymizm wyjechali na wakacje, nie planują powrotu.. Rozum uważa, że to co robię jest irracjonalne, jest całkowitym przeciwieństwem mnie. Tak więc zostałam sama.. Tylko ludzie czasem o mnie dbają, pielęgnują. Naprawdę się starają, tylko troszkę im nie wychodzi. Troszkę bardzo. Pan Rzeczywistość odwiedza mnie od czasu do czasu i gładząc po włosach śpiewa kołysanki, sprawiając że wszystko inne przestaje istnieć. Jestem tylko ja i on. To moje ulubione chwile... Pan Rzeczywistość jest Aniołem, tak samo jak stare Szczęście i Zaufanie. Tęsknię za Czułością i Optymizmem. Każdego dnia z Nadzieją powtarzamy sobie: Wrócą dzisiaj....
czwartek, 18 listopada 2010
Dopamina?
Nad ranem połamano mi skrzydła. Trochę czasu będą się leczyć. Niektórych procesów nie powinno się przyspieszać.
K. zaprosił mnie do kina. Wkrótce po tym jak nazwał mnie egoistyczną schizofreniczką, która wróci z podkulonym ogonem gdy tylko coś jej nie wyjdzie... Błagam... Poradziłam, żeby zaczął używać szarych komórek skoro Bóg go nimi obdarzył.
Spotkanie z A. mi pomogło, tak samo jak wizyta w stanikowie. Nie ulżyło mi w niczym, nie rozwiązało nic, ale przynajmniej na chwilę mogłam poudawać, że jest normalnie. Dziękuję :*
Ł. wie jak mnie namówić do jedzenia. Bilans wczorajszego dnia był fatalny, odrobina makaronu i kotlet. Pół butelki wina wypite jednym haustem.
Wmusił we mnie kanapkę rano. Smakowała jak tektura. Jednak dzisiaj było lepiej. Zjadłam w pracy bułkę, a po powrocie jajecznicę. Wszystko miało doskonały aromat tektury. Siano smakowałoby tak samo...
Dostałam szarlotkę. Prawdę mówiąc, to jedyne co ma inny smak. Nawet pachnie.
Odezwał się Sean.
Opieprzył mnie na czym świat stoi. W końcu powiedziałam mu jaką obietnicę złożyłam. Wściekł się jeszcze bardziej i nawyzywał mi od dzieciaków i "fucking morron" Nigdy nie widziałam, żeby Wujaszek tak klął...
Przekazał mi także inną rzecz... Jednak nie zamordowali nadziei. Schowała się po prostu w mojej lewej stopie i teraz wypełzła, na nowo goszcząc w pobliźnionym sercu.
Odezwał się także S.
Wiem, zabrzmi to paranoicznie, ale zadziwia mnie jak szybko jego osoba może sprawić, że wracam do względnej równowagi. To przeraża.
Obiecałam coś.
Postaram się słowa dotrzymać.
Z całych sił się postaram.
A sił mam niewiele.
Nadal czuję się pusta w środku. Jakby wyssano ze mnie wszystkie pozytywne uczucia, zostawiając jedynie żal i smutek.
Leczę się oglądając głupawe komedie.
Nieco pomaga.
Na spółkę z szarlotką i czekoladkami od Drida...
Do Ł. dzwonił A. Na kiepski nastrój zaproponował mi dopaminę. Podziękowałam
Nie lubię korzystać z polepszaczy.
Niektórych procesów nie należy przyspieszać...
W głowie nadal brzmi Rogucki.
Nocą...
Piosenka pisana nocą jest kwintesencją tego co czuję.
Nie mam siły.
Już nie mam siły.
Kolejna noc pełna złych cieni.
Ł. gadał za ścianą a w mojej sypialni szeptały gargulce.
Tęsknota szarpała mi serce, ale nadzieja umiera ostatnia, więc....
Nie mam już siły.
Nie mam już nic.
Poddałam się dzisiaj o 5.34
Popełniłam brutalny samogwałt na własnej emocjonalności.
Dotykając ze wstrętem każdej części siebie.
Złamana.
Pusto...
To nadal ja ale już nie ja.
Oddałam wszystko.
Nie mam już nic....
środa, 17 listopada 2010
Push the button
Zapach... Cała moja sypialnia pachnie nim.
W poniedziałek rano znalazłam włos na poduszce. Zabrakło mi oddechu.
Nie mogę spać tam. Zapach mnie doprowadza do szału.
Tęsknię.
Moja dusza tęskni.
To straszniejsze niz moja własna tęsknota.
Dwie noce spedziłam poza domem.
Wczoraj olałam pracę. Dzisiaj też miałam ochotę to zrobić.
Zbyt obowiązkowa....
Przeraża mnie perspektywa spania we własnym łóżku.
Znalazłam wczoraj Nowy Testament. Ten z dedykacją.
Zabrakło mi czucia w palcach.
Tęsknię.
Moja dusza tęskni.
To straszniejsze niz moja własna tęsknota.
Nie mam czerwonego guzika do przyciśnięcia.
Nie mam wyłącznika duchowej tęsknoty.
Serce mnie gryzie...
poniedziałek, 15 listopada 2010
Oddech...
Z Rozumem
Z Rzeczywistością
Ze mną...
o oddech...
Nagie palce, pozbawione srebrnego smoka, co chwila wędrują do telefonu. Za nimi pędzi wzrok. Po co? Zrobię im na złość i wyłączę to czarne pudełko. Nie będzie mnie kusić swoim kształtem i połyskliwym ekranem.
Nie umiem wyłączyć kawałka siebie. No ni cholery nie potrafię! Niech ktoś mnie nauczy jak wyłączyc serce, pamięć, dotyk, słuch i węch? Jak zostawić jedynie pozbawione emocji i bagażu wspomnień istnienie? Nie umiem.
Jak wrócić do czegoś do czego powrotu już nie ma, bo za późno.
Ty potrafisz?
Naucz mnie...
niedziela, 14 listopada 2010
Poza czas...
Dzisiejsza sesja mi na myśl te ostatnie cztery dni. Spacer Hrabiny po monastyrze to pasmo przyjemności i bólu, cudownej rozkoszy, która trwa i trwa aż do bólu. Aż stwierdzasz: nienawidzę tego miejsca... Damn it!
Sala z łaskotkami, a właściwie to co nastąpiło później, to wypisz wymaluj, to co działo się ze mną ostatniej nocy. I wtedy właśnie stwierdziłam, ze nienawidzę tego miejsca. Ja jako gracz... Teraz gdy o tym sobie przypomnę, z perspektywy tych kilkunastu godzin, zagryzam wargi by nie płakać. Ból pomaga. Wiem, ze wargę pogryzę w nocy do krwi. Dobrze, że zabrałam z Jelonek Beherovkę. Zostało pół butelki. Szkoda, ze po niej męczy kac, ale cholerstwo dobrze znieczula. To właśnie jest mi potrzebne. Znieczulenie. W dużej ilości.
Noc mam z głowy. Spać nie będę. Znam siebie.
W Sacrum napisałam pod dzisiejszą datą jedno słowo. Wielokrotnie... "Przeżyć. Przeżyć. Przeżyć. Przeżyćprzeżyć. Przeżyćprzeżyćprzeżyćprzeżyćprzeżyć......"
Pisane co raz szybciej. Jak krzyk. Gdybym krzyczała, w tej chwili mój głos spowodowałby pękanie szyb.
Nie mam celu, nie mam myśli, nie mam... Jest pustka.
To tak jakby wszystko nagle przestało mnie obchodzić, liczy się tylko to by przetrwać. Z całym sercem. Z całą sobą. Po prostu przetrwać.
Marzę o tym by zasnąć i się nie obudzić przez najbliższy tysiąc lat. Zapaść się w siebie, zamknąć się tam i nie musieć myśleć, nie musieć nic.
Kocham.
Bezwarunkowo.
I wiem, ze miłością niszczę. Jego.
Nie chcę.
Wiem, ze brak tej miłości niszczy. Mnie.
Nie chcę.
Przetrwać...
Znaleźć jakiś sposób, który nie niszczyłby ani mnie ani jego. Przetrwać. Znaleźć kompromis. Zadowalający obie strony.
Nie umiem wrócić do samej przyjaźni. Do cholery, nie chcę! Nazwijmy to egoizmem. Nazwijmy to pieprzonym egoizmem. Nazwijmy to jakkolwiek...
Mogłabym wybaczyć wszystko... Mogłabym nauczyć się nie widzieć... Mogłabym... Gdyby wracał co noc. Gdybym wiedziała, ze wciąż mnie kocha...
J.L. Wiśniewski napisał niegdyś: "Nie założę Ci nigdy w życiu żadnej obroży. Mężczyźni z obrożami na szyi i tak nie wracają do swoich kobiet. A ja chciałabym żebyś wracał. Do mnie. Bądź wolnym kotem, ale budź się rano obok mnie"
Czy muszę komentować?
Życie to przewrotna suka. Brak mi na nią słów.
Chciałabym udać się poza czas....
Przetrwać...
Trwać...
Poza czas...
There's a possibility...
You're the only one that knows
Tell me when you hear my silence
There's a possibility I wouldn't know
So tell me when my sigh is over
You're the reason why I'm closed
Tell me when you hear me falling
There's a possibility it wouldn't show
czwartek, 11 listopada 2010
Jeszcze jeden krzyżyk.
1. Mam cudownych przyjaciół i znajomych,
2. Czeka mnie straszna i ciężka praca nad sobą, ale pierwszy raz w życiu naprawdę mi zależy na tym by się pozbyć tego co stoi mi na drodze do osiągnięcia szczęścia,
3. Wszystko co ugotuje R. jest pyszne,
4. Kocham. Bezwarunkowo...
5. Nadal lubię operę, ale musicale w Romie uwielbiam - status quo utrzymano
6. Uwielbiam zasypiać otulona ramionami i świadomością, że jest. To czyni mnie szczęśliwą.
7. Jestem kochana.
8. A. paliła. Widziałam! ;D
9. Mam uroczego brata.
10. Rozmowy z R. do bladego świtu są pasjonujące.
11. Ł. jest niemożliwy, ale w tym pozytywnym sensie :D Cieszę się, że ze mną mieszka.
12. Naprawdę lubię się uśmiechać.
13. Brakuje mi tańca.
14. Nie wiedziałam, że można spieprzyć karaoke. Już wiem. Zegarmistrz światła mnie będzie prześladował jeszcze długo...
15. R. i S. stać na zawieszenie broni co wprawia mnie w doskonały nastrój ;)
16. Byli współlokatorzy R. to ...@#%@%#$@@!! (w tym miejscu mocno gryzę się w język).
Urodziny minęły bardzo miło. Nie jestem pewna czy wszyscy bawili się dobrze, ale ja bawiłam się świetnie. Pierwszy raz od dłuuuugiego czasu naprawdę się rozluźniłam i oddychałam pełną piersią, bez strachu że zaraz zabraknie mi powietrza. W domu unosił się zapach kulinarnych pyszności R., a my siedzieliśmy w chybotliwych płomieniach świec. Jazz w tle dopełnił dzieła. Lubię takie chwile pełne rozmów, żartów, śmiechu. Lubię świadomość, że on jest blisko, nawet jeżeli nie trzyma mnie za rękę. Po prostu jest.... Egoistycznie chciałabym, żeby został. Marzenia...
Prezenty wprawiły mnie w zachwyt.
Świece! Dużo! :D:D:D Gęba mi się cieszy bo lubię siedzieć w ich blasku.
Szachownica! Własnoręcznie robiona (nie zagłębiajmy się w szczegóły) :D Z sercem i duszą :) Już jej znalazłam miejsce w torebce :)
Skórzana zabawka! Muahahahahahahahaahahahahahahahaha - mroczny śmiech niech będzie jedynym komentarzem. <3
Uroczy magnes na lodówkę! Oooooooooooooooch :)
Korale! Bordowe! Drewniane! Love it.
Ciasto! Pachnące czekoladą.... Mrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.
Bilet na Elektrę! Cudowna....
Kilka refleksji z dnia dzisiejszego:
1. Uwielbiam gotować.
2. Srebrny Str8 jest.... ech...ach...och....
3. S. i Ł. się zmówili przeciwko mnie, ale jakoś mi to nie przeszkadza.
4. Moja rodzina bywa dziwna, ale i tak ich kocham. Szkoda, że potraktowali S. jak powietrze... Nawet jednego pytania, jednego słowa... Sprawiło mi to przykrość. Dużą.
5. Prysznic to nie to samo co wanna... Marzę o kąpieli w łazience obstawionej świecami... W wannie z pachnącą różami i wanilią wodą...
6. Jestem szczęśliwa.
Ł. i S. są niemożliwi - trzymają sztamę i obrali wspólny front. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale dziwnie się czuje jak tak na mnie napadają razem.Tak jak ze śniadaniem. Albo łaskotkami.
S. wpadł w łaskotkowy nastrój. Lubię gdy się śmieje, sama się wtedy mimowolnie uśmiecham.
Dzisiaj uśmiechałam się niemal cały czas, co było bardzo miłą odmianą. Wspólne gotowanie jak zawsze było zabawne (biedna deska!).
Obiad upłynął w dziwnej atmosferze. Moja rodzinka doceniła kulinarne ekscesy, ale traktowała S. niemal jak powietrze. Mam wrażenie, że się poprztykali przed przyjazdem do mnie i stąd to wszystko. W każdym razie było mi przykro z tego powodu a i S. nie czuł się miło. Co najwyżej może mi być głupio, bo przecież nie zmienię nic, czasu nie cofnę.
Jestem zmęczona ale to zmęczenie pełne satysfakcji z nawet udanego dnia. Marzę o wtuleniu w nosa w ciemne kudły i zaśnięciu snem pełnym koloru. Za chwilę zapalę świecę i to właśnie zrobię :)
wtorek, 9 listopada 2010
Life goes on...
Wczorajsza uwaga S. i dzisiejsza poranna rozmowa z Ł. przy śniadaniu dała mi pożywkę do zastanowienia się nad własnym działaniem. Mea culpa.
Faktycznie duża część powstałych nieporozumień i niedopowiedzeń wynika z mojej winy, bo NIE MÓWIĘ. Z powodu durnych wieloletnich doświadczeń mam zwyczaj milczeć w sprawach, które mnie bolą i wyskakiwać z nimi po czasie, w najmniej odpowiednim i spodziewanym momencie.
Przyznaję rację obu panom iż informowanie na bieżąco oszczędziłoby wielu kłopotów i nie wprowadzałoby nerwowości w moje relacje z ludźmi...
Obiecuję poprawę i obiecuję, że się postaram nie zamykać i nie dusić tego w sobie. Chociaż to będzie trudna i ciężka droga, ale uznałam, że warto się poświęcić. Dla potomności ;)
Inną sprawą są słowa wypowiadane w gniewie lub złości. Należy pamiętać, że one ranią. Nie bez kozery stare dalekowschodnie przysłowie mówiło: Język może zmiażdżyć człowieka...
Na słowach usłyszanych przed laty zbudowałam mur nieufności i lęku, za który wśliznęłam się i długo nie chciałam wyjść z własnej klatki. Nie jestem jasnowidzem i biorę słowa za wykładnik myśli i sądów mojego rozmówcy. Szczególnie gdy go nie widzę, gdy nie siedzi naprzeciwko i nie mogę dojrzeć jego wyrazu pyska. Albo wtedy gdy tak samo jak ja nie mówi od razu co myśli i czuje. Z tego się rodzą kłopoty... I tyle.
Pierwsze spotkanie warsztatowe za mną. Nie powiem... Zapowiada się interesująco, chociaż autoanaliza własnego działania, a raczej jej wyniki mnie lekko przerażają. Popełniam nagminnie pewne błędy, według schematu zakorzenionego we mnie od najmłodszych lat. Bo tak było bezpieczniej, ale jak się okazuje, wcale nie najlepiej dla mnie samej. A im dalej w las... Jak widać Ł. miał rację mówiąc iż mam bajzel w głowie. (użył innego słowa ale obiecałam sobie kulturalność :P) A przecież to tylko nieumiejętność nawiązania normalnych relacji i problemy z zaufaniem... swoista niedojrzałość emocjonalna. Nie mająca nic wspólnego z moja rzekomą niedojrzałością (czyt. zachowywaniem się jak dziecko) na którą cierpię zdaniem niektórych... To krzywdzący osąd. Czy energia i skłonność do zachowań spontanicznych, miejscami irracjonalnych, świadczy o zatrzymaniu się w rozwoju emocjonalnym na poziomie 12-latki? Czy upodobanie do tańca w deszczu albo fontannie, łaskotek i śmiania się w głos gdy przyjdzie ochota jest wyrazem takiej niedojrzałości? Dla mnie to po prostu radość życia i umiejętność doceniania takich właśnie chwil. Bo wtedy naprawdę czuję się szczęśliwa. I jeżeli dla kogoś jest to podstawa do oceniania mnie jako niedojrzałej i nieodpowiedzialnej to krzyżyk mu na drogę. Nawet gratis dołożę błogosławieństwo.
Jutro mam wolne. Udało mi się wszystko tak poprzestawiać, że nie muszę przychodzić do biura, a w piątek odgórnie wszystko zamknięte na 3 spusty. W końcu się wyśpię. :-)
A jutro... jutro dołożę kolejny kamyczek do mojego koszyczka wieku. Ale dusza pozostanie nadal roztrzepana i zwariowana... Jak ja...
poniedziałek, 8 listopada 2010
A jednak....
To chyba właśnie jest ten bodziec, o którym rozmawiałam z Ł. przez pół nocy.
Okazało się, że jednak można kochać za bardzo. Ba! Znalazłam artykuł, który odzwierciedla moje relacje z mężczyznami. Konkluzje i wnioski po przeczytaniu tych kilku publikacji mnie przeraziły i pogrzebały mnie samą za horyzontem własnych emocji i umysłu.
Tak, jestem uzależniona.
Tak, jestem kobietą kochającą za bardzo.
Tak, albo się zmienię, albo to mnie zniszczy.
Tak, zapisałam się na te cholerne warsztaty psychologiczne bo ginąć nie chcę.
Tak, wiem, że będzie bolało.
Tak, wiem, że serce muszę zaleczyć.
Artykuł "Mężczyzna za murem" odwzorowuje częściowo to co się w moim życiu dzieje ostatnio. Przypomniał mi się Wołodia, który swego czasu mnie uprzedził, że ja nie mogę pomóc. Dopóki nie pomogę sobie.
Sean mnie też ostrzegał, ale nie chciałam słuchać. Jak zawsze przecież wiedziałam lepiej.
Pakowanie się w kolejny toksyczny związek nie jest najlepszym rozwiązaniem, ani najszczęśliwszym zbiegiem okoliczności. Jest syndromem uzależnienia. Od miłości, od cierpienia, od mężczyzny...
Prawda jest bolesna, ale nie da się jej oszukać.
Cudów nie ma a wyjście z tej patowej sytuacji jedno. Okazuje się, że mój instynkt samozachowawczy jednak działa. Tylko szwankuje system ostrzegania przed tym co robię później.
Co zrobiłam z K.? Odeszłam.
I wpakowałam się w związek z S. Tak samo niszczycielski dla mnie, o ile nie bardziej. Kocham za bardzo. To stwierdzony naukowo syndrom dotykający ludzi, którzy boją się zaangażować emocjonalnie. Bo boją się zranienia. Boją się samotności. Boją się siebie samych.
Co powinnam zrobić?
Odejść?
Status quo rani i prawdę mówiąc jest mocno popieprzone.
Na pierwszy rzut zapisałam się na spotkanie grupy wsparcia i warsztaty psychologiczne.
Nie mogę się dać zabijać w ten sposób.
Nie mogę sama siebie zabijać.
Znalazłam "Sen o królewnie". Nie pozwolę sobie skończyć jak ona....
wtorek, 2 listopada 2010
Blue is the new black
Napisałam na UW. Chcę dołączyć do studentów antropologii jeszcze w tym semestrze, o ile władze uczelni okażą się łaskawe. Jeżeli nie, to w zanadrzu mam kulturoznawstwo (już wyrazili zgodę), dyplomację kulturalną (podyplomówka) albo dziennikarstwo i komunikację społeczną (nabór się dopiero zaczął, zajęcia od stycznia). Kulturoznawstwo ma program najbardziej zróżnicowany i interesujący, ale źle mi się kojarzy.. S. studiuje kulturoznawstwo. Z drugiej strony co mnie to obchodzi? Studiuję dla siebie, a on jest tylko jednym z wielu... Może się zdecyduję? Mam tydzień.
Potrzebuję czegoś co mnie stymuluje i nie pozwoli się pogrążyć w marazmie ani użalać się nad sobą. Potrzebuję wyzwań. Potrzebuję zajęcia... Takiego absolutnego zapełniacza czasu czymś co mnie naprawdę zainteresuje.
Jeszcze 30 minut do spotkania z K. Nerwy mam napięte do granic możliwości. Nie wiem czego mam się spodziewać tym razem, bo to co usłyszałam wczoraj kompletnie mnie rozwaliło. A dzisiaj? Dzisiaj będzie miły i uprzejmy? A może wręcz przeciwnie? Najwyżej puszczą mi nerwy i znów się popłaczę, a potem wydrę jak dzikus i zagryzę go na miejscu. Będę miała spokój, wikt i opierunek... ;)
Mam ochotę wyłączyć się ze społeczeństwa na chwilę.
Marzę o śniegu...
Sama-nie-wiem-co
Ogarnia mnie ten rodzaj obojętności, przy której życie smakuje jak tektura, traci zapach, smak, aromat, kolory i miękkość. Wszystko staje się bezbarwną masą, która przecieka przez palce bez żadnego wyrazu.
Podobno człowiek bez marzeń umiera. Ja umieram na własne życzenie, bo zamordowałam marzenia.
No nie, przepraszam, mam jedno maluteńkie. Maciupkie. Takie tylko dla mnie...
Czuję się zmęczona i kompletnie wyczerpana psychicznie i emocjonalnie.
Wyjazd, podczas którego miałam wszystko poukładać, okazał się pod tym względem niezbyt fartowny. Wróciłam pozbawiona połowy serca, połowy duszy i jednej różowej świecy, a także z kolejną porcją wątpliwości graniczących z kryzysem światopoglądowym. Nie wiem w co i komu mam wierzyć. Nie wiem komu mam ufać, skoro nie mogę ufać nawet samej sobie. Nie wiem na czym mam się oprzeć i gdzie zakotwiczyć, by się nie rozpaść. Jest mi słabo od natłoku myśli i natłoku słów. Jest mi niedobrze od nadmiaru emocji. Jest mi ciężko od niepewności i umierającej nadziei i wiary w to, że można wszystko zwyciężyć, że miłość pokona wszystko... Okazuje się, że są rzeczy mogące pokonać miłość. Rzeczy potrafiące zmiażdżyć ją w jednej chwili i pozostawić nas bez tchu i możliwości złapania kolejnego oddechu. Tak byśmy w ostatniej sekundzie mieli jeszcze czas na zastanowienie się czy mogliśmy temu zapobiec. Nie doczekamy już oczywistej odpowiedzi wyszeptanej przez wiatr: Nie.... Ja chcę by on był szczęśliwy, on chce żebym ja była szczęśliwa... Tylko drogi do szczęścia nam się rozjechały... Mamy impas. Taki bez możliwego kompromisu, chociaż ten, który ustaliliśmy, pozbawiony jest satysfakcji i ukontentowania.
Obiecałam jedynie, że będzie mnie widział szczęśliwą. Słowa dotrzymam.
Nie obiecałam, że będę...
Nie umiem odejść. Nie chcę!
Całą drogę do Warszawy udawałam, że śpię. Płakałam...
Pierwsza noc: Płakałam...
Wczoraj: Płakałam...
Sądzę, że na dziś zabrakło mi już łez.
Wczoraj gawędząc w milczeniu i samotności z duchem Kochanej uzmysłowiłam sobie, co w tej chwili i w obecnej sytuacji mogłoby mnie uszczęśliwić. To ostatni bastion moich marzeń skrywający to jedno jedyne... i nieosiągalne. Nie mam prawa o to prosić. To egoistyczne, samolubne i niedojrzałe. I absolutnie niemożliwe do spełnienia, ale resztką nadziei uchwyciłam się tego ziarenka jak tonący brzytwy. Jeden strzał, jedna próba, jedna szansa... Ostatnia... Ciekawe czy przewrotny los okaże się na tyle łaskawy by mi to umożliwić albo chociaż nie przeszkadzać?
Nie gdybam. Nie obiecuję sobie nic. Nie planuję.... Skończyłam z tym raz na zawsze.
Tumiwisizm...
Kochana jest ze mną, czuję jej opiekuńcze tchnienie. Bez jej pomocy nie utrzymałabym okruchów siebie w jednej kupie. I tak mam wrażenie jakbym za chwilę miała się rozpaść na milion małych kawałków, a w sklepie akurat zabrakło kleju do posklejania tej skorupy...
Wszystko się komplikuje w tempie błyskawicznym i zaczynam się czuć jak Hiob. Wali się już nie tylko tynk, wali mi się cały sufit na głowę. Mam ochotę uciec z krzykiem albo wsadzić głowę w piasek. Mam ochotę wykrzyczeć: Dajcie mi wszyscy święty spokój!
L. wraca z Londynu. Chce u mnie zostać przez tydzień. Oczywiście się zgodziłam, bo jakbym mogła odmówić?
A. okazała się dziwacznym tworem, który komentuje i ocenia moje postępowanie. Boli.
Ł. ledwie chyba wytrzymuje mój obecny nastrój.
K. znów imputuje mi, że nie wiem czego chcę. Jego zdaniem chyba powinnam przeprosić za wszystko i wrócić z podkulonym ogonem.
S. nie chce mnie ranić a rani. Kocha ale w sposób dziwaczny i pokręcony. Boli. Przyjeżdża na moje urodziny. Chyba. Pewnie zostanie do soboty.
I wszystko na raz, wszystko w jednym czasie.
Gdzie ja pomieszczę Ł., L. i S. w jednym momencie, nie tylko w mieszkaniu ale przede wszystkim w życiu i dobie.
Głupio mi poprosić Ł. żeby na tych kilka dni pojechał do K. W końcu Ł. ze mną mieszka, to tak samo jego dom jak i mój.
Głupio mi poprosić L. żeby jednak wstrzymała się z przyjazdem może... Stęskniłam się za nią ale wiem, że będzie wymagała absolutnej uwagi. Nie mam na to siły, naprawdę.
Chciałabym spędzić z S. kilka chwil sam na sam....szczególnie teraz kiedy mam wrażenie, że katastrofa gna w moją stronę z szybkością światła. Zupełnie jakby te kilka dni miało być ostatnimi dniami spędzonymi razem... Irracjonalne i głupie uczucie, które boli.
Chce mi sie wyć, chce mi się drzeć pazurami co popadnie, chce mi się rzygać tym wszystkim.
Znów kołaczę się uwięziona między tym co wypada, co powinnam a co mogę. Uparcie staram się zignorować to czego chcę.
Uciec. Biec przed siebie. W las. W drzewa. W watahę wilków. Wydobyc z gardła skowyt i poczuc się wolną.
Od wszystkiego.
Wszystkich.
Za dużo ludzi, za dużo emocji, za dużo słów.
Potrzebuję ciszy.
Milczenia.
Subtelnego szeptu drzew.
Milczenia ziemi.
Milczenia
Ciszy
Ciszy
Ciszy...
Takiej, w której zapomniałabym brzmienia swojego własnego głosu.
Takiej, w której zapomniałabym własnego imienia.
Takiej, w której zapomniałabym siebie.
Takiej... dzikiej...
Wolnej..
Mojej...
