niedziela, 28 lutego 2010

Remedium na bezsenność...

Listy do Pana X tworzą się same. Po prostu piszę coś, piszę, piszę.... a tu kolejny list wychodzi, jakby ręka sama chciała wyrzucić wszystko co we mnie siedzi i powiedzieć mu. To zaczyna się robić straszne. Co będzie jeżeli ona postanowi napisać coś, co wolałabym zatrzymać dla siebie?


Szanowny Panie X.

Odwiedza Pan moje życie od czasu do czasu. Miło tak popatrzeć na Pana, gdy Pan krąży pomiędzy zdarzeniami jak między półkami w supermarkecie. Wybiera Pan, ogląda, obmacuje każdą myśl, każdą emocję, każdą informację. Zupełnie jakby Pan kupował owoc i sprawdzał, który dojrzalszy, słodszy, soczystszy...

Z pewną fascynacją zerkam zza węgła, chociaż w chwili obecnej obnaża mi Pan duszę i raczej w poczuciu skromności powinnam się schować. Tymczasem chwyta Pan w szczupłe palce nowe znalezisko. Z rozbawieniem ogląda Pan je z każdej strony i smakuje je Pan jak wyborne wino.
Wyciągam szyję by dostrzec cóż to.
Ach.
Histeria.
Moja histeria z ostatnich kilku tygodni.
Odwrócił się Pan w moją stronę i tym wstydliwym uczuciem wzniósł Pan toast. To okrutne. To okrutne, tak mi wypominać pewne rzeczy. Aż się zarumieniłam.

Przyznaję, histeryzuję nieco. Ostatnio troszkę więcej, ale nic na to nie poradzę. To z przemęczenia. Gdybym mogła się wyspać... Ech. Ale nie mogę usnąć.

Potrzyma mnie Pan za rękę?

sobota, 27 lutego 2010

Ja jestem, proszę Pana, na zakręcie...

Ludzie listy piszą, piszę i ja, a że ich nie wysyłam to już całkiem inna historia... A nie wysyłam ich bo nie jestem pewna czy wszyscy by sobie życzyli dostać te wiadomości albo nie znam adresu, czasem po prostu powstają pod wpływem chwili... jak ten do Pana X.


Szanowny Panie X.

Wszedł mi Pan do życia jak do sklepu. Powiedział: "Poproszę połowę myśli, ćwierć duszy i garść zaufania". Zapłacił Pan i wyszedł, a sprzedawczyni już wciągnęła Pana na listę stałych klientów otwierając rachunek kredytowy bez limitu. Powinnam się od Pana uczyć...

Wczoraj wieczorem słuchałam Jandy. Mówiłam Panu, że jest genialna? Ja byłam tam, Pan gdzie indziej, a mimo to moje myśli oscylowały wokół Pana jak ćmy wokół lampy. Czy Pan nie wie jaki to nietakt wobec boskiej Krysi i jej "Kobiety zawiedzionej"? Byłaby szczerze oburzona wiedząc, że słuchając jej myślę o niebieskich migdałach (Właściwie o Pańskich oczach i uśmiechu, ale nie wyprowadzajmy jej z błędu. Niebieskie Migdały brzmią tak egzotycznie, a wielka K.J. mogłaby nie zrozumieć mojej fascynacji Pana fizjonomią)

"A ja jestem, proszę Pana, na zakręcie.
Moje prawo to jest Pańskie lewo.
Pan widzi: krzesło, ławkę, stół,
a ja - rozdarte drzewo..."

Mogłabym zaśpiewać tak Panu, ale wcale nie jestem pewna czy w sprzętach domowych nie zobaczyłby Pan kawałka Puszczy Amazońskiej. Widzi Pan stanowczo zbyt dużo.

Ja jestem, proszę Pana, na zakręcie. Boję się zrobić krok w przód, nie chcę robić kroku w tył. A Pan?
A Pan raz mnie kusi z dali przede mną, zaś innym razem nawołuje zza pleców sugerując odwrót. Już mi się w głowie kręci od tego.

Dlaczego nie powiedział Pan, że lubi taki zamęt?

Poszlibyśmy na karuzelę....

czwartek, 25 lutego 2010

Trwać, tak po prostu być...

"Och, miłości moja, tęsknię za tobą, tę tęsknotę jak ból czuję w skórze, w gardle, z każdym oddechem mam uczucie, jakbym wdychał pustkę w piersi, w których już cię nie ma..."

Tak w swojej "Grze w klasy" pisał Julio Cortázar.

Tęsknię. Boleśnie tęsknię. Aż do utraty tchu.
Nie lubię 25 lutych. Od pewnego czasu ich nie znoszę. Odkąd Kochana odeszła...

Całą noc nie spałam, znowu...

Tęsknię za Kochaną.
Tęsknię za jej ciepłem i cierpliwymi ramionami, w które uciekałam ilekroć życie bolało.
Tęsknię za jej łagodnym uśmiechem i spokojnym oceanem słów, jakim mnie obmywała, gdy brały mnie nerwy.
Tęsknię za kojącym dotykiem jej dłoni, którymi osuszała mi łzy.
Tęsknię za jej jasnym uśmiechem, który rozjaśniał nawet najbardziej ponure dni.
Tęsknię za jej mądrym spojrzeniem, które widziało wszystko na wskroś.
Tęsknię za jej bystrym umysłem, pełnym dobrych rad i dobrych słów dla każdego.
Tęsknię.

Dzisiejszy wieczór otulona w ciepły koc i zaopatrzona w zapas świeczek, najchętniej spędziłabym przy jej obecnym łożu. Wśród kwiatów, liści, niepowtarzalnego zapachu miejsca wiecznego spokoju. Ułożyłabym się opierając policzek o zimny kamień.
I trwałabym.
Ciągle i niezmiennie.
Wpatrując się w płomień świecy.
A potem kolejnej.
Całą noc...
W ciszy.

Tęsknię za Kochaną. Najdroższą mi. Najukochańszą. Za Aniołem. Moim. Jedynym. Tym, który zawsze miał dla mnie czas.

Nie chcę rozmawiać.

Miałam nadzieję nie tęsknić. Planowałam iść na koncert Moodlight, którego managerem jest Jacek. Nie mogę. Pójdę i będę siedzieć płacząc. Przy tych wszystkich ludziach. Nie mogę. Planowałam się uodpornić na tęsknotę. Nie umiem.

Dziś nie chcę marudzenia. Nie chcę pretensji. Nie chcę rozmów. Chcę milczenia. Wyrozumiałego i bezpiecznego. Jeśli potrafisz spędzić z kimś pół godziny w zupełnym milczeniu i nie czuć przy tym wcale skrępowania, ty i osoba ta możecie zostać przyjaciółmi.
Potrzebuję. Pragnę. Przyjaciela. Dzisiaj. Pragnę jego ramion i milczenia. Pragnę jego cichego towarzystwa w drżącym blasku świecy. Pragnę by nie krzywił się na moje łzy i nie pytał co się stało. Pragnę by był, by trwał. Ze mną. W bezpiecznej ciszy. Bez rozedrgania. Po prostu...

Tymczasem zamknę się sama w pokoju, zapalę świeczki dla Kochanej, naleję nam obu wina, mimo że ona nigdy nie piła. W milczeniu przerywanym "Ciszą", otulona kocem będę prosić o oddech. Spokojny i krzepiący. Będę prosić o duszę. Taką, która trwać będzie z moją duszą ramię w ramię. Taką, która będzie. Po prostu...

Jak ja...

Pamiętam...
Kochaną...
Pamiętam ją radosną, gdy trzymając mnie za rękę szła na targ. Pamiętam zmęczoną, jak gładziła mnie po włosach, po swoim ciężkim dniu pracy. Pamiętam jak czarowała w kuchni, dosypując do garnka kolejne przyprawy. Pamiętam każdą kolejną zmarszczkę, którą witała z cichym śmiechem, uważając, że dodają jej piękna.
Pamiętam ją z twarzą wykrzywioną bólem, gdy rak zjadał ją od środka i wyciskał powietrze z płuc. Pamiętam ją płaczącą bez słowa skargi. Płakałam z nią. Ukradkiem. By nie widziała.
Pamiętam ją wtuloną we mnie, gdy gasła powoli z maską tlenową na twarzy.
Bez słów.

Nigdy się nie skarżyła. Nigdy nikomu nie powiedziała złego słowa. Przez małe gesty każdego dnia pokazywała jak bardzo nas kocha. Płakała na boku, w kącie. Nie chciała sprawiać kłopotu. Uważała, że i tak już mamy za dużo na głowie.
Była mi bliska, często bliższa niż własna matka. Nie chodziło o to, że rozpieszczała do granic możliwości... Ona po prostu z całą łagodną cudownością prowadziła przez ścieżki życia nie pozwalając upaść i zabłądzić. Nauczyła mnie wiary w ludzi, w to, że w każdym można znaleźć coś pięknego. Nauczyła mnie, że każdemu należy się szansa, że nie wolno nikogo skreślać ostatecznie. Nauczyła mnie nie oceniać ludzi powierzchownie, patrzeć głębiej, szukać w sercu. Nauczyła mnie wdychać zapach wolności unoszący się nad Narwią. Nauczyła doceniać to, co wokół nas. Nauczyła mnie czuć prawdziwie. Nauczyła mnie przekuwać porażki w coś wartościowego, w naukę dla siebie. Nauczyła, że na wszystko przychodzi czas, że na nic nie jest za późno. Nauczyła mnie żyć.
Uwielbiam ją. Była wyjątkowym człowiekiem jakiego nie spotkałam nigdy przed nią i nigdy po niej.

Kochana...
Jak można pomieścić w sobie,
Tyle troski, ciepła i miłości.
Jak można podarować innym,
Tyle uśmiechu, dobroci, radości.
Jak można zdobyć zdolność,
By w trudnych chwilach
nieść pociechę.
Jak można,
powiedz Babciu,
stać się jak Ty,
cudownym człowiekiem?

Mówią, że mam jej charakter. Chciałabym. Niczego w życiu nie pragnęłabym bardziej niż być jak ona.
Irenka.
Babcia.
Kochana.

Pozostała tylko czerwona świeża róża w wazonie i laurka z napisem: „Kochanej babci…”

środa, 24 lutego 2010

Sprostowanie

Są rozczarowania przynoszące zaszczyt tym, którzy są ich przyczyną.

Jedno takie przeżyłam. Może nawet nie tyle rozczarowanie ile nieporozumienie, które stało się moim udziałem. Jak zwykle coś opacznie zrozumiałam.
Przepraszam Kudłaty, że posądziłam Cię o brak zaufania. Myliłam się. Cholernie się myliłam.

Zaufanie jest czymś tak pięknym, że nawet największy oszust odczuwa pewien szacunek dla tego, kto go nim obdarza.
Byłam nie tyle wściekła ile zbyt rozżalona by to dostrzec. Słowa, które zrozumiałam na opak bolały.
Dobrze, że tym razem zamiast się dać ponieść swoim emocjom, zgodnie z Rozumem i Sercem, wstrzymałam się od wybuchu i porozmawialiśmy.

Niewyspanie jest jedyną wadą rozmów z Tobą.

A do tej konkretnej rozmowy mam jedno słowo komentarza: Dziękuję...


Połówko jabłka... z ogonkiem ;-)

niedziela, 21 lutego 2010

Każda łza uczy nas jakiejś prawdy.

Dlaczego płaczemy?
Czasem z radości, czasem ze smutku, a czasem bez powodu płaczemy. Przez łzy wyrażamy to co czujemy. Nierzadko jest to ból, gorycz i smutek. Płaczemy w chwilach narodzin i chwilach śmierci. W ważnych momentach, często brak nam słów, a jedyne co potrafimy wyrazić, to płacz. Bardzo często płacz jest uznawany za naszą słabość i przejaw bezradności. Płaczemy w chwilach kryzysu bo czujemy, że nic już się nie da zrobić, a jedyne co nam pozostało to właśnie łzy.
Niegdyś w chwili zagubienia otrzymałam mailem niecodzienną wiadomość, która mnie wzruszyła. Krótka opowiastka o kobiecych łzach, o ich naturze...
"Dlaczego płaczesz? - młody chłopiec zapytał swą mamę.
- Ponieważ jestem kobietą, odpowiedziała mu.
- Nie rozumiem, odpowiedział. Ona go przytuliła i rzekła: ...i nigdy się nie dowiesz, ale nie martw się to normalne.
Później chłopiec spytał swojego Ojca, dlaczego Mama płacze bez powodu? - Wszystkie kobiety płaczą bez powodu. ...było to wszystko co mógł mu odpowiedzieć. Mały chłopiec urósł i stał się mężczyzną i wciąż nie wiedzą dlaczego kobiety płaczą. Nareszcie uklęknął złożył ręce i zapytał: Boże... Dlaczego kobiety płaczą (tak łatwo)?
A Bóg mu odpowiedział...
- Kiedy tworzyłem kobietę postanowiłem ją uczynić wyjątkową. Stworzyłem jej ramiona na tyle silne by mogła dźwigać ciężar całego świata! Dałem jej nadzwyczajną siłę, pozwalającą jej rodzić dzieci jak również znosić odrzucenie, spowodowane czasem przez jej własne dzieci! Dałem jej stanowczość, która pozwala jej na opiekę nad rodziną i przyjaciółmi.Niestraszna jej choroba! Stworzyłem ją wrażliwą, aby kochała wszystkie dzieci, nawet wtedy, gdy jej własne ją bardzo skrzywdzą!
Dałem jej siłę, aby opiekowała się swoim mężczyzną mimo jego wad, Zrobiłem ją z żebra mężczyzny, tak, aby chroniła jego serce! Dałem jej mądrość, aby wiedziała, że dobry mężczyzna nigdy nie skrzywdzi swej kobiety. Czasem jednak testuje jej siłę i wytrwałość w wierze w niego. Na sam koniec dałem jej również łzę do wypłakania. Jest to jej jedyna słabość! Jeśli kiedyś zobaczysz, że płacze, powiedz jej jak bardzo ją kochasz i jak wiele robi dla innych. I jeśli nawet wciąż płacze, sprawiłeś, że poczuła się lepiej."

Nawet po tych kilku latach lubię wracać do tych słów i przez chwilę zatrzymać nad nimi.
I zawsze patrzę na ostatnio minione tygodnie z pytaniem: Dlaczego płakałam? Każda łza uczy nas jakiejś prawdy, czego więc nauczyły mnie moje?

Spojrzałam wstecz. Łez było dużo, ale nie jestem przekonana czy wszystkie nauczyły mnie czegoś. Jednak znajdą się dwie, które na pierwszy rzut oka mnie napadły.
Obie dotyczą zaufania i przyjaźni. Te dwa aspekty po sprawie z Paulem splotły się w jeden nierozerwalny węzel. Swój mały węzełek doplótł też Kudłaty. Obaj przypomnieli mi dwie sentencje łacińskie. A nauki płynące z obu przerażają mnie i usilnie staram się ich nie łączyć.
Paul potwierdził starą prawdę: Qui saepenumero nos per fidem fefellerunt, eorum orationi fidem debere non habemus. Mieli rację starożytni, twierdząc, iż nie powinniśmy darzyć zaufaniem tych, którzy nas często w tym zawiedli. Moja naiwność i wiara w to, że każdemu należy się druga szansa, kolejny raz podcięła mi nogi. Upadłam, potłukłam sobie tyłek, podniosłam się i pójdę dalej. Bez Paula i jego prawd życiowych. Następnym razem, gdy pojawi się w okolicy strzelę do niego ze śrutówki. Jak do Panny Rozpacz.
Kudłaty nie uzurpował sobie prawa do potwierdzenia łacińskich powiedzonek. On zadał im kłam. Do tej pory żyłam w błogim przeświadczeniu, że zaufanie to rzecz obopólna. Habita fides ipsam plerumque fidem obligat. Otóż nie. W kilku bardzo treściwych słowach dowiedziono mi w jakim błędzie tkwiłam. Chylę czoła przed przeprowadzeniem tak sprawnego i przekonującego obalenia twierdzenia funkcjonującego od lat. Powiedziałam, że postaram się o tym pamiętać. Kolorowałam. Ja Z PEWNOŚCIĄ to zapamiętam i będę miała na uwadze. Dlaczego? Bo mam dobrą pamięć. Bo to coś co mnie... nawet trudno mi się do tego ustosunkować. Zabolało? Chyba nie. Zirytowało? Nawet nie... Sprawiło przykrość? Owszem... Dało nauczkę? Do końca życia... Słowa "Jesteśmy przyjaciółmi", które kiedyś padły, nagle zyskały nowy wymiar, lecz czy zyskały również głębię? Z całą pewnością nie. Bo przecież w tym wszystkim nie ma wyjątków... Po prostu, naiwności moja, kolejny raz dostałaś po nosie ;) Lepiej wcześniej niż później.
Amicum laedere ne ioco quidem licet, więc nawet przez myśl mi nie przemknął żaden komentarz. ;-)
In amicitia nihil fictum est, nihil simulatum et quidquid est, id est verum et voluntarium. I to ostatnie sprawia, że mój stosunek i moje poglądy się nie zmieniły. I mimo wszystko doceniam szczerość tej chwili obalania mitów. Wstrząśnięty niedawnym odkryciem Rozum nawet nie analizuje rozmów poprzednich, nie zastanawia się nad tęsknotami i bezinteresownością zachowań. Wierzy. Przyjmuje rzeczy takimi jakie są, nie doszukuje się ukrytych znaczeń. Po prostu...
Tylko gdzieś na dnie, skryte za mostkiem, głupie Serce szepcze: Czy można zaufać komuś kto nie ufa Tobie?

piątek, 19 lutego 2010

Bhí mé leat

Ja to ty

Wysłuchaj mnie, bo ja to ty
Choć pewnie trudno ci uwierzyć
Że ty i ja, że ja i ty
Tak wiele mamy wspólnych przeżyć

Słuchając mnie o sobie słuchaj
Bo więcej łączy nas niż dzieli
Więcej tu pokrewieństwa
Niż my sami tego chcieli

Opowiedz mi, opowiedz
Opowiedz mi wysłucham cię
Opowiedz mi o sobie
A ja słuchając zdziwię się
Jak wiele mnie jak wiele mnie
Jest w tobie
Wiele mnie ...
Jak wiele mnie jest w tobie
Wiele mnie …

/Indios Bravos/


Czasem życie płata nam przedziwne figle. Rozum poszedł spać, Serce przysiadło się do mnie na swoim zydelku i nuciło melodię. Rozpoznałam Indios Bravos. I mimo całego szacunku dla Serca, to jednak wolę oryginalny głos Gutka. Ale nie idzie mi o teraz o zdolności wokalne Serduszka. Idzie mi o treść piosenki. Niezwykle rzadko zdarza się byśmy na swej drodze spotkali kogoś komu moglibyśmy zadedykować powyższe słowa. Ja miałam w życiu szczęście. Spotkałam dwie. Jedna odeszła wiele lat temu. Druga żyje, oddycha, śmieje się... I nie chce słyszeć, że jest MAC. Bo to ją, tę osobę, rusza, rozczula, drażni, nie zgadza się ze mną (*niepotrzebne skreślić).

Poza tym w moim życiu jakiś czas temu pojawił się Pan X. Ważna dla mnie persona. Dlaczego? A niechże to pozostanie moją tajemnicą.... :-))))) Grunt, że wywołuje uśmiech na mojej gębie.

czwartek, 18 lutego 2010

Bo we mnie jest seks.... - czyli zróbmy rachunek sumienia.

PMS przeminął z wiatrem, przynajmniej do następnego miesiąca, a we mnie znów narasta to coś...
Seks, namiętność, pasja - to wszystko przeplata się we mnie, kotłuje a potem absorbuje mi myśli.
- Co we mnie siedzi takiego? - zapytałam kiedyś Agunię, gdy po raz 1345 rozkładałam siebie na czynniki pierwsze (a właściwie nie siebie, tylko moje relacje z ludźmi). Aga spojrzała na mnie i z pełną powagą rzekła
- Siostra, Ty jesteś Skorpionicą... - i wróciła do picia herbaty.
Zupełnie jakby to wszystko miało wytłumaczyć.
Innym razem w pizzerii na Dworcu Centralnym w Warszawie, siedząc z Wojtkiem przy kawie, gdzieś w krótkiej przerwie pomiędzy jego pociągami (głupie PKP!) usłyszałam: - Bo w Tobie się łatwo można zakochać.
Powtórzę w odpowiedzi cytując jedno z najczęściej powtarzanych przez Szymona słów: BZDURA!
We mnie ludzie się nie zakochują. Można się mną zafascynować, zaintrygować, można mieć ochotę mnie udusić, ale nie zakochać...
Dlaczego? Już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż jestem istotą dziwną. Jak kosmita. Nie mam tylko zielonej skóry i wielkiej głowy z czułkami. O aspektach estetycznych mojej fizjonomii trudno mi mówić, bo z natury jestem zbyt samokrytyczna. Wbrew pozorom. Spróbujmy jednak...
Pierwsze wrażenie, to dla tych płytkich jest ostatnim. Dlaczego? (to moje ulubione słówko)
Ponieważ Ci płytcy potrafią spojrzeć jedynie na formę, a gdy ta im się nie spodoba nie wnikają głębiej, nie doszukują się więcej. A moja forma jest gruba. Nie bójmy się tego słowa.
Jestem gruba. Proporcjonalna przy tym, to fakt, ale nadal gruba. Mówiąc, że lubię moje ciało, skłamałabym. Toleruję je (poza niektórymi rejonami, które na serio uwielbiam xD ). Mówiąc, że go nie lubię, również łgałabym jak z nut.
Mam grube nogi z równie potężnymi łydkami, szerokie biodra i nieduży brzuszek. To są te rejony, których w sobie nie lubię.
Jest pupa z dużymi acz zadziwiająco umięśnionymi pośladkami - zaświadczyć może ten, kto chociaż raz próbował mnie uszczypnąć mnie w tyłek! ;-)))))))) Wyżej zaczynają się miejsca, które w sobie lubię.
Piersi... Dawno, dawno temu T. w przypływie szczerości wyznał, że o moich piersiach można napisać poemat. Potem wygłosił coś na kształt zabawnej fraszki, która spowodowała, ze atak śmiechu o mało co mnie nie zabił. Ale to nie jest istotne. Ważne natomiast jest to, jakie właściwie one są. Spore całkiem... Duże.... Gigantyczne... To określenia, których bym użyła. Ciężkie... i niewiarygodnie wrażliwe. Uwielbiają pieszczoty i nie lubią być pomijane. Kłócą się ze mną o staniki, bo lubią dobrze wyglądać. Lubię je w sobie.
Kontynuujmy spacer - kolejnym przystankiem jest szyja i ramiona. Gładka skóra, kilka pieprzyków... Wrażliwość w skali 1 do 10? Jakieś 8.
Wyżej jest już jedynie głowa.
Zaokrąglona acz raczej łagodna twarz.
Usta w sam raz. Pełne, miękkie, nie za duże, nie za małe. Lubiące naturalność. Szminki nie uświadczysz na nich, co najwyżej ochronną albo błyszczyk.
Zgrabny nosek. Na nim piegi. Lubię te małe pocałunki Słońca. Nie rozumiem zupełnie jak można chcieć się ich pozbyć? One nadają twarzy takiego urokliwego wyrazu.
Schowane za okularami oczy. Te lubię chyba najbardziej. Lubię ich kształt, - całkiem regularny. Lubię ich kolor - zmienny i zależny od nastroju. Lubię ich wyraz - są szczere i znaleźć w nich można każdą emocję, która mnie ogarnie. Okolone całkiem normalnymi i przeciętnymi rzęsami...
Włosy - na głowie mam ambaras. Zmieniam kolor włosów i fryzurę zależnie od nastroju i fazy księżyca, także nie warto się nimi zajmować.
Warto za to zajrzeć pod czaszkę. Tam znajduje się Mózg. To królestwo Rozumu, który nie lubi gdy mu się przeszkadza. Wybaczcie, więc, że do środka mu zaglądać nie będziemy. Grunt, że mózg jest najbardziej erogenną częścią mnie. Wszystko ma swój początek tutaj.
Zakończyliśmy spacer po moim fizycznym JA. Tym, które możecie dostrzec na Dzień dobry. Jeżeli ktoś nie zatrzyma się by pogrzebać głębiej - jego strata :-) Bo to co w sobie lubię zaczyna się głęboko pod powierzchnią - Osobowość.
Jestem Skorpionicą i nie jestem pozbawiona przywar tego znaku. A jakie w ogóle są te Skorpionice? Po małym reaserch'u w sieci udało mi się zsyntetyzować informacje i wyszło mi takie cuś:

KOBIETA SKORPION

Pierwsze wrażenie? Jest tajemnicza. Do perfekcji opanowała więc sztukę milczenia, które mówi wszystko. Gdy spotyka mężczyznę, który budzi jej ciekawość, wrażenie, jakie to na niej robi, objawia się tylko lekko dostrzegalnym poruszeniem. Nie ma w zwyczaju się spieszyć. Instynkt drapieżnika mówi jej, że nie powinno się przedwcześnie zdradzać swoich zamiarów. Lekceważąco odnosi się do banalnych sztuczek - zalotnych uśmiechów i zakładania nogi na nogę. Gdy znajduje się w towarzystwie takich kobiet, stanowi do nich silny kontrast. Jej metoda okazuje się skuteczna. Mężczyzna odbiera wyzwanie czując, że musi podjąć ten niemy dialog, jeśli nie chce okazać się małym chłopcem.

Jest zdolna do wielkich namiętności. Nie celuje dla zabawy w różowe, emaliowane serduszka. Jej strzały są prawdziwe i wbijają się głęboko. Kontakty z mężczyznami motywowane są emocjami i głębokimi potrzebami. Nie zna letnich uczuć. Albo pochłaniają ją całkowicie, albo wcale. Pożąda i nienawidzi. Kogo zaś pokocha, pragnie posiąść na zawsze. Nie ma określonego typu mężczyzny, który jej się podoba. Nie ma znaczenia jaki kolor mają jego oczy, czy nosi garnitur czy sweter. Ważne jest to coś, co sprawia, że chce poznać go bliżej. Nie zawsze dowierza intuicji, pragnie wiedzieć o nim wszystko, czytać w jego sercu. Nie chciałaby oddać serca człowiekowi powierzchownemu lub co najgorsze tchórzliwemu. Kto chce zaskarbić sobie jej względy musi udowodnić, że stać go na wiele. l jeszcze jedno. Nie powinien nigdy próbować zabawiać jej opowieściami o swoich miłosnych podbojach. Nie ma ochoty dzielić z nikim miejsca ani w jego sercu, ani pamięci!

Nie istnieje dla niej miłość platoniczna, ale erotyczne pasje nie mają nic wspólnego z obsesją. Różnią się od niej tym czym znawca kuchni odróżnia się od pospolitego obżartucha. O ile pierwszy potrafi zachwycić się wykwintnością dania o tyle drugi rzuca się na pierwsze lepsze jedzenie powodowany wiecznym ssaniem w żołądku. Ona jest mistrzynią celebracji. Noc z nią zaczyna się od pobudzenia apetytu - prowokacyjnych pieszczot, śmiałych, budujących napięcie, ale jeszcze nie obiecujących dalszego ciągu. Dopiero, gdy naprawdę zachce posunąć śle dalej, gra ciał zaczyna się na dobre. Pełna niespożytej energii i zmysłowości, kocha się z zapamiętaniem i determinacją z jaką zdobywa się szczyty.

Życie z nią prowadzi do nieba lub piekła. Zanim ktoś postanowi ruszyć w drogę niech przeczyta co napisane jest na drogowskazie! Jej dewiza to "wszystko" albo "nic". Zdarza jej się więc "zużyć" kilku mężów udowadniając to światu. Przeszkodą w jej drodze do szczęścia jest zaborczość i przesadna emocjonalność. Szczęście to dla niej stan trudno osiągalny, oznacza bowiem sytość uczuć, ufność i spokój, czyli to wszystko co jest jej z gruntu obce. Woli bawić się w wojnę i pokój, przechadzać się wśród beczek z prochem. Jej związki z partnerem bywają trochę zbyt intensywne. Zwykle zbyt wiele daje by łatwo się zadowolić. Prowadzi życie pełne wzlotów i upadków i pełną determinacji walkę o dominację. Jak każdy szanujący się drapieżnik, stara się być arbitrem, a nie niewolnikiem swoich pożądań. Emocje, nad którymi nie panuje niszczą ją. Na szczęście ma silną osobowość. Przywiązuje się do mężczyzny, którego szanuje i podziwia, a jej podziw nie zależy od urody, ani stanu konta. Trudno jest jej pogodzić się ze zdradą lub brakiem lojalności. Jeśli ktoś ją zawiedzie już nigdy nie jest tak jak było. Krainę gorących uczuć od lodowatej obojętności dzieli przepaść cieńsza niż włos...

Oto mój obraz według tego co znaleziono w ogólnie dostępnych źródłach. Wirtualnie stworzony portret. Zadziwiająco prawdziwy...





środa, 17 lutego 2010

Bo jest paru ludzi, ogień i Venus :-D

No dobrze. Przetrawiłam wszystko. Kotłowało się to we mnie kilka dni i nareszcie dojrzało do narodzin. Już bez bólu.
Zostałam zraniona i sprzedana. Zdradzona i oszukana. Zdarza się. Przykre, ale zdarza się.
Bolało jak cholera, ale trudno żeby nie bolało kiedy po kilku latach ktoś ci wydziera kawał serca i na twoich oczach wyrzuca do kosza.
Paul to zrobił. Zawiódł na całej linii, zachował się jak ostatni cham i kawał ...piiiiiiiii... (Obiecałam nie bluźnić. Moje małe postanowienie). Musiałam to przeboleć. Co prawda przez te moje bóle porodowe nieźle dałam w kość innym, za co przepraszam.
PRZEPRASZAM! * Kaja się, pada do stóp, piecze sernik, chociaż to post. *
Obiecuję poprawę i przestaję już zachowywać się jak ostatnia sucz.
Chwilowo wracam do korzeni, czyli odkurzyłam płyty zespołu o wdzięcznej nazwie IRA.


Pięć po dwunastej więc pora już wstać
Dzień mocno chwycić nim on złapie mnie
Otwieram oczy i biorę się w garść
Nie ma czym przejmować się

Bo jest paru ludzi
Bo jest parę w życiu dobrych chwil
Bo jest parę złudzeń które warto mieć by żyć
Choć raz, tylko raz, tu na ten świat
Bóg nam pozwala przyjść
Zawsze lepsze coś niż nic

W kieszeni pusto czyli bez zmian
Nie będę przecież ganiał jak pies
Czy sięgnę nieba czy sięgnę do dna
Wszystko do przeżycia jest

Bo jest paru ludzi...

Z bagażem pełnym snów
Po wszystko i po nic
Wyruszam dziś donikąd znów
Lecz zawsze warto iść

Przez dzień do nocy, od nocy po dzień
Bez planów życie to cały mój plan
Mieć mogłem więcej, mam za to dziś mniej
Nie bój się wystarczy nam

Bo jest paru ludzi...
Otwieram oczy i biorę się w garść

wtorek, 16 lutego 2010

An fhoghlaim mé riamh?

Czy ja się kiedykolwiek nauczę? - zapytałam dziś siadając z Panną Melancholią do herbaty. Pan Rzeczywistość zaszył się w kącie z talerzem pełnym pierogów z kapustą i postanowił jawnie nas ignorować. Rozum i Serce poszli na spacer stwierdzając, że po dzisiejszym dniu potrzebują wytchnienia.
A ja zostałam z Panną Melancholią i jej zieloną herbatą pachnącą różą. A wraz z nią czekała na mnie Panna Refleksja, milcząca od dni kilku.
-Czy ty nie przesadzasz aby?- zapytała cichym i szeleszczącym miło głosem
-Czy ja przesadzam? - zapytałam oburzona - Ja? Przesadzam? - nie dowierzałam własnym uszom - Przesadza to się kwiatki wiosną - odgryzłam się jej, ale ona niewzruszona pokiwała tylko głową z politowaniem.
-Oczywiście, że przesadzasz, Justyna. Pomyśl nad tym- na takie dictum zamilkłam. Miała rację. Przesadzałam. Ja wiem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni w związku z tym dlaczego jeden kłamliwy gad wychowany na mej własnej piersi miałby zachwiać moje zaufanie do ludzi? A jednak. Zachwiał. Świat zadrżał w posadach, a ja się zaczęłam zamykać. Niepotrzebnie.
Ja wiem, że wszystkiemu są winne te cholerne hormony. Hormony i ból. Przeklęta biologia, fizjologia i metafizyka. Dlaczego metafizyka? Nie wiem. Tak mi do koszyka przekleństw wskoczyła...
Wojti powiedział wczoraj, że nie wierzy iż Curie-Skłodowska odkryła rad gdy miała okres. To nie mogłoby mieć miejsca bowiem kobiety z okresem tracą zdolność racjonalnego myślenia. Patrząc na moje zachowanie rozszerzyłabym to jeszcze o grupę kobiet z PMS.
Zróbmy checklistę i zobaczmy czy kwalifikuję się do określenia: jędzowata wariatka z piekła rodem.
1) kompletny brak zdolności racjonalnego myślenia-------- V
2) zachowania histeryczno-paranoidalne ------------------ V
3) niekontrolowane wybuchy płaczu ---------------------- V
4) równie niekontrolowane wybuchy śmiechu ------------- V
5) strojenie fochów ---------------------------------------- V
6) hodowanie much w nosie ------------------------------ V
7) awersja do pizzy pepperoni --------------------------- V
8) usilne próby zrobienia sobie dwóch kucyków mimo zbyt krótkich włosów------- V
9) przyjaciel twierdzi że go przerażam -------------------- V
10) przyjaciel nie-nazywa mnie tępą kurwą a ja się nie oburzam tylko zgryzam w sobie ----- V
11) obsesyjne wmawianie sobie że jestem do niczego ------------ V
12) równie obsesyjne wmawianie sobie, że jestem jeszcze bardziej do niczego ------V
13) niepohamowana potrzeba przytulenia się ----------------- V
14) siedzenie w ciemnym pokoju z 13 zapalonymi świeczkami -------- V
15) ........ jeżeli zacznę wymieniać wszystko, z całą pewnością zabraknie mi miejsca.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Ostatnio zachowywałam się jak wariatkowa jędza z piekła rodem.
Wybuchy złości, zazdrości, przygnębienie i depresja.... A to wszystko przez PMS. I okres. I wystarczyła jedynie maleńka kropelka w postaci biurowej suki i zdradliwego znajomego by kompletnie wyrzucić mnie z miłego, ciepłego gniazdka, które sama sobie uwiłam.
To PRZERAŻAJĄCE.
Ale bardziej przerażająca jest chyba lawina, z jaką wszystko potoczyło się potem.
Musiałam chyba sięgnąć dna by zauważyć co się ze mną dzieje.
Sięgnęłam
Dna wanny.
Pomogło.

poniedziałek, 15 lutego 2010

"Cisza" - jak pożegnanie...

Czuję się fatalnie.
Świat wydaje się dziś boleśniejszy niż zwykle. Ja zaś mniej cierpliwa. Tonę w tym bólu odczuwając go każdą cząstką siebie.

"Cisza" boli.
Dostałam ją na odprężenie, a tymczasem wyję przy niej.
Piosenka jak piosenka. Głos Krzysia Cugowskiego jak zwykle przyprawia o ciarki. Ale dziś....
Serce wali jak oszalałe. Słowa dźgają moje jestestwo. Dlaczego?
Brzmią dziś jak pożegnanie. Nie wiem czemu. Po prostu.
Moje obolałe ja dziś tak to odbiera.
Może dlatego , że znów serce mi krzyczy ciszą?

Kilka dni temu, Agunia coś mi uświadomiła. Nawet mi nie wstyd, że się z nią zgadzam. Ja się ZGADZAM. Całą sobą. Najmniejszą komóreczką. I wcale mnie to nie przeraża. A może powinno? Kobieta....
Bez żadnych wyrzutów sumienia.
Kobieta....
Kobieta?
Nie czuję się kobietą.
Nie dziś. Nie teraz.
Teraz jestem bólem.
Ciszą.
Ciszą, która boli.
Słowami.
Słowami, które bolą.
Jestem uosobieniem bólu, jego źródłem i celem.
Pragnę...
Pragnę ciepła rąk.
Pragnę ciszy, która koi.
Pragnę spokoju, który obejmie mnie z kołyszącym szeptem.
Pragnę kubka ciepłej, zielonej herbaty z jaśminem.
Pragnę zapachu waniliowego tytoniu na moim swetrze.
Pragnę masażu stóp.
Pragnę frytek z lodami śmietankowymi.
Pragnę ciepłego oddechu przy moim uchu.
Pragnę miękkiego futerka Luny ocierającej się o policzek.
Pragnę słów, które powodują że się uśmiecham.
Pragnę...

Pragnienia mnie relaksują.
Zajmują Rozum.
Zajmują Serce.
Dają chwilę dla siebie.

Krzyś Cugowski nadal brzmi jak pożegnanie... ale już nie płaczę.
Zatapiam się w swoje pragnienia powtarzane jak litanię.
To wszystko razem mnie wycisza.
Uspokaja.

Cicho...
mówię: Żegnam...

niedziela, 14 lutego 2010

...

Walentynki....

Parszywe skomercjalizowanie uczuć, które powinny trwać cały rok. Czerwone serca łypiące na mnie na każdym kroku wydają się drapieżne i klaustrofobiczne. Atakują mnie swoimi idealnymi kształtami dźgając moje ja szpikulcami reklam i słowami : Kocham Cię. I love you. Je t'aime.
Czy nikt nie widzi, że w ten sposób trywializujemy te najcudowniejsze słowa jakimi można obdarzyć innego człowieka? Odbieramy im całą ich magię i urok.
Nie lubię Walentynek. Nie znoszę ich. Straciły urok kilka lat temu, podczas jednej z kolacji przy świecach. Pffff.... Bokserki i wszystko jasne...
To była ostatnia kolacja przy świecach jaką przygotowałam. Nie mogę się przełamać od tamtej pory. Nie nadaję już żadnej takiej oprawy, nie nadaję znaczenia. A Walentynki? Dzień jak dzień. Staram się nie chodzić po mieście, nie odwiedzać sklepów, nie oglądać telewizji, nie włączać radia. Czy jestem zgorzkniała? Może odrobinę... Ale tak na prawdę nie w tym tkwi problem. Po prostu trudno mi się pogodzić z faktem iż większość ludzi traktuje Walentynki jako dzień, w którym powinno się być milszym, pokazywać drugiej osobie swoje uczucia. A potem co? Potem wracamy do starego... Do zwykłych kłótni. Do cichych dni. Do codzienności. Dlaczego? Czy uczucia nie powinny być pielęgnowane bez względu na datę? Czy mąż nie moze bez powodu przynieść żonie kwiatów chociażby w środę? Ot tak. Po prostu. Czy chłopak nie może dziewczyny przytulić mocno i szepnąć jej że ją kocha w poniedziałek? Czy kobieta nie może pocałować namiętnie swego mężczyzny w czwartek? Ot tak. Po prostu. Czy sami jako społeczeństwo musimy wystawiać nasze uczucia na sprzedaż jak na bazarze?
Nie kupuję nic na walentynki.
Owszem składam czasem życzenia. Szczere. Prosto z serca. Takie jakie często składam przyjaciołom w ciągu roku. Wtedy gdy za nimi zatęsknię. Wtedy gdy chcę. Wtedy gdy czuję, że to właśnie ten moment by powiedzieć: Kocham Was.
Jednak nie kupuję nic na walentynki. Nie dokładam się do tej komercyjnej maszyny.
Każdego dnia sprawiam najbliższym prezent.
Wszystkim na raz i każdemu z osobna
Krisowi - temu, z którym związałam swoje życie. Błądzimy, odnajdujemy się, znów błądzimy. Czasem wydaje mi się, ze już nic nie mamy wspólnego, ale jakimś cudem nie potrafię się odwrócić, bo znajduje się coś.... I nie potrafię tego odrzucić. Niezmiennie.
Tommy'emu. - temu, który nigdy mnie nie okłamał i który zawsze stawia mnie do pionu, choćbym nie wiem w jakiej rozsypce była.
Qoo - Który zawsze potrafi mnie jednako rozzłościć i rozbawić. Temu, który jako pierwszy przekonał mnie, że ja to ja i nie ma się czego wstydzić.
Aguni - mojej siostrze, która jest ze mną już tyle lat, że nawet najstarsi górale nie pamiętają nas oddzielnie. Jak siostry mleczne ;-)
Sarze - mojej córce z wyboru. Najcudowniejszej Ponurej Żniwiarce jaką ziemia nosiła. Z nią 9 złotych i śrubokręt na polu gigantycznych Królików nigdy nie zostaną zapomniane. Nigdy mnie nie ocenia, czasem przeklnie, ale i tak nie umiałabym bez niej żyć.
Lidzi - Lwiczce płowej, nieco rozhisteryzowanej czasem, ale tak uroczej w tym wszystkim... Tej, która tuląc się do mnie przegania płacz. I mój i swój. Nawet jeżeli przez chwilę wyjemy obie, to sekundę później śmiech drży wokół.
Zuzce - najmłodszej wiekiem w towarzystwie, ale czasem najbardziej dojrzałej z nas wszystkich.
Wojtjanowi - bez niego moje życie byłoby szare i dziwne. Głos rozsądku gdy tracę głowę. Stawia mi trudne pytania, których nie pozwala pozostawić bez odpowiedzi.
Mru - jest jak inne odbicie mnie samej. Może dlatego tak świetnie się rozumiemy? Nie muszę jej tłumaczyć nic, wszystko "czai" bez słowa ;-)
Kudłatemu - nie ja go wybrałam. Sam się wybrał. A właściwie to niepokorna dusza go wybrała. Co miałam zrobić? Nie będę się z głupią kłócić. Nie chce o tym słuchać, ale i tak Mo Anam Cara przylgnęło do niego. Człowiek, który w równie szybkim tempie potrafi doprowadzić mnie do śmiechu jak i do łez. Wywołuje kilka innych uczuć, które mniej lub bardziej mi pasują. Czasem mam ochotę ukatrupić go na miejscu, czasem uściskać, jeszcze kiedy indziej... sam wie co.

Dla nich wszystkich mam każdego dnia to samo.
Daję to, co mam najcenniejszego.
Daję siebie.
Każdego dnia bez słów powtarzam: Kocham.

sobota, 13 lutego 2010

Frank Sinatra i nieprzespana noc

W moim domu cisza.
Pełna niepokoju.
Pełna smutku.
Pełna rozedrganych emocji.
Moich.

Niepokój odbiera mi oddech.
Niepokój nieuzasadniony, niewyjaśniony.
Umykam przed nim do łazienki.
Zanurzam się w onieśmielający głos Franka Sinatry i ciepłe światło świec.
Zanurzam się w wodę pachnącą jaśminem.
Zanurzam się w siebie.
Zamykam oczy i zanurzam się w wyimaginowanym dotyku.
I głosie Franka S.
Cichym.
Przejmującym.
Przyprawiającym mnie o drżenie.

Zanurzam się pod wodę zaczerpnąwszy oddechu. Tam nie widać, że płaczę. Zanurzam się we łzach.
Słyszę bezgłośne pytanie: Po co?
To Panna Melancholia wkradła się do środka i przycupnęła półdupkiem na brzegu wanny. Mąci dłonią spokojną toń i nawołuje bym się wynurzyła.
Ty nie umiesz tak długo wstrzymywać oddechu, Justyna. Utopisz się - mówi trącając mnie palcem.
Może właśnie tego chcę? Może nie tyle siebie chcę utopić, a jedynie wszystkie niepokoje, całe to rozedrganie... Chciałabym zostać pod wodą dłużej, jednak posłuszna Pannie Melancholii i jej spokojnemu obliczu wynurzam się łapiąc haust powietrza.
Miała rację. Nie umiem dłużej wstrzymywać oddechu.
SMS
Lwiczka.
Kiepsko się bawi. Zabrałabym ją do siebie. Ot tak. Od zaraz.
Odpisuję.
SMS
Inna ważna dla mnie osoba.
SMS. Kolejny... i kolejny... i kolejny.
Oni są jak powietrze.
Przyjaciele.
Bez nich się topię.

piątek, 12 lutego 2010

Wczoraj runęły mury mojej Samotni.
Pan Rzeczywistość wspomagany wysiłkami Panny Melancholii, Panny Refleksji, Jędzy Zazdrość i niecnego Pana Pożądanie, okryci Sztandarem Państwa *** zmylili mnie pozornym odejściem i zaatakowali w chwili najmniej spodziewanej.
Stwierdzam, że poległam. Bez żadnej przykrości.

Właściwie uległam.

Ciepłu.
Dotykowi.
Zmysłom.
Pocałunkom.
Oddechom.
Słowom.
Szeptom.
Łaskotkom.

Rozum z Sercem zamilkli, bo jak sami stwierdzili, nie zwykli kłamać jednocześnie.

Przypominanie sobie bolało.
Bolało, bo świadomość boli.
Świadomość ciała.
Świadomość serca.
Świadomość duszy.
Świadomość nadziei.
Świadomość wad.
Świadomość zalet.
Świadomość błędów.

Boli świadomość, że nagle wspiera cię ktoś kto nie umie cię zrozumieć. A ten, kto cię rozumie, milczy lub ucieka.
I dociera do ciebie, że już nie wiesz na kogo możesz liczyć, komu ufać. Zastanawiasz się, czy to co słyszysz, widzisz jest prawdą czy już podkolorowanym obrazem, który chcesz zobaczyć. Plączesz się, gubisz, umierasz....

Dlaczego?

Żyjemy w czasach, w których bardziej wierzy się pozorom niż prawdzie uczuć duszy ludzkiej.
Dałam się w tę grę pozorów wciągnąć. Jestem tym zmęczona i zniechęcona, a przede wszystkim zła na siebie. Za naiwność i łatwowierność. Jakże łatwo ulegam. Jakże łatwo daję się zwieść. A jednocześnie chcę w tym trwać. Chcę ufać. Chcę wierzyć. Chcę ulec. Z masochistyczną przyjemnością czerpaną z własnej poranionej zawodami duszy chcę dzielić się sobą.

Po co?

Sama nie wiem właśnie...

czwartek, 11 lutego 2010

*Nikt nie odrzuca ciebie, odrzuca tylko to, kim jesteś według jego mniemania. Zresztą, jest to broń obosieczna, nikt też nie akceptuje ciebie. Dopóki ludzie się nie obudzą, po prostu akceptują lub odrzucają posiadane przez siebie wyobrażenie o tobie. Stworzyli sobie twój wizerunek i albo go odrzucają, albo akceptują.*

Anthony de Mello swoim "Przebudzeniem" zapadł mi w pamięć.

Dlaczego?

Sama nie wiem. Może dlatego, że jest to dla mnie łagodne wytłumaczenie poczucia odrzucenia, które czujemy. O ileż milej powiedzieć sobie: Oni nie odrzucają Ciebie. Odrzucają jedynie swoje wyobrażenie o Tobie. To, które sami stworzyli.

Łatwiej jest to zaakceptować, łatwiej się z tym uporać.

W mojej samotni panuje cisza.
Spokojna.
Błoga.
Moja.
Miła.

Nie wpuszczę do niej nikogo.

Wszystkie moje Panny Melancholie, Panny Rozpacz i Panowie Rzeczywistość trzymają się z daleka.

Nawet oni nie mają tu wstępu.

To Odludnia.
Moja.

Inny świat.
Mój.

Nie ma tu miejsca na akceptację i odrzucenie.
Nie ma miejsca na roztrząsanie własnych słabości.
Nie ma miejsca na zastanawianie się nad silnymi stronami.
Nie ma miejsca na opłakiwanie zranionej dumy, czy zszarganych uczuć.
Nie ma miejsca na radość czerpaną z każdego uśmiechu.
Nie ma miejsca na smutek.
Nie ma miejsca na dobro.
Nie ma miejsca na zło.

Cisza.
Spokój.
Równowaga.

Zatapiam się w nich.
Otulam się nimi jak płaszczem. Pozwalam by delikatnie muskały moją skórę, zapuszczając miękkie macki w tkankę, wtapiając się w nią. Wtapiając się we mnie. Głęboko. Daleko. Sięgając wszystkich neuronów.

Witam je z ulgą.
Pozwalają mi nie czuć.
Pozwalają mi nie myśleć.
Pozwalają mi nie widzieć.
Pozwalają mi nie słyszeć.
Gdyby jeszcze pozwoliły mi nie oddychać...

środa, 10 lutego 2010

Moja mała odludnia.

Odludnia, samotnia, pustelnia...

Jak zwał, tak zwał.
Ta jest moja. Własna. Jedyna.

Pełna ciszy i spokoju. Pełna mnie.

Samej.

Zaparkowałam w niej na własne życzenie. Dlaczego?

Bo lubię. Bo chcę. Bo tu jest bezpiecznie.

Bo tutaj nikt nikogo nie rani.

Bo mogę się otulić własnym uczuciami.

Bo każdą emocję przekuwam tu na równowagę.

Bo mogę być głucha.

Bo mogę być niema.

Bo mogę być ślepa.

Bo tylko tutaj mogę być w pełni sobą.

Kiedyś było inaczej.

Kiedyś...

Odeszło