środa, 24 listopada 2010
Upon a darkened night...
Kilka ostatnich dni mnie wykończyło psychicznie i fizycznie.
Duża ilość pracy odbierała sen, a zamieszanie w pozostałych aspektach chęć do życia. Trudno podjąć decyzje ostateczne, ale w końcu kiedyś trzeba to zrobić, prawda?
Wczorajsza rozmowa z K. rozwaliła mnie... nie, ona mnie rozpierdoliła emocjonalnie na drobniutki pył. Nie chodzi o formę, a o treść. Rozmowa sama w sobie przebiegła nad wyraz spokojnie, ale trudno o stoicyzm gdy dwoje ludzi podejmuje decyzję o ostatecznym rozstaniu. Nie będzie już psychologów, nie będzie separacji, nie będzie kłótni ani pustych dyskusji. Będzie rozwód. Bez orzekania o winie.
Sprawa ciężka dla obojga nas, bo żadne nie chce w rezultacie znienawidzić tego drugiego. Lepiej jest rozstać się teraz, gdy stać nas na 5 minut spokojnej rozmowy i wspólne wyjście na kawę, niż czekać na to by złość wybuchła nam w twarz pogrążając w powodzi wzajemnych żali i oskarżeń. To chyba najgorsze co mogę sobie wyobrazić.
Mam poczucie wielkiej porażki, swojej własnej, bez udziału drugiego człowieka. Mam poczucie straty i koszmarnie mi źle, ale wiem, że innego wyjścia nie ma. Trudno zakończyć 12 lat wspólnego bycia, jakie by ono nie było... Kawał czasu.
Rozpierdolenie emocjonalne trzyma mnie dzisiaj cały dzień. Nie jestem wyspana, cokolwiek mówię innym. Wyłam w poduszkę gdy tylko przestawałam w nocy mówić. S. ma na mnie terapeutyczny wpływ, bo potrafi mnie oderwać od myślenia tylko o jednym. Roztrząsanie abstrakcyjnego spojrzenia na człowieka jako istotę naprawdę ma znamiona leczenia. Jestem mu wdzięczna, że zadzwonił. Jestem mu wdzieczna, że pozwolił mi się wypłakać i mówić. Jestem mu wdzięczna, że później pozwolił mi milczeć. Jestem mu wdzięczna, że mogłam wpaść w rytm rozmowy tak naturalnie jak zawsze.... Dziękuję Kudłaty. :)
Prawda jest taka, że dzisiaj ledwie się trzymam, ale uparcie rano założyłam maskę z uśmiechem. Wewnętrznie wszystko się we mnie trzęsie i rozpada.
Czy jestem szczęśliwa? Nie...
Czy się cieszę? Nie...
Nie myślę w kategoriach: Będzie lepiej. Będzie dobrze. Będzie cudownie.
Chwilowo jestem pusta i wypalona w środku. Nadal nie ufam sobie. Nadal nie wierzę w szczęśliwe zakończenia i mocno podupadła moja wiara w miłość, bliskość, czułość...
Uśmiech nie sięga ani serca ani oczu... Po prostu grymas ust. Nawet S. nie jest w stanie tego zmienić. Z przyczyn, o których nie chce mi się mówić, pamiętać ani myśleć.
Po prostu myślę, że teraz będzie spokojniej... ciszej... samotniej...
Kotka, którą chciałam wziąć ze schroniska okazała się chora. Przewlekła niewydolność nerek. Czytałam troszkę o tej chorobie i nie będę mogła jej zabrać. Koty takie żyją krótko. Nie chcę by teraz znów ktoś mnie opuszczał... Moje serce by tego nie zniosło...
Pod osłoną nocy czuję się sobą...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz