środa, 24 listopada 2010

London - sooner or later...

Waga humoru nieco zelżała.
Zmęczenie dalej trzyma, ale moje myśli pochłania jutrzejszy dzień.
Lidzia.... Londyn... Karaoke xddddddddd
Nie wiedzą co czynią!

Sean zostanie dziadkiem. W życiu nie widziałam go tak roześmianego jak podczas rozmowy przez skype. Widziałam wisior, który znalazł dla S. Śliczny. Nie wiem czemu ale wygląda dziwnie znajomo. Gdzieś widziałam ten wzór...
Nie muszę pytać Seana co oznacza. Symbolika celtycka jest taka cudnie prosta :D

Uświadomiłam sobie, że nadal potwornie tęsknię, ale postanowiłam o tym nie wspominać w rozmowach z S. Dlaczego? Może tak jest bezpieczniej dla mnie? Nie będę się zastanawiać czy nie będzie mi przykro kiedy ja powiem, że tęsknię albo kocham, a w odpowiedzi napotkam ścianę milczenia. To za bardzo boli. Więc milczę ja i dławię w gardle próbujące wyrwać się na wolność słowa. Wczoraj o mało co ich nie wypuściłam. Na szczęście zęby mam mocne. I równie mocno gryzę się w język.

S. powiedział dziś, że zawsze po powrocie z O. wyję. Fakt. Masochizm? Wątpię. Raczej ból serca. Okraszony odrobinką niechęci do ruszenia dupy z tamtych okolic. Ja pokochałam park :)
I tęsknota. Za S.
Może powinnam przestać jeździć?
No dobra, to durne. Przecież wiem, ze nie ma takiej opcji. Przecież bym uschła z tęsknoty a poza tym dobrze się tam czuję. Zadziwiająco niemal jak u siebie. To dziwne, bo rzadko mnie takowe uczucie nachodzi....

Celtyckie brzmienie mnie opanowało. Cały dzień słucham Loreeny :)

Jestem podekscytowana wyjazdem. Zupełnie jakby to była szansa na odpoczynek

Brak komentarzy: