Zasnęłam nad ranem, śniłam sen krótki acz spokojny, pełen szumiących traw i zagajnika brzozowego, pełen śpiewu ptaków i kojącej ciszy. Przespałam budzik. Dzień przywitałam temperaturą, chrypą i bólem gardła. Gripp-Heel znów uratował mi życie. Dawka uderzeniowa, krótkotrwałe 39 stopni i już czuję się lepiej.
W ramach temperaturowego odpału zrobiłam porządek w szafie.
Zwolniłam jedną półkę w szafie, na której obecnie króluje jedna bluza, para skarpetek pięciopalczastych i jedna koszulka. Symbolicznie...
Wpatruję się w nią i jakoś tak mi dziwnie. Nie, nie jest mi źle z tym, nie czuję się niekomfortowo, nic z tych rzeczy. Po prostu tak dziwnie. Z jednej strony to poważny krok, z drugiej jakoś tak mi z tym dobrze i właściwie. Tak naturalnie. To dziwna mieszanka uczuć.
Zdaję sobie sprawę, że wystarczy na tej samej półce położyć choćby jeden z moich swetrów i straci swoje znaczenie symboliczne, już nie będzie tym samym. Ale jakoś tak jak teraz jest dobrze.
W łazience na półeczce stoi dodatkowy Wilkinson, w kubeczku jest dodatkowa szczoteczka do zębów... I to wszystko nie powoduje we mnie zgrzytu, tylko poczucie że tak właśnie powinno być. To całkiem miłe uczucie.
Symbolika...
Symbolicznie mam ochotę to uczcić.
Symbolicznym łykiem szampana, którego nie mam. Zadowoliłam się herbatą z sokiem malinowym.
Tak symbolicznie....
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz