środa, 19 stycznia 2011

Ekhm...



Chris Isaak prześladuje mnie od rana. Właściwie od wczorajszego wieczora rozpoczętego oglądaniem Kamasutry. Film wprawił mnie w niegrzeczny nastrój i nie jest mi z tym źle, wręcz przeciwnie. Chwile przed zaśnięciem przypomniały mi o czymś czego starałam się unikać sama nie wiem czemu. Przecież to miłe i nie powoduje zbyt dużych skutków ubocznych. Poza dramatryczną chęcią poczucia tego jedynego, szczególnego smaku na języku, ale ja zawsze byłam dziwna.
Odkopałam swoją znoszoną spódniczkę jeansową w stylu nieco motocyklowym i ze zdziwieniem stwierdziłam, że się mieszczę! :-D Z rozpędu przymierzyłam też czarną aksamitną kieckę, która wydawała mi się za krótka. Przeprosiłam się z kozakami na obcasie, spojrzałam w lustro i powiedziałam do siebie: Welcome home, baby... Krótka konsultacja z Ł. (jak ja go lubię męczyć czasem) i humor skoczył mi o 50 procent, mimo parszywego samopoczucia fizycznego. Dlaczego o 50 %? Bo i tak miałam całkiem niezły. :-)
Bez zastanowienia stwierdziłam iż zarówno aksamitka jak i spódniczka jadą ze mną. Nawet jeżeli nie będzie mi dane ich założyć.

Dzisiaj gryzę :-)
Gryzę tak szczególnie i w sposób jedyny w swoim rodzaju.
Gryzę ciepłym oddechem, gryzę muśnięciem dłoni, gryzę miękkością ust...
Gryzę niegrzecznymi myślami.

Przypadkowa rozmowa z przypadkowo poznaną osobą zaskutkowała nie tylko fascynującą dyskusją ale i zaproszeniem na wystawę do galerii. Jednak warto się czasem do kogoś bezinteresownie uśmiechnąć :-)

Dzisiaj emocje parują ze mnie wszystkimi porami skóry, czuję się jak mała, nakręcona i tykająca bomba zegarowa. Mam ochotę nakręcić kolejny film z rodzaju tych, których nie pokażę nikomu, które mam dla siebie samej. Wystarczy mi świadomość, że istnieją, że zawsze mogę wrócić do tej chwili, że zawsze mogę nasycić tym nastrojem siebie samą. Taki mój zapas pozytywnych emocji i pasji jednego rodzaju.

Dzisiaj jest wieczór gdy najchętniej zasiadłabym seksownie ubrana do partyjki pokera przy kieliszku wina. Niestety ani wina, ani umiejętności gry w pokera nie posiadłam. A i towarzystwo, w którym najchętniej bym zasiadła jest daleko. Dlatego wystarczy mi wspomnienie tego nastroju, za duży sweter opadający z jhednego ramienia i kubek z odgazowaną colą. I gra w scrabble z kimś kogo kompletnie nie znam, z kimś kto jest jedynie bezosobowym nickiem. Niezobowiązująca konwersacja, może niewinny flirt... Coś co poprawia nastrój jeszcze bardziej i co nie wykracza poza nieprzekraczalne granice mej samej, coś co nie wkracza do mojego swiata. Tego wypielęgnowanego. Przeznaczonego tylko dla nas...

Gryzę.
Drapię.
Mruczę.
Sobie w myślach.
Śląc odbicia i echo tego wszystkiego w jego myśli.

Dlaczego?
Bo tak.
Bo mam taki kaprys.
Bo chcę.

niedziela, 16 stycznia 2011

Oczy na zapałki...

Powoli osiągam ten poziom zmęczenia, w którym zaczyna mi być wszystko jedno jakie emocje mnie otaczają. Po prostu wyczerpują mi się bateryjki, a co za tym idzie, maleje wrażliwość na bodźce zewnętrzne.

Oczy mam na zapałki a w głowie pustkę. Niebawem zacznę zasypiać na stojąco. Ten stan miewa swoje dobre strony - jestem zbyt zmęczona na durne myśli i zanikają skłonności do bezsensownych rozważań.

Dzień przerywany ziewaniem. Nie wyspałam się znów, ale zaczynam przywykać do tego stanu. Na całe szczęście nie wymagano ode mnie dzisiaj zbytniej sprawności fizycznej ani nadmiernej działalności motorycznej.

Śniadanio-obiad w Pasji Smaku pachniał strogonowem (pysznym!) i zieloną herbatą. I dyskusją o Wilkołaku :) Całkiem miłą i brzemienną w skutkach.

Sesja oszałamiająca! Bardzo mi się podobała, chcę więcej! :)

Spałam krótko, ale za to zasypiało mi się cudownie.
Tęsknię.

Dzisiejszy dzień na wariackich papierach. Dużo bieganiny, troszkę niezbyt wygodnych tematów w rozmowie z babcią, ale za to kapitalna wizyta u dziadka. Bilans na plus.

Tęsknię.
Jak nigdy mam ochotę na partię szachów.

sobota, 15 stycznia 2011

Czasem po prostu opuszczasz gardę i dostajesz w mordę.



Wprowadzenie do Wilka to był kawał niezłej zabawy, przynajmniej dla mnie.
Wieczór zdecydowanie inny niż planowany - zero kina, wina zaledwie kieliszek, "Wilk" z Nicholsonem leży odłogiem. Humor - bez rewelacji. Sporo bezsensownych słów i niepotrzebna dyskusja.
Macie czasem chęć na bieg aż do upadłego? Albo na krzyk do zdarcia gardła? Albo na uporczywe uderzanie czegoś aż się nie rozpadnie albo to coś albo Wy sami? Macie? Jeżeli tak to welcome to my world.
Dzisiaj przede wszystkim mam ochotę krzyczeć, głośno, daleko, wysoko. Krzyczeć aż zaboli mnie w klatce i zagłuszy to dudnienie w okolicy serca. Czuję się jak w klatce. W klatce własnych słabości i namiętności. W klatce własnego umysłu, który płata figle. Zdławiona chęć ucieczki i wycofania ciąży na wątrobie a dziwne szepty intuicji jeżą włosy na przedramionach. Z tyłu głowy mi łupie, że to wszystko niebawem odbije mi się czkawką, ze niektóre rzeczy nie są tym na co wyglądają i że zapętlam się w czymś co niekoniecznie jest właściwe.
Brak mi dystansu, brak mi słów, brak mi ochoty na głęboki oddech. Znów łapię się na tym, ze zakładam sztuczny uśmiech i wciskam się w szablon pt "Wszystko-jest-w-porządku" A wszystko we mnie krzyczy że nie jest. Zamykam się w szczelnym kokonie tego co powinnam. Ciało jest zbyt ciasne i kokon pęka, rozrywany przez wyrzucony z ciała kręgosłup moralny, namiętności i zazdrość. Wybuchowa mieszanka mnie samej, której nie potrafię utrzymać wewnątrz. Rozlewa się po okolicy i wywołuje pieczenie oczu. Potem pojawiają się łzy. Płyną, płyną, płyną. Zamieniają się w rzekę bez końca. A potem nadchodzi pustka. Tylko ciężar z serca nie znika.
Dzisiaj jestem przerażona. Tak do cna i bez granic. Wszystko we mnie drży i krzyczy. Przerażeniem. Bólem. Eksploduje gniewem.
Kłamstwa.
Są wszędzie.
Kłamstwa.
Wbijają we mnie swe szpony.
Nie umiem się im wyrwać.
Mam ochotę się poddać.
Po prostu.
Raz na zawsze.
Teraz.
Już...

Nie umiem pomagać.
Od jakiegoś czasu, nie umiem.
Nie mogę.
Utraciłam to.

Miotam się.

Wszystko krzyczy.

Nie jestem dla nikogo.
Nikt nie jest dla mnie.
Niosę ból.
Niosę cierpienie.
Niosę pustkę.

Świat eksploduje samotnością.

Nie wiem już czy to moje emocje, czy czyjeś.

Sama....
W ciszy łez...

Za dużo...

czwartek, 13 stycznia 2011

Retrospekcja czy nostalgia? A kogo to obchodzi.

Susie Suh wprawiła mnie w nostalgiczny nastrój. Wspominam... Ja wiem, że to nie wpływ samej muzyki, a raczej terminu. Na dniach mija rok... Wspomnienia przepływają różne, te pełne smutku i te pełne radości, chwile pełne łez i te pełne szalonego uśmiechu.
Ostatnio zaczynam zbierać i kolekcjonować chwile szczęścia, takie nowe hobby. Zbieram je sobie do pudełeczek i upycham w kątach siebie, na czarne minuty.
Dzisiejszy dzień nieco przygnębił mnie, wizyta w sądzie i złożenie pozwu nie należy do moich ulubionych czynności. Stało się. Pieczątka przybita. Teraz czekać należy jedynie na pismo z terminem rozprawy.
Po powrocie do domu pochłonęłam kilka rurek z bitą śmietaną, zapiłam piwem i zagryzłam chipsami z koperkiem, obejrzałam Wilkołaka a potem wkroczyła Susie Suh. I właśnie jedna z jej piosenek przypomniała mi o wizycie w C. Gdzieś z marca albo początku kwietnia. Jedną z najsmutniejszych i najgorszych. Sięgnęłam szybciutko po pudełeczko ze szczęściem i czekoladkę Lindt. Reakcja była natychmiastowa - endorfiny uwolniły z pamięci wizję kilku starych maili. Przegrzebałam archiwum i chwilę później wyłam ze śmiechu przypominając sobie zarówno moje reakcje na słowo czytane jak i wszystko to co temu towarzyszyło.
Nie chce mi się wierzyć, że to już rok. Zleciało szybko, obfitowało w różne emocje, umarło tyle marzeń a na ich miejsce pojawiło się tysiąc innych, rzeczywistość nabrała tak odmiennego kształtu w porównaniu z tym jaka była na początku. Rok zmian.
Rocznice to dziwne uroczystości mające znaczenie jedynie dla samych zainteresowanych. Jak pokazało moje doświadczenie, to też nie dla wszystkich. Czasami trudno mówić w ogóle o rocznicach, bo czas pocięty jest rozstaniami, zejściami, rozstaniami... Jak wtedy w ogóle można to liczyć. Ja mam swój kalendarz i swoje małe święta. Rocznica pierwszego uśmiechu dziecka przyjaciółki. Rocznica pierwszej otrzymanej od kogoś róży. Rocznica pierwszego samotnego spaceru. W terminarzu mam nawet rocznicę pierwszego popełnionego głupstwa. ;-)
Niektóre rocznice należy spędzać samotnie. Inne wręcz przeciwnie. Są także takie, które najchętniej spędza się samemu, bo tak, po prostu. Najbliższa taka dla mnie przyjdzie z końcem lutego. W ten jeden jedyny dzień w roku wsiadam w pociąg i jadę do NDM. Zaopatrzona w termos z gorącą herbatą i kanapki. Siadam przy Kochanej i rozmawiam. Zazwyczaj wracam przemarznięta i zmęczona, potem odkupuję eskapadę katarem i lekkim przeziębieniem, ale dzięki temu wszystkiemu zamieniam smutny dzień na taki, podczas którego się uśmiecham. Nie lubię tego dnia spędzać z rodziną, oni nie rozumieją kim naprawdę dla mnie była Kochana, nie pojmują że z chęcią siedzę kilka godzin na cmentarzu i mówię, opowiadam, śmieję się. Nie rozumieją, że tam i wówczas nawet drzewa szumią inaczej. Ja wiem i rozumiem. Nie spotkałam chyba jeszcze nikogo kto by to zrozumiał,
Jutrzejszy wieczór zamierzam spędzić przy dźwiękach miłej uchu muzyki, świecach i butelce wina. Bez względu na to co będzie się działo za ścianą. W najgorszym razie zrobię sobie wieczorny wypad do kina. Zamierzam się uśmiechać i miło wspominać. I marzyć. Przede wszystkim marzyć. Jutro pozwolę sobie na popuszczenie wodzy fantazji i gdybanie. Z nikim się tym nie będę dzielić, to będzie tylko moje. Zatrzymam to zachłannie dla siebie, w moim sacrum. :) Zupełnie nieważne że ta rocznica tak naprawdę, technicznie rzecz biorąc, nie jest żadną rocznicą. Przez listopad. Ale ja ten miesiąc najchętniej wycięłabym z pamięci. Przynajmniej w tym względzie. Także dla mnie osobiście rocznica, może zupełnie malutka, ma miejsce. I będę ją sobie obchodzić. Bo tak.
A plany na dzisiaj? Po obejrzeniu zdjęć przyszłego fotografa M. i przedyskutowaniu z nią kilku kwestii dotyczących wesela odetchnęłam spokojnie. Dalej zamierzam obejrzeć "Wilka" z Nicholsonem - film uwielbiam i myślę, że dobrze mnie nastroi do sobotniej sesji.
Z pozytywnych stron dzisiejszego dnia - uczyniłam duży krok naprzód, trwając w swej drodze. Poza tym przyszła wiadomość, że prezent dla S. można już odebrać. I to jest mega dobra informacja.

wtorek, 11 stycznia 2011

Śnię...

Dzisiaj jest dzień który najchętniej bym przespała. Spałam kiepsko, snem urywanym i niezbyt spokojnym, dzień zaczęłam bólem kręgosłupa. Musiałam dziwnie się w nocy zwijać. Potem kochana Era przysłała mi sms, w którym poinformowano mnie o zablokowaniu karty sim na połączenia wychodzące z powodu zaległych opłat. Oczy niemal wyskoczyły mi z orbitek, obiegły pokój dokoła trzy razy i wróciły na miejsce. Użeranie się z ludźmi z biura obsługi nie było najprzyjemniejsze, straciłam cierpliwość.... Wieczorem okazało się że wpłaty zaksiegowano, zaległość nie istnieje, ale karta zablokowana jest nadal. Hate, hate, hate... W ramach relaksu wysłałam kilka maili i obejrzałam dwie części "Księcia..." - odmóżdżające ale pozwoliło zapomnieć i zrelaksować się, prawdę mówiąc zresetowało mi myślenie. Odwiedziny A. były najmilszym elementem dzisiejszego dnia. Mimo terroryzmu Tris. :-) Obżarłyśmy się pizzą, pośmiałyśmy się, poknułyśmy... Przez chwilę nawet tęsknota przestała mnie nękać. Wpadł na chwilę A. Zawarliśmy pewien układ w odniesieniu do sesji Wilkołaka. Może być całkiem ciekawie. Przeraża mnie nieco wizja nazywania mnie przez watahę "Króliczkiem", ale.... w sumie może to być interesujące. Szczególnie jeżeli się weźmie pod uwagę moją główną wadę :-D
A&A pomknęli do domu a ja zostałam sama. Jeżeli nie liczyć Ł. i kotki. Ta ostatnia znów upodobała sobie moje łóżko, ale to mi zupełnie nie przeszkadza. Czuję się raźniej słysząc jej mruczenie.
S. milczy dzisiaj. Śnił mi się w jakimś dziwnym śnie. Nie do końca jestem w stanie go ogarnąć, nawet nie pamiętam dobrze o co chodziło. Obudziłam się po prostu z niesmakiem mentalno-emocjonalnym. Dziwna sprawa. Nie rozmyślam o tym. Po prostu zostawiam. Brak mi rozmów...
Śnię...
Dzisiaj pragnę śnić nawet na jawie, bo wtedy usypiam rozum, usypiam procesy myślowe. Śnię...

Nat King Cole, świece i kubek herbata.



Najpierw Clapton i Cocker, a teraz Nat King Cole pieści moje uszy. Świece nadal się palą, a dzbanek gorącej herbaty paruje na stoliku. Jest mi dobrze. Niemal.
Półka dalej tchnie symbolizmem i z tym mi też dobrze.
Przez myśli przemyka piosenka, którą ostatnio tak często słyszałam... Po kątach mieszkania przebrzmiewa jeszcze głos, nieco zachrypnięty, ciepły, miękki. Owija się wokół mnie i lekko pęta serce, rozkosznie muska szyję i powoduje ciche westchnienie.
Od soboty zdążyłam się stęsknić, w domu jakoś pusto i zbyt cicho, nawet Tris osowiała śpi na krześle obok. W pokoju nagle zrobiło się o kilka stopni chłodniej, do spania nagle potrzebuję też koca, poduszki przestały być tak miękkie i wygodne, ale za to zyskałam ciepłe i miłe kapcie.
Podśpiewuję sobie pod nosem mimo, że śpiewać nie umiem. Słoń na ucho nadepnął, na to nic nie poradzę, ale miłość do muzyki i śpiewu została. Staram się nie narażać innych na te okropne dźwięki i nucę sobie samotnie. Kotu nie przeszkadza, szyby nie pękają a mnie się lżej na duszy robi, gdy śpiewam. Najlepiej mi robi Hayley Westenra. Jej głos odpowiada mi barwą, jako że mam tendencję do uderzania w wysokie tony. Nat King Cole'a sobie nie pośpiewam, ale co innego.... Why, the hell, no?

niedziela, 9 stycznia 2011

Symbolika codzienności

Zasnęłam nad ranem, śniłam sen krótki acz spokojny, pełen szumiących traw i zagajnika brzozowego, pełen śpiewu ptaków i kojącej ciszy. Przespałam budzik. Dzień przywitałam temperaturą, chrypą i bólem gardła. Gripp-Heel znów uratował mi życie. Dawka uderzeniowa, krótkotrwałe 39 stopni i już czuję się lepiej.
W ramach temperaturowego odpału zrobiłam porządek w szafie.
Zwolniłam jedną półkę w szafie, na której obecnie króluje jedna bluza, para skarpetek pięciopalczastych i jedna koszulka. Symbolicznie...
Wpatruję się w nią i jakoś tak mi dziwnie. Nie, nie jest mi źle z tym, nie czuję się niekomfortowo, nic z tych rzeczy. Po prostu tak dziwnie. Z jednej strony to poważny krok, z drugiej jakoś tak mi z tym dobrze i właściwie. Tak naturalnie. To dziwna mieszanka uczuć.
Zdaję sobie sprawę, że wystarczy na tej samej półce położyć choćby jeden z moich swetrów i straci swoje znaczenie symboliczne, już nie będzie tym samym. Ale jakoś tak jak teraz jest dobrze.
W łazience na półeczce stoi dodatkowy Wilkinson, w kubeczku jest dodatkowa szczoteczka do zębów... I to wszystko nie powoduje we mnie zgrzytu, tylko poczucie że tak właśnie powinno być. To całkiem miłe uczucie.
Symbolika...
Symbolicznie mam ochotę to uczcić.
Symbolicznym łykiem szampana, którego nie mam. Zadowoliłam się herbatą z sokiem malinowym.
Tak symbolicznie....

Śmiech to zdrowie.

Rozpoczęłam terapię śmiechem. Dzięki uprzejmości sylwestrowej A&A odkryłam Whose Line... i dzięki temu zasypiam w dobrym nastroju. No dobrze, to nie jest jedyny powód, ale nie wdawajmy się w szczegóły... W zasadzie, to mniej ważny z tych powodów, ale zakończmy temat pozostawiając choćby szczątkową zasłonę tajemnicy ;-)
Niemniej jednak Whose Line i Drew Carey pomagają mi śmiać się szeroko i szczerze, aż do łez. To cudowne uczucie po miesiącach płaczu z zupełnie innymi emocjami w zanadrzu.
Od kilku lat nie robię żadnych postanowień noworocznych i ten rok nie był wyjątkiem. Jednak myślę, że jedną rzecz mogłabym rozważyć - moje nastawienie do życia. Odłączyć i wyrzucić to, co mnie ogranicza i spowalnia, zaś wzmocnić i wydobyć na światło dzienne to, co mnie uskrzydla. Czy to nie byłaby miła odmiana?
Zdałam sobie sprawę, że jestem ludziom potrzebna, jestem dla nich ważna, tak samo jak oni dla mnie, jednak to nie znaczy, że muszę uginać się pod ciężarem ich problemów i emocji. Czas na odgrodzenie się od nich w sposób bezpieczny dla mnie, traktowania tego wszystkiego co się dzieje u nich ze zdrowym dystansem, który nie zobojętnia a jedynie chroni mnie samą. Tym sposobem i wilk syty i owca cała.
Na nowo polubiłam nocne rozmowy, co prawda rzadkie ale nadal wnoszące wiele do mojego życia. Może nawet więcej niż wcześniej?
Polubiłam na nowo milczenie we dwoje - nie skrępowane a relaksujące, odprężające.
Na nowo polubiłam zapach tytoniu wieczorami i ciepłą obecność pachnącą piżmem. Na nowo przekonuję się, że mogę sobie pozwolić na komfort polegania na kimś i nie rezygnuję chociaż to nie jest łatwe zadanie i wymaga wiele wysiłku. Ale idea i cel są warte każdej ceny.
Wiem, że dzięki przełamaniu się będę jeszcze szczęśliwsza i uczynię kogoś szczęśliwszym. I będę śmiać się częściej, czyściej, mocniej. Prawdziwiej. Bez tego dziwacznego ciężaru pojawiającego się od czasu do czasu.
Śmiech to zdrowie.
Śmiech to lekarstwo.
Na wszystko.

sobota, 8 stycznia 2011

Jak nowo narodzona...

Oddycham, śpię, żyję...
W zasadzie czuję się jak nowo narodzona.
Odzyskałam wiarę i serce, na nowo uczę się słuchać i rozumieć. W duszy panuje spokój i nie wyzywam tego na górze od niedołężnych i złośliwych. ;-)
W dwa tygodnie odzyskałam wiarę w miłość i to, że może być wszystko tak jak tego chcę i potrzebuję.
W dwa tygodnie nabrałam pewności, że jestem kochana, ważna i cenna, że jestem warta każdego wysiłku i zmiany.
W dwa tygodnie wróciło mi zaufanie i potrzeba bliskości.
Dwa tygodnie...
Bóg na stworzenie świata potrzebował tygodnia.
Ja z jego pomocą odbudowałam siebie w dwa..
Stwierdzam, ze jednak cuda się zdarzają.
A S.... S. to S. Jedyny, niepowtarzalny, kochany i kochający Anioł. Mój Anioł Stróż :-)