Nowe zycie, nowa ja, nowy blog...
Po rozwodzie wszystko się zmienia. Punkt widzenia, punkt siedzenia i punkt zamieszkania czasem też się zmienia....
Zmieniło sie moje nastawienie, zmieniły się słowa, które rodzą mi się pod czaszką...
A to co się już urodzi i wypłynie, można znaleźć pod adresem:
http://www.panna-ktos.blogspot.com/
wtorek, 13 grudnia 2011
wtorek, 31 maja 2011
Pocałuj żabkę w łapkę...
To był maj, pachniała Saska Kępa...
Faktycznie jest maj, ostatni dzień, ale nadal maj. Jestem pewna, że Saska Kępa pachnie, lecz ja wdycham zapach bzu we własnym ogródku wymiennie z tymi z ogródka S. ;-) Upajam się nimi na równi i to czyni mnie radosną.
Moi rodzice zmienili nieco swoje podejście i myślę, że w końcu udało nam się wypracować działający i satysfakcjonujący kompromis.
W sferze finansowej nadal, mimo pracy, jestem mocno pod kreską. Długi trzeba spłacić a i rodziców bez pomocy zostawić nie mogę, ale wierzę że damy wszyscy radę.
Prywatnie jest... tfu, tfu, odpukać w niemalowane ;-) - Może wystarczy powiedzieć, że czuję się szczęśliwa? :p
Mieszkanie w domku z ogródkiem jest jak samospełniające się marzenie małej dziewczynki, która we mnie drzemie. Nie potrafię opisać radości, którą czuję wychodząc w piżamie na taras, z poranną kawą w dłoni, gdy wyciągam stopy na oparciu krzesła obok i grzeję palce w promieniach słońca, gdy wieczorem kładę się na huśtawce i patrzę w gwiazdy... Czuję spokój i harmonię, coś czego bardzo mi brakowało. Zwalniam tempo i rozkoszję się każdym podmuchem wiatru niosącym zapach bzów i jabłoni.
Grądy stały się moim azylem, ucieczką przed zbyt szybką i hałaśliwą Warszawą, namiastką Opinogóry. Ta ostatnia nadal jest moim małym magicznym miejscem, w którym wilczy Książę i Księżniczka polują na żaby i okazję by cmoknąć się w mordki. Niemal jak w żabią łapkę... ;-)
Faktycznie jest maj, ostatni dzień, ale nadal maj. Jestem pewna, że Saska Kępa pachnie, lecz ja wdycham zapach bzu we własnym ogródku wymiennie z tymi z ogródka S. ;-) Upajam się nimi na równi i to czyni mnie radosną.
Moi rodzice zmienili nieco swoje podejście i myślę, że w końcu udało nam się wypracować działający i satysfakcjonujący kompromis.
W sferze finansowej nadal, mimo pracy, jestem mocno pod kreską. Długi trzeba spłacić a i rodziców bez pomocy zostawić nie mogę, ale wierzę że damy wszyscy radę.
Prywatnie jest... tfu, tfu, odpukać w niemalowane ;-) - Może wystarczy powiedzieć, że czuję się szczęśliwa? :p
Mieszkanie w domku z ogródkiem jest jak samospełniające się marzenie małej dziewczynki, która we mnie drzemie. Nie potrafię opisać radości, którą czuję wychodząc w piżamie na taras, z poranną kawą w dłoni, gdy wyciągam stopy na oparciu krzesła obok i grzeję palce w promieniach słońca, gdy wieczorem kładę się na huśtawce i patrzę w gwiazdy... Czuję spokój i harmonię, coś czego bardzo mi brakowało. Zwalniam tempo i rozkoszję się każdym podmuchem wiatru niosącym zapach bzów i jabłoni.
Grądy stały się moim azylem, ucieczką przed zbyt szybką i hałaśliwą Warszawą, namiastką Opinogóry. Ta ostatnia nadal jest moim małym magicznym miejscem, w którym wilczy Książę i Księżniczka polują na żaby i okazję by cmoknąć się w mordki. Niemal jak w żabią łapkę... ;-)
poniedziałek, 28 marca 2011
Sercem i duszą pisane...
Kolejny raz obejrzałam "Zieloną milę" i znów policzki miałam mokre od łez. Za kazdym razem ten film mnie porusza, dzisiaj może bardziej po rozmowie z D.
Cieszy mnie każdy najmniejszy choćby przejaw wiary w drugim człowieku. Boli mnie każde jej zachwianie, chociaż moja własna nie jest już tak mocna jak kiedyś.
Cieszę się, że mogę pomóc, tak jak potrafię najbardziej, z całego serca.
Odnoszę wrażenie, że ostatnio jestem bardziej krucha i delikatna niż kiedykolwiek. W sposób absolutnie rozczulający i radosny. Pierwszy raz od długiego czasu czuję się szczęśliwa pełnią siebie, pełnią serca, pełnią duszy.
Niepokój mnie nie opuszcza to fakt, ale bardzo mocno pracuję nad sobą. Nie wszystko udaje mi się wydobywać na światło dzienne od razu, ale przynajmniej się staram z całych sił.
Nad czym pracuję najsilniej?
Nad zazdrością.
Jestem zazdrosna, bo nadal niepewna. Mimo że staram się tego nie pokazywać drżę na każde wspomnienie. Sama sypiam koszmarnie, jakieś kobiety śnią mi się krążąc nad moją głową. Śmieją się ze mnie i rzucają we mnie swoimi wspomnieniami, fantazjami, marzeniami, wyimaginowanymi strzępkami równie wyimaginowanych sytuacji. Staram się w snach śmiać im się w twarze. Często się udaje...
Nad strachem.
Lękam się, że nie zauważę kolejnej katastrofy. Boję się, że kiedy coś się stanie, ja dojdę do wniosku, że mogłam to przewidzieć, mogłam to zauważyć, zapobiec. To bzdura, bo nie mozna przewidzieć wszystkiego... Szczególnie zachowania i reakcji drugiego człowieka.
Boję się też związku. To skomplikowane. Strach ogranicza się raczej do relacji w związkach. Boję się, że będę powielać swoje błędy z małżeństwa. Boję się, że coś mocno spieprzę. Boję się, że gdy sprawa stanie się oficjalna i usankcjonowana, to wszystko się zmieni, zabraknie chęci by się starać, wszystko się posypie. Jak ostatnio.
Z drugiej strony panicznie boję się, że druga strona nagle się rozmyśli, zmieni zdanie.
Boję się każdej nowej przyjaciółki, bo gdzieś w pamięci wraca przeszłość. Odpycham to od siebie ale bywają chwile kiedy uderza to w zamknięte drzwi z impetem i siłą bomby atomowej i zmiata wszystko poza chybocącym się schronem, w którym siedzę. Nieważne, ze nic nie dostaje się do środka. Impuls elektromagnetyczny i tak rozwala mi elektronikę w środku. Tak samo jest ze wspomnieniami. Każda przyjaciółka o której nagle mówi się więcej, którą nagle wspomina się częściej powoduje, że TO wraca i na chwilę pozbawia mnie równowagi emocjonalnej. Najgorszy jest strach, że wszystko się powtórzy, tylko bohaterka będzie kim innym. A ja coś przeoczę i pretensję będę mogła mieć jedynie do siebie. Nie ma to jak zdrowa paranoja, prawda? Radzę sobie z tym jak umiem. Częściej radzę sobie niż ulegam, ale... Właśnie. Zawsze znajdzie się jakieś ale... Radzę sobie z tym do czasu gdy temat przyjaciółki i jej zalety nie przeważają nad moimi. Innymi słowy radzę sobie z tym póki panuje względna równowaga. Kiedy słyszę że ktoś świetny jest w tym, świetnie wygląda albo kapitalnie słucha czy robi coś, a nie słyszę nic równie miłęgo o sobie, wtedy przyznaję, że trudno mi trzymać pion. Gdy tych zalet przyjaciółki jest dużo, zaś nie przeciwstawiona zostaje żadna moja, wówczas zbiera mi się na płacz i dostaję ataku paniki. Zupełnie jakbym sama się z nimi porównywała i w moich oczach wychodziła na tym porównaniu jak Kopciuszek Kocmołuch. Na szczęście jest to chwilowe i mija...
Pracuję też nad uśmiechem.
Dokonałam przerażającego odkrycia że ostatnio nie śmiałam się zbyt często. A przecież z uśmiechem jest łatwiej.
Straciłam dystans do siebie i bardzo staram się go odzyskać. Idzie mi lepiej, każdego dnia stawiam kolejny kroczek...
Zauważyłam, że od jakiegoś czasu serce i dusza współgrają we mnie. Piszą wiersze na powiekach. Łakną bliskości. Pragną ciepła...
Czuję się jakbym sama była sercem i duszą pisana...
Cieszy mnie każdy najmniejszy choćby przejaw wiary w drugim człowieku. Boli mnie każde jej zachwianie, chociaż moja własna nie jest już tak mocna jak kiedyś.
Cieszę się, że mogę pomóc, tak jak potrafię najbardziej, z całego serca.
Odnoszę wrażenie, że ostatnio jestem bardziej krucha i delikatna niż kiedykolwiek. W sposób absolutnie rozczulający i radosny. Pierwszy raz od długiego czasu czuję się szczęśliwa pełnią siebie, pełnią serca, pełnią duszy.
Niepokój mnie nie opuszcza to fakt, ale bardzo mocno pracuję nad sobą. Nie wszystko udaje mi się wydobywać na światło dzienne od razu, ale przynajmniej się staram z całych sił.
Nad czym pracuję najsilniej?
Nad zazdrością.
Jestem zazdrosna, bo nadal niepewna. Mimo że staram się tego nie pokazywać drżę na każde wspomnienie. Sama sypiam koszmarnie, jakieś kobiety śnią mi się krążąc nad moją głową. Śmieją się ze mnie i rzucają we mnie swoimi wspomnieniami, fantazjami, marzeniami, wyimaginowanymi strzępkami równie wyimaginowanych sytuacji. Staram się w snach śmiać im się w twarze. Często się udaje...
Nad strachem.
Lękam się, że nie zauważę kolejnej katastrofy. Boję się, że kiedy coś się stanie, ja dojdę do wniosku, że mogłam to przewidzieć, mogłam to zauważyć, zapobiec. To bzdura, bo nie mozna przewidzieć wszystkiego... Szczególnie zachowania i reakcji drugiego człowieka.
Boję się też związku. To skomplikowane. Strach ogranicza się raczej do relacji w związkach. Boję się, że będę powielać swoje błędy z małżeństwa. Boję się, że coś mocno spieprzę. Boję się, że gdy sprawa stanie się oficjalna i usankcjonowana, to wszystko się zmieni, zabraknie chęci by się starać, wszystko się posypie. Jak ostatnio.
Z drugiej strony panicznie boję się, że druga strona nagle się rozmyśli, zmieni zdanie.
Boję się każdej nowej przyjaciółki, bo gdzieś w pamięci wraca przeszłość. Odpycham to od siebie ale bywają chwile kiedy uderza to w zamknięte drzwi z impetem i siłą bomby atomowej i zmiata wszystko poza chybocącym się schronem, w którym siedzę. Nieważne, ze nic nie dostaje się do środka. Impuls elektromagnetyczny i tak rozwala mi elektronikę w środku. Tak samo jest ze wspomnieniami. Każda przyjaciółka o której nagle mówi się więcej, którą nagle wspomina się częściej powoduje, że TO wraca i na chwilę pozbawia mnie równowagi emocjonalnej. Najgorszy jest strach, że wszystko się powtórzy, tylko bohaterka będzie kim innym. A ja coś przeoczę i pretensję będę mogła mieć jedynie do siebie. Nie ma to jak zdrowa paranoja, prawda? Radzę sobie z tym jak umiem. Częściej radzę sobie niż ulegam, ale... Właśnie. Zawsze znajdzie się jakieś ale... Radzę sobie z tym do czasu gdy temat przyjaciółki i jej zalety nie przeważają nad moimi. Innymi słowy radzę sobie z tym póki panuje względna równowaga. Kiedy słyszę że ktoś świetny jest w tym, świetnie wygląda albo kapitalnie słucha czy robi coś, a nie słyszę nic równie miłęgo o sobie, wtedy przyznaję, że trudno mi trzymać pion. Gdy tych zalet przyjaciółki jest dużo, zaś nie przeciwstawiona zostaje żadna moja, wówczas zbiera mi się na płacz i dostaję ataku paniki. Zupełnie jakbym sama się z nimi porównywała i w moich oczach wychodziła na tym porównaniu jak Kopciuszek Kocmołuch. Na szczęście jest to chwilowe i mija...
Pracuję też nad uśmiechem.
Dokonałam przerażającego odkrycia że ostatnio nie śmiałam się zbyt często. A przecież z uśmiechem jest łatwiej.
Straciłam dystans do siebie i bardzo staram się go odzyskać. Idzie mi lepiej, każdego dnia stawiam kolejny kroczek...
Zauważyłam, że od jakiegoś czasu serce i dusza współgrają we mnie. Piszą wiersze na powiekach. Łakną bliskości. Pragną ciepła...
Czuję się jakbym sama była sercem i duszą pisana...
poniedziałek, 21 marca 2011
Za-ZUMBA-jona
Zakochałam się kompletnie i wariacko.
W Zumbie.
Zumba obecna jest od niedawna w moim życiu ale na całego. A dzisiaj uświadomiłam sobie tę miłość. Nie mogę się przestać ruszać a muzykę nucą mi wszystkie komórki w mózgu, wszystkie neurony w pozostałej części mnie wykonują kroki salsy, samby i merengue. Że o cumbi nie wspomnę. :D
Biodra wykonują roll same z siebie a ramiona shimmy nawet przy sprzątaniu. Mambo obecne pod prysznicem.
Zumba jest jak cichy terrorysta. Skrada się i BACH! Już Cię porywa w szpony.
Kocham taniec, nie umiem się od niego uwolnić. Pilates jest świetne na rozluźnienie i rozciągnięcie ale Zumba.... Przy niej odżywam.
Dzisiaj dotarło do mnie co sprawiało, ze czułam się tak pewna siebie i zadowolona z życia. To nie była praca, ale taniec. To taniec dawał mi energetycznego kopa i uśmiech na gębie od rana. W tańcu wyrzucałam z siebie wszystkie negatywy i otwierałam się na energię drzemiącą głęboko we mnie samej. To taniec sprawiał, że miałam dystans do siebie i potrafiłam w tempie błyskawicznym spaść na nóżki i dokopać życiu w dupsko.
I przede wszystkim sprawiał że doceniałam siebie w całości, a nie tylko to co w moim wnętrzu. Doceniałam swoje ciało i lubiłam je bez względu na wielkość Weroniki i Marceliny (wtajemniczeni wiedzą cóż to:P)
Widziałam w sobie kobietę zmysłową, piękną, interesującą i przede wszystkim robiącą to co chce. Lubiącą niewinny flirt i świadomą swej wartości nie tylko jako przyjaciółki ale i partnerki. To taniec dawał mi siłę potrzebną do zadowolenia z samej siebie, bo niósł ze sobą optymizm i nieskrępowaną radość, pozwalając na wyrzucenie z siebie złości, żalu i negatywnych emocji. A ostatnio z tym u mnie na bakier.
Zumba ze swoimi radosnymi rytmami przypomniała mi o tym. Przede wszystkim przypomniała mi o umiejętności cieszenia się z każdej chwili. Carpe diem. :D
Czas mi wrócić do tego.
Za dużo się martwiłam o wszystko, o przyszłość, o to co będzie, co jest. Po co?
Zamiast cieszyć się, ze ktoś chce spędzić ze mną resztę swoich dni, ja zaczęłam się martwić jak ta reszta dni będzie wyglądała. Zamiast radować się i smakować dzień dzisiejszy, ja zamartwiałam się czy moja i jego rodzina będzie w stanie nas zaakceptować. A tak po prawdzie co mnie to obchodzi? W końcu to nie z nimi będę przeżywać życie, tylko z kimś kto mnie już akceptuje. Jeżeli coś się zepsuje to trudno, będę cieszyła się że przeżyłam to co przeżywam teraz. Ale wierzę że nic się nie zepsuje i wszystko rozkwitnie w cudowny ogród pełen ciepła i miłości.
Chwilowo zerkam na kapselek Tymbarka i niepozorny pierścionek i uśmiecham się pełna szczęścia.
A w sercu i umyśle kołyszą się rytmy Zumby.
Gorące jak nasza M...
poniedziałek, 7 marca 2011
Bezsilność...
Obudziłam się przerażona.
Staram się utrzymać życie w karbach ale coraz częściej mam wrażenie, że przecieka mi przez palce jak woda.
Serce boli znerwicowane i walczy chwilami o oddech.
Rozwód przebiegł szybko i bezboleśnie. To plus.
Pracy nadal nie mam. To minus.
Oszczędności topnieją w zastraszającym tempie. TO tragedia. Z lękiem czekam na moment w którym po prostu na koncie zobaczę zero. A on się zbliża jak pędzący pociąg w tunelu.
Co raz częściej do głowy przychodzą mi głupie myśli. Ale takie rozwiązanie byłoby nie tylko tchórzostwem. Takie rozwiązanie byłoby absolutnym i kompletnym poddaniem się, a przecież to nie w moim stylu. Inne głupie jest niezgodne z moim charakterem i osobowością.
Na wysłane przeze mnie CV odpowiedziano kilka razy. Podobno papiery mam zbyt dobre, doświadczenie za bogate. Jestem zbyt dobra na te stanowiska. Jak można być zbyt dobrym?
Złamałam dane sobie słowo i złożyłam ofertę do kilku biur rachunkowych. Najwyzej będę robić to czego nienawidzę, nie mam wyjścia. Stoję pod ścianą.
Rozważam przeprowadzę do Leszna, czyli powrót córki marnotrawnej do domu. W moich oczach to byłoby porażką i przyznaniem się do tego, ze sobie nie radzę.
Uciekam od ludzi bo mi wstyd. Nie mam i nie wiem kogo poprosić o pomoc. P. pożyczył pieniądze mamie, więc jest wyssany z oszczędności, A. chce gdzieś zainwestować, mama sama tonie w długach po uszy. Są dwie osoby, które mają możliwości by mi pomóc, ale ich ja nie chcę prosić. S. i K. Dlaczego nie chcę prosić? Przede wszystkim dlatego, ze nie wiem kiedy bym mogła oddać, poza tym przed nimi jest mi wstyd i głupio najbardziej. To nieco nienormalne, ale tak jest. Przed jednym bo nie chcę wyjść na niedorajdę i słabeusza życiowego, chcę pokazać że jestem silna i oboje możemy czuć się bezpiecznie. Drugiemu nie chcę pokazywać, ze sobie nie radzę, chcę mu udowodnić że potrafię żyć sama i swietnie sobie radzę. Wiem, ze to głupia duma, ale nic nie poradzę że mnie taką obdarzono...
Nigdy nie zwykłam się skarżyć w sprawach naprawdę ważnych, dlatego nawet wśród przyjaciół uchodzę za kogoś kto nie ma kłopotów i problemów. Zawsze starałam sie wszystko rozwiązać sama, ale tym razem przyznaję, naprawdę nie daję już rady. Mam wrażenie, ze sufit już mi spadł na głowę, a zaraz za nim zleci cały swiat. Brakuje mi oddechu, brakuje mi odwagi by samej otwierać oczy i przestąpić próg domu. Uciekam w siebie, chowam się w skorupce i znó przywdziewam maskę optymizmu. Nie wiem co mam robić, nie wiem co mogłabym zrobić, nie wiem nic. Czuję się bezsilna i głupia. Ta bezsilność mnie zżera od środka a głupota zsyła idiotyczne myśli i rozwiązania.
Niech mnie ktoś przytuli, proszę....
Staram się utrzymać życie w karbach ale coraz częściej mam wrażenie, że przecieka mi przez palce jak woda.
Serce boli znerwicowane i walczy chwilami o oddech.
Rozwód przebiegł szybko i bezboleśnie. To plus.
Pracy nadal nie mam. To minus.
Oszczędności topnieją w zastraszającym tempie. TO tragedia. Z lękiem czekam na moment w którym po prostu na koncie zobaczę zero. A on się zbliża jak pędzący pociąg w tunelu.
Co raz częściej do głowy przychodzą mi głupie myśli. Ale takie rozwiązanie byłoby nie tylko tchórzostwem. Takie rozwiązanie byłoby absolutnym i kompletnym poddaniem się, a przecież to nie w moim stylu. Inne głupie jest niezgodne z moim charakterem i osobowością.
Na wysłane przeze mnie CV odpowiedziano kilka razy. Podobno papiery mam zbyt dobre, doświadczenie za bogate. Jestem zbyt dobra na te stanowiska. Jak można być zbyt dobrym?
Złamałam dane sobie słowo i złożyłam ofertę do kilku biur rachunkowych. Najwyzej będę robić to czego nienawidzę, nie mam wyjścia. Stoję pod ścianą.
Rozważam przeprowadzę do Leszna, czyli powrót córki marnotrawnej do domu. W moich oczach to byłoby porażką i przyznaniem się do tego, ze sobie nie radzę.
Uciekam od ludzi bo mi wstyd. Nie mam i nie wiem kogo poprosić o pomoc. P. pożyczył pieniądze mamie, więc jest wyssany z oszczędności, A. chce gdzieś zainwestować, mama sama tonie w długach po uszy. Są dwie osoby, które mają możliwości by mi pomóc, ale ich ja nie chcę prosić. S. i K. Dlaczego nie chcę prosić? Przede wszystkim dlatego, ze nie wiem kiedy bym mogła oddać, poza tym przed nimi jest mi wstyd i głupio najbardziej. To nieco nienormalne, ale tak jest. Przed jednym bo nie chcę wyjść na niedorajdę i słabeusza życiowego, chcę pokazać że jestem silna i oboje możemy czuć się bezpiecznie. Drugiemu nie chcę pokazywać, ze sobie nie radzę, chcę mu udowodnić że potrafię żyć sama i swietnie sobie radzę. Wiem, ze to głupia duma, ale nic nie poradzę że mnie taką obdarzono...
Nigdy nie zwykłam się skarżyć w sprawach naprawdę ważnych, dlatego nawet wśród przyjaciół uchodzę za kogoś kto nie ma kłopotów i problemów. Zawsze starałam sie wszystko rozwiązać sama, ale tym razem przyznaję, naprawdę nie daję już rady. Mam wrażenie, ze sufit już mi spadł na głowę, a zaraz za nim zleci cały swiat. Brakuje mi oddechu, brakuje mi odwagi by samej otwierać oczy i przestąpić próg domu. Uciekam w siebie, chowam się w skorupce i znó przywdziewam maskę optymizmu. Nie wiem co mam robić, nie wiem co mogłabym zrobić, nie wiem nic. Czuję się bezsilna i głupia. Ta bezsilność mnie zżera od środka a głupota zsyła idiotyczne myśli i rozwiązania.
Niech mnie ktoś przytuli, proszę....
środa, 23 lutego 2011
Z potrzeby serca....
Serce czasem odchodzi od zmysłów, szczególnie wtedy gdy Rozum głupieje.
Bywają chwile by do tego żeby człowiek poczuł się bezpiecznie wystarczy niewiele. Jedno słowo, muśnięcie ręki, znak, że ktoś bliski pamięta...
Kolejne księżycowe dni rozpoczęły się dzisiaj tak jak i cyklicznie chwile, gdy moje poczucie bezpieczeństwa topniało z każdą sekundą.
Mam poważne problemy z poczuciem narzucania się i proszeniem o pomoc. Prawda jest taka, że dzisiaj czuję się jak wrak i to wcale mi nie pomaga wziąć się w garść. Dzisiaj wróciły durne myśli, że z niczym nie daję sobie rady i wszystko mi się wymyka.
Poranna niezapowiedziana wizyta mamy i jej przebieg wyprowadziły mnie z równowagi na resztę dnia. Znów wszystko we mnie uderza ze zdwojoną siłą. Im bardziej się staram zachować pokerową twarz i siłę, tym słabsza się czuję. Jakby wszystkie moje starania wysysały ze mnie resztkę godności. Nienawidzę tego poczucia bezsilności więc z rosnącą złością patrzę na siebie samą.
W rzeczywistości wystarczyłby jeden gest... W głębi serca pragnęłam dzisiaj żeby po prostu ktoś mnie bez słowa przytulił. Po prostu przez minutę potrzymał w ramionach. Wiem, ze ktoś by się znalazł gdybym tylko poprosiła... Problem polega na tym, że i tak mam wrażenie że proszę wszystkich o zbyt wiele i to rodzi frustrację.
Czuję się jak rozbity wazon, który trzyma się w całości jedynie siłą przyzwyczajenia.
W piątek sprawa rozwodowa. Na samą myśl brakuje mi oddechu ze zdenerwowania. Nie umiem nawet wytłumaczyć dlaczego. Z jednej strony jestem zdeterminowana i wiem, że tego chcę. Z drugiej wiem, ze będę musiała przekreślić i zakończyć rozdział zawierający kawał mojego życia. Kawał, który zawierał też pełne uśmiechu chwile i nie był całkowicie żałosny. Nie jestem pozbawioną emocji suką, która z uśmiechem na twarzy pociąga za spust pistoletu celującego w głowę uroczej staruszki z sąsiedztwa. To jest trudne. Cholernie trudne. Spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy i przy tych wszystkich urzednikach powiedzieć: "Nie kocham Cię". To upokarzające i poniżające. Dla obu stron. Rozwody małżęństw bezdzietnych powinno się przeprowadzać w gronie trzech osób: dwójki zainteresowanych i sędziego. Bez ławników i przypadkowych gapiów. Bez przesłuchań. Co kogo obchodzi czy ktoś gdy zawierał małżeństwo dojrzał do niego czy też nie. Gdy dwójka ludzi dzieli mająek między siebie i postanawia się rozstać to nie powinno się im tego utrudniać. Jak dojdą do wniosku, ze się pomylili to się zejdą. Proste. Dziecinnie...
Będę musiała spojrzęć K. w oczy i powiedzieć: "Nie kocham Cię już." Trudno to powiedzieć bez emocji komuś, kto podobno nadal coś do nas czuje.
Najbardziej chyba upokarza i boli mnie fakt właśnie tego rzekomego uczucia z jego strony, a raczej to że mimo uczuć nie próbował o mnie zawalczyc. Głupie prawda? Czy ja wiem... Już dawno uznałam, że nie byłam warta w jego oczach tego by w jakikolwiek sposób próbował naprawić to co między nami się psuło. Ja się po prostu poddałam pewnego dnia i zobojętniałam. On starannie unikał zauważenia problemu. A teraz nadal chce być częścią mojego zycia jako przyjaciel... To nie wyjdzie.
Najbardziej męczy mnie myśl, ze może rzeczywiście nie jestem warta tego by o mnie walczyć i próbować mnie zatrzymać. Kilka lat temu uznałam, ze jestem niewystarczająco dobra dla K. skoro każda moja próba motywacji kończyła się porażką. Pojawił się S. i zaczęłam odzyskiwać siebie i wiarę w to, ze jednak jestem w porządku. A potem nadszedł październik i listopad... W ciagu tych dwóch miesięcy dostałam obuchem w głowę i znów wkradła się do mojej głowy myśl... "Niewystarczająca..." Irracjonalne i głupie. Idiotyzm. Wyrwałam to z siebie ale chyba zostawiło gdzieś cierń i czasem zatruwa mi umysł. Stąd brak poczucia bezpieczeństwa. I strach, że historia się powtórzy, ze znów okażę się niewarta tego by w razie potrzeby o mnie zawalczyć. I że znów ktos sobie mnie odpuści.
Ja wiem, ze działam zbyt emocjonalnie. Pracuję nad tym. Ale do cholery potrzebuję w tej pracy pomocy. Chociażby głupiego smsa w ciągu dnia ze słowem "dzień dobry". Czasem potrzebuję dostac kwiatek bez okazji.. Choćby i zerwany z krzaka w ogródku. Albo kubka herbaty podanego gdy czuję się jak potrącona przez tira. Ale potrzebuję tego bez moich próśb. Tylko z potrzeby serca...Czy ja naprawdę mam tak niewiele z siebie do zaoferowania, żeby nie zasłuzyć na takie drobne gesty?
Całe życie daję. Nie oczekuję tego, ze w zamian ktoś będzie mi dawał równie wiele. Każdy człowiek jest inny, każdy ma inne potrzeby. Mnie cieszy i sprawia przyjemność dawanie i udzielanie wsparcia. Naprawdę cieszy mnie świadomość że komuś pomogłam. Dla samego jego uśmiechu. Tylko czasem przychodzą dni kiedy mi potrzeba małego gestu świadczącego o tym, ze nie jestem sama, że jestem warta tego by przez chwilę się zatrzymać i poświęcić minutę na potrzymanie mnie za rękę.
Dzisiaj pełno we mnie żalu. To wpływ księżycowych dni. To pewne.
Jestem idiotką. Recydywistką do tego.
Niereformowalnie głupią kobietą, która uważa w takich dniach za upokarzające powiedzenie komuś: "Potrzebuję Cię dzisiaj. Posiedzisz przy mnie chwilę?"
Z niereformowalnym kretynizmem ciągle łudzę się, że któregoś dnia ktoś zrobi to sam. Z potrzeby serca. Zapominam tylko, że powinnam mu to umożliwić wychylając się chociaż zza tegomuru, za który uciekam. Ze strachu. Strach nie jest potrzebą serca...
Bywają chwile by do tego żeby człowiek poczuł się bezpiecznie wystarczy niewiele. Jedno słowo, muśnięcie ręki, znak, że ktoś bliski pamięta...
Kolejne księżycowe dni rozpoczęły się dzisiaj tak jak i cyklicznie chwile, gdy moje poczucie bezpieczeństwa topniało z każdą sekundą.
Mam poważne problemy z poczuciem narzucania się i proszeniem o pomoc. Prawda jest taka, że dzisiaj czuję się jak wrak i to wcale mi nie pomaga wziąć się w garść. Dzisiaj wróciły durne myśli, że z niczym nie daję sobie rady i wszystko mi się wymyka.
Poranna niezapowiedziana wizyta mamy i jej przebieg wyprowadziły mnie z równowagi na resztę dnia. Znów wszystko we mnie uderza ze zdwojoną siłą. Im bardziej się staram zachować pokerową twarz i siłę, tym słabsza się czuję. Jakby wszystkie moje starania wysysały ze mnie resztkę godności. Nienawidzę tego poczucia bezsilności więc z rosnącą złością patrzę na siebie samą.
W rzeczywistości wystarczyłby jeden gest... W głębi serca pragnęłam dzisiaj żeby po prostu ktoś mnie bez słowa przytulił. Po prostu przez minutę potrzymał w ramionach. Wiem, ze ktoś by się znalazł gdybym tylko poprosiła... Problem polega na tym, że i tak mam wrażenie że proszę wszystkich o zbyt wiele i to rodzi frustrację.
Czuję się jak rozbity wazon, który trzyma się w całości jedynie siłą przyzwyczajenia.
W piątek sprawa rozwodowa. Na samą myśl brakuje mi oddechu ze zdenerwowania. Nie umiem nawet wytłumaczyć dlaczego. Z jednej strony jestem zdeterminowana i wiem, że tego chcę. Z drugiej wiem, ze będę musiała przekreślić i zakończyć rozdział zawierający kawał mojego życia. Kawał, który zawierał też pełne uśmiechu chwile i nie był całkowicie żałosny. Nie jestem pozbawioną emocji suką, która z uśmiechem na twarzy pociąga za spust pistoletu celującego w głowę uroczej staruszki z sąsiedztwa. To jest trudne. Cholernie trudne. Spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy i przy tych wszystkich urzednikach powiedzieć: "Nie kocham Cię". To upokarzające i poniżające. Dla obu stron. Rozwody małżęństw bezdzietnych powinno się przeprowadzać w gronie trzech osób: dwójki zainteresowanych i sędziego. Bez ławników i przypadkowych gapiów. Bez przesłuchań. Co kogo obchodzi czy ktoś gdy zawierał małżeństwo dojrzał do niego czy też nie. Gdy dwójka ludzi dzieli mająek między siebie i postanawia się rozstać to nie powinno się im tego utrudniać. Jak dojdą do wniosku, ze się pomylili to się zejdą. Proste. Dziecinnie...
Będę musiała spojrzęć K. w oczy i powiedzieć: "Nie kocham Cię już." Trudno to powiedzieć bez emocji komuś, kto podobno nadal coś do nas czuje.
Najbardziej chyba upokarza i boli mnie fakt właśnie tego rzekomego uczucia z jego strony, a raczej to że mimo uczuć nie próbował o mnie zawalczyc. Głupie prawda? Czy ja wiem... Już dawno uznałam, że nie byłam warta w jego oczach tego by w jakikolwiek sposób próbował naprawić to co między nami się psuło. Ja się po prostu poddałam pewnego dnia i zobojętniałam. On starannie unikał zauważenia problemu. A teraz nadal chce być częścią mojego zycia jako przyjaciel... To nie wyjdzie.
Najbardziej męczy mnie myśl, ze może rzeczywiście nie jestem warta tego by o mnie walczyć i próbować mnie zatrzymać. Kilka lat temu uznałam, ze jestem niewystarczająco dobra dla K. skoro każda moja próba motywacji kończyła się porażką. Pojawił się S. i zaczęłam odzyskiwać siebie i wiarę w to, ze jednak jestem w porządku. A potem nadszedł październik i listopad... W ciagu tych dwóch miesięcy dostałam obuchem w głowę i znów wkradła się do mojej głowy myśl... "Niewystarczająca..." Irracjonalne i głupie. Idiotyzm. Wyrwałam to z siebie ale chyba zostawiło gdzieś cierń i czasem zatruwa mi umysł. Stąd brak poczucia bezpieczeństwa. I strach, że historia się powtórzy, ze znów okażę się niewarta tego by w razie potrzeby o mnie zawalczyć. I że znów ktos sobie mnie odpuści.
Ja wiem, ze działam zbyt emocjonalnie. Pracuję nad tym. Ale do cholery potrzebuję w tej pracy pomocy. Chociażby głupiego smsa w ciągu dnia ze słowem "dzień dobry". Czasem potrzebuję dostac kwiatek bez okazji.. Choćby i zerwany z krzaka w ogródku. Albo kubka herbaty podanego gdy czuję się jak potrącona przez tira. Ale potrzebuję tego bez moich próśb. Tylko z potrzeby serca...Czy ja naprawdę mam tak niewiele z siebie do zaoferowania, żeby nie zasłuzyć na takie drobne gesty?
Całe życie daję. Nie oczekuję tego, ze w zamian ktoś będzie mi dawał równie wiele. Każdy człowiek jest inny, każdy ma inne potrzeby. Mnie cieszy i sprawia przyjemność dawanie i udzielanie wsparcia. Naprawdę cieszy mnie świadomość że komuś pomogłam. Dla samego jego uśmiechu. Tylko czasem przychodzą dni kiedy mi potrzeba małego gestu świadczącego o tym, ze nie jestem sama, że jestem warta tego by przez chwilę się zatrzymać i poświęcić minutę na potrzymanie mnie za rękę.
Dzisiaj pełno we mnie żalu. To wpływ księżycowych dni. To pewne.
Jestem idiotką. Recydywistką do tego.
Niereformowalnie głupią kobietą, która uważa w takich dniach za upokarzające powiedzenie komuś: "Potrzebuję Cię dzisiaj. Posiedzisz przy mnie chwilę?"
Z niereformowalnym kretynizmem ciągle łudzę się, że któregoś dnia ktoś zrobi to sam. Z potrzeby serca. Zapominam tylko, że powinnam mu to umożliwić wychylając się chociaż zza tegomuru, za który uciekam. Ze strachu. Strach nie jest potrzebą serca...
niedziela, 20 lutego 2011
Warto pamiętać....
Bywają momenty gdy wszystko wali się nam na łeb, grunt ucieka spod nóg a nadwątlona wiara i nadszarpnięte zaufanie drżą jak galareta. Wtedy warto mieć coś pewnego. Warto pamiętać, że jest Ktoś.
Nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia, a Ten na górze kocha nas bezwarunkowo. Cokolwiek się dzieje, cokolwiek zrobimy, gdziekolwiek pójdziemy.
Tylko dlaczego nam ludziom tak łatwo przychodzi zapominać?
Zapominamy o krzywdach i przykrościach wyrządzanych bliźniemu. Zapominamy o telefonie do rodziny. Zapominamy mówić "Kocham"... A potem nagle okazuje się być za późno. Ile takich "Zapomniałem", "Nie zdążyłem" doświadczyliśmy w naszym życiu.
Potwierdziło się to co już wiedziałam. Córka Wujaszka zmarła. Razem z S. obstawialiśmy wypadek samochodowy, okazało się że to tętniak. Przyczyna nieważna, ważne jest samopoczucie Wujaszka. A staruszek się trzyma niesamowicie. Jestem pełna podziwu. Tyle w nim wiary, tyle miłości i ufności... Tyle mądrości i ciepła.... Jest mi wstyd. Jest mi tak cholernie wstyd za siebie samą. Za brak niezłomności, za zmęczenie, za zwątpienie, za strach, za narzekanie na niesiony przeze mnie krzyż... Za zapominanie...
Dzisiaj juz wiem, że ból w klatce nie był mój. Po prostu zadziałałam jak bufor i ściągnęłam na siebie jego ból. Dzięki temu się nie rozsypał. To dziwna świadomość, ból realny, ale ufam, ze nic mi nie będzie. Nie wiedziałam, ze jestem jak gąbka.
Tęsknię.
Minęło tylko kilka godzin...
Kocica nie chce zejść mi z łóżka.
Wtulam nos w poduszkę...
Dziwnie cicho...
Ufam...
Nadal czuję niepokój...
Nadal ufam...
Pamiętam każdą chwilę...
środa, 19 stycznia 2011
Ekhm...
Chris Isaak prześladuje mnie od rana. Właściwie od wczorajszego wieczora rozpoczętego oglądaniem Kamasutry. Film wprawił mnie w niegrzeczny nastrój i nie jest mi z tym źle, wręcz przeciwnie. Chwile przed zaśnięciem przypomniały mi o czymś czego starałam się unikać sama nie wiem czemu. Przecież to miłe i nie powoduje zbyt dużych skutków ubocznych. Poza dramatryczną chęcią poczucia tego jedynego, szczególnego smaku na języku, ale ja zawsze byłam dziwna.
Odkopałam swoją znoszoną spódniczkę jeansową w stylu nieco motocyklowym i ze zdziwieniem stwierdziłam, że się mieszczę! :-D Z rozpędu przymierzyłam też czarną aksamitną kieckę, która wydawała mi się za krótka. Przeprosiłam się z kozakami na obcasie, spojrzałam w lustro i powiedziałam do siebie: Welcome home, baby... Krótka konsultacja z Ł. (jak ja go lubię męczyć czasem) i humor skoczył mi o 50 procent, mimo parszywego samopoczucia fizycznego. Dlaczego o 50 %? Bo i tak miałam całkiem niezły. :-)
Bez zastanowienia stwierdziłam iż zarówno aksamitka jak i spódniczka jadą ze mną. Nawet jeżeli nie będzie mi dane ich założyć.
Dzisiaj gryzę :-)
Gryzę tak szczególnie i w sposób jedyny w swoim rodzaju.
Gryzę ciepłym oddechem, gryzę muśnięciem dłoni, gryzę miękkością ust...
Gryzę niegrzecznymi myślami.
Przypadkowa rozmowa z przypadkowo poznaną osobą zaskutkowała nie tylko fascynującą dyskusją ale i zaproszeniem na wystawę do galerii. Jednak warto się czasem do kogoś bezinteresownie uśmiechnąć :-)
Dzisiaj emocje parują ze mnie wszystkimi porami skóry, czuję się jak mała, nakręcona i tykająca bomba zegarowa. Mam ochotę nakręcić kolejny film z rodzaju tych, których nie pokażę nikomu, które mam dla siebie samej. Wystarczy mi świadomość, że istnieją, że zawsze mogę wrócić do tej chwili, że zawsze mogę nasycić tym nastrojem siebie samą. Taki mój zapas pozytywnych emocji i pasji jednego rodzaju.
Dzisiaj jest wieczór gdy najchętniej zasiadłabym seksownie ubrana do partyjki pokera przy kieliszku wina. Niestety ani wina, ani umiejętności gry w pokera nie posiadłam. A i towarzystwo, w którym najchętniej bym zasiadła jest daleko. Dlatego wystarczy mi wspomnienie tego nastroju, za duży sweter opadający z jhednego ramienia i kubek z odgazowaną colą. I gra w scrabble z kimś kogo kompletnie nie znam, z kimś kto jest jedynie bezosobowym nickiem. Niezobowiązująca konwersacja, może niewinny flirt... Coś co poprawia nastrój jeszcze bardziej i co nie wykracza poza nieprzekraczalne granice mej samej, coś co nie wkracza do mojego swiata. Tego wypielęgnowanego. Przeznaczonego tylko dla nas...
Gryzę.
Drapię.
Mruczę.
Sobie w myślach.
Śląc odbicia i echo tego wszystkiego w jego myśli.
Dlaczego?
Bo tak.
Bo mam taki kaprys.
Bo chcę.
niedziela, 16 stycznia 2011
Oczy na zapałki...
Powoli osiągam ten poziom zmęczenia, w którym zaczyna mi być wszystko jedno jakie emocje mnie otaczają. Po prostu wyczerpują mi się bateryjki, a co za tym idzie, maleje wrażliwość na bodźce zewnętrzne.
Oczy mam na zapałki a w głowie pustkę. Niebawem zacznę zasypiać na stojąco. Ten stan miewa swoje dobre strony - jestem zbyt zmęczona na durne myśli i zanikają skłonności do bezsensownych rozważań.
Dzień przerywany ziewaniem. Nie wyspałam się znów, ale zaczynam przywykać do tego stanu. Na całe szczęście nie wymagano ode mnie dzisiaj zbytniej sprawności fizycznej ani nadmiernej działalności motorycznej.
Śniadanio-obiad w Pasji Smaku pachniał strogonowem (pysznym!) i zieloną herbatą. I dyskusją o Wilkołaku :) Całkiem miłą i brzemienną w skutkach.
Sesja oszałamiająca! Bardzo mi się podobała, chcę więcej! :)
Spałam krótko, ale za to zasypiało mi się cudownie.
Tęsknię.
Dzisiejszy dzień na wariackich papierach. Dużo bieganiny, troszkę niezbyt wygodnych tematów w rozmowie z babcią, ale za to kapitalna wizyta u dziadka. Bilans na plus.
Tęsknię.
Jak nigdy mam ochotę na partię szachów.
Oczy mam na zapałki a w głowie pustkę. Niebawem zacznę zasypiać na stojąco. Ten stan miewa swoje dobre strony - jestem zbyt zmęczona na durne myśli i zanikają skłonności do bezsensownych rozważań.
Dzień przerywany ziewaniem. Nie wyspałam się znów, ale zaczynam przywykać do tego stanu. Na całe szczęście nie wymagano ode mnie dzisiaj zbytniej sprawności fizycznej ani nadmiernej działalności motorycznej.
Śniadanio-obiad w Pasji Smaku pachniał strogonowem (pysznym!) i zieloną herbatą. I dyskusją o Wilkołaku :) Całkiem miłą i brzemienną w skutkach.
Sesja oszałamiająca! Bardzo mi się podobała, chcę więcej! :)
Spałam krótko, ale za to zasypiało mi się cudownie.
Tęsknię.
Dzisiejszy dzień na wariackich papierach. Dużo bieganiny, troszkę niezbyt wygodnych tematów w rozmowie z babcią, ale za to kapitalna wizyta u dziadka. Bilans na plus.
Tęsknię.
Jak nigdy mam ochotę na partię szachów.
sobota, 15 stycznia 2011
Czasem po prostu opuszczasz gardę i dostajesz w mordę.
Wprowadzenie do Wilka to był kawał niezłej zabawy, przynajmniej dla mnie.
Wieczór zdecydowanie inny niż planowany - zero kina, wina zaledwie kieliszek, "Wilk" z Nicholsonem leży odłogiem. Humor - bez rewelacji. Sporo bezsensownych słów i niepotrzebna dyskusja.
Macie czasem chęć na bieg aż do upadłego? Albo na krzyk do zdarcia gardła? Albo na uporczywe uderzanie czegoś aż się nie rozpadnie albo to coś albo Wy sami? Macie? Jeżeli tak to welcome to my world.
Dzisiaj przede wszystkim mam ochotę krzyczeć, głośno, daleko, wysoko. Krzyczeć aż zaboli mnie w klatce i zagłuszy to dudnienie w okolicy serca. Czuję się jak w klatce. W klatce własnych słabości i namiętności. W klatce własnego umysłu, który płata figle. Zdławiona chęć ucieczki i wycofania ciąży na wątrobie a dziwne szepty intuicji jeżą włosy na przedramionach. Z tyłu głowy mi łupie, że to wszystko niebawem odbije mi się czkawką, ze niektóre rzeczy nie są tym na co wyglądają i że zapętlam się w czymś co niekoniecznie jest właściwe.
Brak mi dystansu, brak mi słów, brak mi ochoty na głęboki oddech. Znów łapię się na tym, ze zakładam sztuczny uśmiech i wciskam się w szablon pt "Wszystko-jest-w-porządku" A wszystko we mnie krzyczy że nie jest. Zamykam się w szczelnym kokonie tego co powinnam. Ciało jest zbyt ciasne i kokon pęka, rozrywany przez wyrzucony z ciała kręgosłup moralny, namiętności i zazdrość. Wybuchowa mieszanka mnie samej, której nie potrafię utrzymać wewnątrz. Rozlewa się po okolicy i wywołuje pieczenie oczu. Potem pojawiają się łzy. Płyną, płyną, płyną. Zamieniają się w rzekę bez końca. A potem nadchodzi pustka. Tylko ciężar z serca nie znika.
Dzisiaj jestem przerażona. Tak do cna i bez granic. Wszystko we mnie drży i krzyczy. Przerażeniem. Bólem. Eksploduje gniewem.
Kłamstwa.
Są wszędzie.
Kłamstwa.
Wbijają we mnie swe szpony.
Nie umiem się im wyrwać.
Mam ochotę się poddać.
Po prostu.
Raz na zawsze.
Teraz.
Już...
Nie umiem pomagać.
Od jakiegoś czasu, nie umiem.
Nie mogę.
Utraciłam to.
Miotam się.
Wszystko krzyczy.
Nie jestem dla nikogo.
Nikt nie jest dla mnie.
Niosę ból.
Niosę cierpienie.
Niosę pustkę.
Świat eksploduje samotnością.
Nie wiem już czy to moje emocje, czy czyjeś.
Sama....
W ciszy łez...
Za dużo...
czwartek, 13 stycznia 2011
Retrospekcja czy nostalgia? A kogo to obchodzi.
Susie Suh wprawiła mnie w nostalgiczny nastrój. Wspominam... Ja wiem, że to nie wpływ samej muzyki, a raczej terminu. Na dniach mija rok... Wspomnienia przepływają różne, te pełne smutku i te pełne radości, chwile pełne łez i te pełne szalonego uśmiechu.
Ostatnio zaczynam zbierać i kolekcjonować chwile szczęścia, takie nowe hobby. Zbieram je sobie do pudełeczek i upycham w kątach siebie, na czarne minuty.
Dzisiejszy dzień nieco przygnębił mnie, wizyta w sądzie i złożenie pozwu nie należy do moich ulubionych czynności. Stało się. Pieczątka przybita. Teraz czekać należy jedynie na pismo z terminem rozprawy.
Po powrocie do domu pochłonęłam kilka rurek z bitą śmietaną, zapiłam piwem i zagryzłam chipsami z koperkiem, obejrzałam Wilkołaka a potem wkroczyła Susie Suh. I właśnie jedna z jej piosenek przypomniała mi o wizycie w C. Gdzieś z marca albo początku kwietnia. Jedną z najsmutniejszych i najgorszych. Sięgnęłam szybciutko po pudełeczko ze szczęściem i czekoladkę Lindt. Reakcja była natychmiastowa - endorfiny uwolniły z pamięci wizję kilku starych maili. Przegrzebałam archiwum i chwilę później wyłam ze śmiechu przypominając sobie zarówno moje reakcje na słowo czytane jak i wszystko to co temu towarzyszyło.
Nie chce mi się wierzyć, że to już rok. Zleciało szybko, obfitowało w różne emocje, umarło tyle marzeń a na ich miejsce pojawiło się tysiąc innych, rzeczywistość nabrała tak odmiennego kształtu w porównaniu z tym jaka była na początku. Rok zmian.
Rocznice to dziwne uroczystości mające znaczenie jedynie dla samych zainteresowanych. Jak pokazało moje doświadczenie, to też nie dla wszystkich. Czasami trudno mówić w ogóle o rocznicach, bo czas pocięty jest rozstaniami, zejściami, rozstaniami... Jak wtedy w ogóle można to liczyć. Ja mam swój kalendarz i swoje małe święta. Rocznica pierwszego uśmiechu dziecka przyjaciółki. Rocznica pierwszej otrzymanej od kogoś róży. Rocznica pierwszego samotnego spaceru. W terminarzu mam nawet rocznicę pierwszego popełnionego głupstwa. ;-)
Niektóre rocznice należy spędzać samotnie. Inne wręcz przeciwnie. Są także takie, które najchętniej spędza się samemu, bo tak, po prostu. Najbliższa taka dla mnie przyjdzie z końcem lutego. W ten jeden jedyny dzień w roku wsiadam w pociąg i jadę do NDM. Zaopatrzona w termos z gorącą herbatą i kanapki. Siadam przy Kochanej i rozmawiam. Zazwyczaj wracam przemarznięta i zmęczona, potem odkupuję eskapadę katarem i lekkim przeziębieniem, ale dzięki temu wszystkiemu zamieniam smutny dzień na taki, podczas którego się uśmiecham. Nie lubię tego dnia spędzać z rodziną, oni nie rozumieją kim naprawdę dla mnie była Kochana, nie pojmują że z chęcią siedzę kilka godzin na cmentarzu i mówię, opowiadam, śmieję się. Nie rozumieją, że tam i wówczas nawet drzewa szumią inaczej. Ja wiem i rozumiem. Nie spotkałam chyba jeszcze nikogo kto by to zrozumiał,
Jutrzejszy wieczór zamierzam spędzić przy dźwiękach miłej uchu muzyki, świecach i butelce wina. Bez względu na to co będzie się działo za ścianą. W najgorszym razie zrobię sobie wieczorny wypad do kina. Zamierzam się uśmiechać i miło wspominać. I marzyć. Przede wszystkim marzyć. Jutro pozwolę sobie na popuszczenie wodzy fantazji i gdybanie. Z nikim się tym nie będę dzielić, to będzie tylko moje. Zatrzymam to zachłannie dla siebie, w moim sacrum. :) Zupełnie nieważne że ta rocznica tak naprawdę, technicznie rzecz biorąc, nie jest żadną rocznicą. Przez listopad. Ale ja ten miesiąc najchętniej wycięłabym z pamięci. Przynajmniej w tym względzie. Także dla mnie osobiście rocznica, może zupełnie malutka, ma miejsce. I będę ją sobie obchodzić. Bo tak.
A plany na dzisiaj? Po obejrzeniu zdjęć przyszłego fotografa M. i przedyskutowaniu z nią kilku kwestii dotyczących wesela odetchnęłam spokojnie. Dalej zamierzam obejrzeć "Wilka" z Nicholsonem - film uwielbiam i myślę, że dobrze mnie nastroi do sobotniej sesji.
Z pozytywnych stron dzisiejszego dnia - uczyniłam duży krok naprzód, trwając w swej drodze. Poza tym przyszła wiadomość, że prezent dla S. można już odebrać. I to jest mega dobra informacja.
Ostatnio zaczynam zbierać i kolekcjonować chwile szczęścia, takie nowe hobby. Zbieram je sobie do pudełeczek i upycham w kątach siebie, na czarne minuty.
Dzisiejszy dzień nieco przygnębił mnie, wizyta w sądzie i złożenie pozwu nie należy do moich ulubionych czynności. Stało się. Pieczątka przybita. Teraz czekać należy jedynie na pismo z terminem rozprawy.
Po powrocie do domu pochłonęłam kilka rurek z bitą śmietaną, zapiłam piwem i zagryzłam chipsami z koperkiem, obejrzałam Wilkołaka a potem wkroczyła Susie Suh. I właśnie jedna z jej piosenek przypomniała mi o wizycie w C. Gdzieś z marca albo początku kwietnia. Jedną z najsmutniejszych i najgorszych. Sięgnęłam szybciutko po pudełeczko ze szczęściem i czekoladkę Lindt. Reakcja była natychmiastowa - endorfiny uwolniły z pamięci wizję kilku starych maili. Przegrzebałam archiwum i chwilę później wyłam ze śmiechu przypominając sobie zarówno moje reakcje na słowo czytane jak i wszystko to co temu towarzyszyło.
Nie chce mi się wierzyć, że to już rok. Zleciało szybko, obfitowało w różne emocje, umarło tyle marzeń a na ich miejsce pojawiło się tysiąc innych, rzeczywistość nabrała tak odmiennego kształtu w porównaniu z tym jaka była na początku. Rok zmian.
Rocznice to dziwne uroczystości mające znaczenie jedynie dla samych zainteresowanych. Jak pokazało moje doświadczenie, to też nie dla wszystkich. Czasami trudno mówić w ogóle o rocznicach, bo czas pocięty jest rozstaniami, zejściami, rozstaniami... Jak wtedy w ogóle można to liczyć. Ja mam swój kalendarz i swoje małe święta. Rocznica pierwszego uśmiechu dziecka przyjaciółki. Rocznica pierwszej otrzymanej od kogoś róży. Rocznica pierwszego samotnego spaceru. W terminarzu mam nawet rocznicę pierwszego popełnionego głupstwa. ;-)
Niektóre rocznice należy spędzać samotnie. Inne wręcz przeciwnie. Są także takie, które najchętniej spędza się samemu, bo tak, po prostu. Najbliższa taka dla mnie przyjdzie z końcem lutego. W ten jeden jedyny dzień w roku wsiadam w pociąg i jadę do NDM. Zaopatrzona w termos z gorącą herbatą i kanapki. Siadam przy Kochanej i rozmawiam. Zazwyczaj wracam przemarznięta i zmęczona, potem odkupuję eskapadę katarem i lekkim przeziębieniem, ale dzięki temu wszystkiemu zamieniam smutny dzień na taki, podczas którego się uśmiecham. Nie lubię tego dnia spędzać z rodziną, oni nie rozumieją kim naprawdę dla mnie była Kochana, nie pojmują że z chęcią siedzę kilka godzin na cmentarzu i mówię, opowiadam, śmieję się. Nie rozumieją, że tam i wówczas nawet drzewa szumią inaczej. Ja wiem i rozumiem. Nie spotkałam chyba jeszcze nikogo kto by to zrozumiał,
Jutrzejszy wieczór zamierzam spędzić przy dźwiękach miłej uchu muzyki, świecach i butelce wina. Bez względu na to co będzie się działo za ścianą. W najgorszym razie zrobię sobie wieczorny wypad do kina. Zamierzam się uśmiechać i miło wspominać. I marzyć. Przede wszystkim marzyć. Jutro pozwolę sobie na popuszczenie wodzy fantazji i gdybanie. Z nikim się tym nie będę dzielić, to będzie tylko moje. Zatrzymam to zachłannie dla siebie, w moim sacrum. :) Zupełnie nieważne że ta rocznica tak naprawdę, technicznie rzecz biorąc, nie jest żadną rocznicą. Przez listopad. Ale ja ten miesiąc najchętniej wycięłabym z pamięci. Przynajmniej w tym względzie. Także dla mnie osobiście rocznica, może zupełnie malutka, ma miejsce. I będę ją sobie obchodzić. Bo tak.
A plany na dzisiaj? Po obejrzeniu zdjęć przyszłego fotografa M. i przedyskutowaniu z nią kilku kwestii dotyczących wesela odetchnęłam spokojnie. Dalej zamierzam obejrzeć "Wilka" z Nicholsonem - film uwielbiam i myślę, że dobrze mnie nastroi do sobotniej sesji.
Z pozytywnych stron dzisiejszego dnia - uczyniłam duży krok naprzód, trwając w swej drodze. Poza tym przyszła wiadomość, że prezent dla S. można już odebrać. I to jest mega dobra informacja.
wtorek, 11 stycznia 2011
Śnię...
Dzisiaj jest dzień który najchętniej bym przespała. Spałam kiepsko, snem urywanym i niezbyt spokojnym, dzień zaczęłam bólem kręgosłupa. Musiałam dziwnie się w nocy zwijać. Potem kochana Era przysłała mi sms, w którym poinformowano mnie o zablokowaniu karty sim na połączenia wychodzące z powodu zaległych opłat. Oczy niemal wyskoczyły mi z orbitek, obiegły pokój dokoła trzy razy i wróciły na miejsce. Użeranie się z ludźmi z biura obsługi nie było najprzyjemniejsze, straciłam cierpliwość.... Wieczorem okazało się że wpłaty zaksiegowano, zaległość nie istnieje, ale karta zablokowana jest nadal. Hate, hate, hate... W ramach relaksu wysłałam kilka maili i obejrzałam dwie części "Księcia..." - odmóżdżające ale pozwoliło zapomnieć i zrelaksować się, prawdę mówiąc zresetowało mi myślenie. Odwiedziny A. były najmilszym elementem dzisiejszego dnia. Mimo terroryzmu Tris. :-) Obżarłyśmy się pizzą, pośmiałyśmy się, poknułyśmy... Przez chwilę nawet tęsknota przestała mnie nękać. Wpadł na chwilę A. Zawarliśmy pewien układ w odniesieniu do sesji Wilkołaka. Może być całkiem ciekawie. Przeraża mnie nieco wizja nazywania mnie przez watahę "Króliczkiem", ale.... w sumie może to być interesujące. Szczególnie jeżeli się weźmie pod uwagę moją główną wadę :-D
A&A pomknęli do domu a ja zostałam sama. Jeżeli nie liczyć Ł. i kotki. Ta ostatnia znów upodobała sobie moje łóżko, ale to mi zupełnie nie przeszkadza. Czuję się raźniej słysząc jej mruczenie.
S. milczy dzisiaj. Śnił mi się w jakimś dziwnym śnie. Nie do końca jestem w stanie go ogarnąć, nawet nie pamiętam dobrze o co chodziło. Obudziłam się po prostu z niesmakiem mentalno-emocjonalnym. Dziwna sprawa. Nie rozmyślam o tym. Po prostu zostawiam. Brak mi rozmów...
Śnię...
Dzisiaj pragnę śnić nawet na jawie, bo wtedy usypiam rozum, usypiam procesy myślowe. Śnię...
A&A pomknęli do domu a ja zostałam sama. Jeżeli nie liczyć Ł. i kotki. Ta ostatnia znów upodobała sobie moje łóżko, ale to mi zupełnie nie przeszkadza. Czuję się raźniej słysząc jej mruczenie.
S. milczy dzisiaj. Śnił mi się w jakimś dziwnym śnie. Nie do końca jestem w stanie go ogarnąć, nawet nie pamiętam dobrze o co chodziło. Obudziłam się po prostu z niesmakiem mentalno-emocjonalnym. Dziwna sprawa. Nie rozmyślam o tym. Po prostu zostawiam. Brak mi rozmów...
Śnię...
Dzisiaj pragnę śnić nawet na jawie, bo wtedy usypiam rozum, usypiam procesy myślowe. Śnię...
Nat King Cole, świece i kubek herbata.
Najpierw Clapton i Cocker, a teraz Nat King Cole pieści moje uszy. Świece nadal się palą, a dzbanek gorącej herbaty paruje na stoliku. Jest mi dobrze. Niemal.
Półka dalej tchnie symbolizmem i z tym mi też dobrze.
Przez myśli przemyka piosenka, którą ostatnio tak często słyszałam... Po kątach mieszkania przebrzmiewa jeszcze głos, nieco zachrypnięty, ciepły, miękki. Owija się wokół mnie i lekko pęta serce, rozkosznie muska szyję i powoduje ciche westchnienie.
Od soboty zdążyłam się stęsknić, w domu jakoś pusto i zbyt cicho, nawet Tris osowiała śpi na krześle obok. W pokoju nagle zrobiło się o kilka stopni chłodniej, do spania nagle potrzebuję też koca, poduszki przestały być tak miękkie i wygodne, ale za to zyskałam ciepłe i miłe kapcie.
Podśpiewuję sobie pod nosem mimo, że śpiewać nie umiem. Słoń na ucho nadepnął, na to nic nie poradzę, ale miłość do muzyki i śpiewu została. Staram się nie narażać innych na te okropne dźwięki i nucę sobie samotnie. Kotu nie przeszkadza, szyby nie pękają a mnie się lżej na duszy robi, gdy śpiewam. Najlepiej mi robi Hayley Westenra. Jej głos odpowiada mi barwą, jako że mam tendencję do uderzania w wysokie tony. Nat King Cole'a sobie nie pośpiewam, ale co innego.... Why, the hell, no?
niedziela, 9 stycznia 2011
Symbolika codzienności
Zasnęłam nad ranem, śniłam sen krótki acz spokojny, pełen szumiących traw i zagajnika brzozowego, pełen śpiewu ptaków i kojącej ciszy. Przespałam budzik. Dzień przywitałam temperaturą, chrypą i bólem gardła. Gripp-Heel znów uratował mi życie. Dawka uderzeniowa, krótkotrwałe 39 stopni i już czuję się lepiej.
W ramach temperaturowego odpału zrobiłam porządek w szafie.
Zwolniłam jedną półkę w szafie, na której obecnie króluje jedna bluza, para skarpetek pięciopalczastych i jedna koszulka. Symbolicznie...
Wpatruję się w nią i jakoś tak mi dziwnie. Nie, nie jest mi źle z tym, nie czuję się niekomfortowo, nic z tych rzeczy. Po prostu tak dziwnie. Z jednej strony to poważny krok, z drugiej jakoś tak mi z tym dobrze i właściwie. Tak naturalnie. To dziwna mieszanka uczuć.
Zdaję sobie sprawę, że wystarczy na tej samej półce położyć choćby jeden z moich swetrów i straci swoje znaczenie symboliczne, już nie będzie tym samym. Ale jakoś tak jak teraz jest dobrze.
W łazience na półeczce stoi dodatkowy Wilkinson, w kubeczku jest dodatkowa szczoteczka do zębów... I to wszystko nie powoduje we mnie zgrzytu, tylko poczucie że tak właśnie powinno być. To całkiem miłe uczucie.
Symbolika...
Symbolicznie mam ochotę to uczcić.
Symbolicznym łykiem szampana, którego nie mam. Zadowoliłam się herbatą z sokiem malinowym.
Tak symbolicznie....
W ramach temperaturowego odpału zrobiłam porządek w szafie.
Zwolniłam jedną półkę w szafie, na której obecnie króluje jedna bluza, para skarpetek pięciopalczastych i jedna koszulka. Symbolicznie...
Wpatruję się w nią i jakoś tak mi dziwnie. Nie, nie jest mi źle z tym, nie czuję się niekomfortowo, nic z tych rzeczy. Po prostu tak dziwnie. Z jednej strony to poważny krok, z drugiej jakoś tak mi z tym dobrze i właściwie. Tak naturalnie. To dziwna mieszanka uczuć.
Zdaję sobie sprawę, że wystarczy na tej samej półce położyć choćby jeden z moich swetrów i straci swoje znaczenie symboliczne, już nie będzie tym samym. Ale jakoś tak jak teraz jest dobrze.
W łazience na półeczce stoi dodatkowy Wilkinson, w kubeczku jest dodatkowa szczoteczka do zębów... I to wszystko nie powoduje we mnie zgrzytu, tylko poczucie że tak właśnie powinno być. To całkiem miłe uczucie.
Symbolika...
Symbolicznie mam ochotę to uczcić.
Symbolicznym łykiem szampana, którego nie mam. Zadowoliłam się herbatą z sokiem malinowym.
Tak symbolicznie....
Śmiech to zdrowie.
Rozpoczęłam terapię śmiechem. Dzięki uprzejmości sylwestrowej A&A odkryłam Whose Line... i dzięki temu zasypiam w dobrym nastroju. No dobrze, to nie jest jedyny powód, ale nie wdawajmy się w szczegóły... W zasadzie, to mniej ważny z tych powodów, ale zakończmy temat pozostawiając choćby szczątkową zasłonę tajemnicy ;-)
Niemniej jednak Whose Line i Drew Carey pomagają mi śmiać się szeroko i szczerze, aż do łez. To cudowne uczucie po miesiącach płaczu z zupełnie innymi emocjami w zanadrzu.
Od kilku lat nie robię żadnych postanowień noworocznych i ten rok nie był wyjątkiem. Jednak myślę, że jedną rzecz mogłabym rozważyć - moje nastawienie do życia. Odłączyć i wyrzucić to, co mnie ogranicza i spowalnia, zaś wzmocnić i wydobyć na światło dzienne to, co mnie uskrzydla. Czy to nie byłaby miła odmiana?
Zdałam sobie sprawę, że jestem ludziom potrzebna, jestem dla nich ważna, tak samo jak oni dla mnie, jednak to nie znaczy, że muszę uginać się pod ciężarem ich problemów i emocji. Czas na odgrodzenie się od nich w sposób bezpieczny dla mnie, traktowania tego wszystkiego co się dzieje u nich ze zdrowym dystansem, który nie zobojętnia a jedynie chroni mnie samą. Tym sposobem i wilk syty i owca cała.
Na nowo polubiłam nocne rozmowy, co prawda rzadkie ale nadal wnoszące wiele do mojego życia. Może nawet więcej niż wcześniej?
Polubiłam na nowo milczenie we dwoje - nie skrępowane a relaksujące, odprężające.
Na nowo polubiłam zapach tytoniu wieczorami i ciepłą obecność pachnącą piżmem. Na nowo przekonuję się, że mogę sobie pozwolić na komfort polegania na kimś i nie rezygnuję chociaż to nie jest łatwe zadanie i wymaga wiele wysiłku. Ale idea i cel są warte każdej ceny.
Wiem, że dzięki przełamaniu się będę jeszcze szczęśliwsza i uczynię kogoś szczęśliwszym. I będę śmiać się częściej, czyściej, mocniej. Prawdziwiej. Bez tego dziwacznego ciężaru pojawiającego się od czasu do czasu.
Śmiech to zdrowie.
Śmiech to lekarstwo.
Na wszystko.
Niemniej jednak Whose Line i Drew Carey pomagają mi śmiać się szeroko i szczerze, aż do łez. To cudowne uczucie po miesiącach płaczu z zupełnie innymi emocjami w zanadrzu.
Od kilku lat nie robię żadnych postanowień noworocznych i ten rok nie był wyjątkiem. Jednak myślę, że jedną rzecz mogłabym rozważyć - moje nastawienie do życia. Odłączyć i wyrzucić to, co mnie ogranicza i spowalnia, zaś wzmocnić i wydobyć na światło dzienne to, co mnie uskrzydla. Czy to nie byłaby miła odmiana?
Zdałam sobie sprawę, że jestem ludziom potrzebna, jestem dla nich ważna, tak samo jak oni dla mnie, jednak to nie znaczy, że muszę uginać się pod ciężarem ich problemów i emocji. Czas na odgrodzenie się od nich w sposób bezpieczny dla mnie, traktowania tego wszystkiego co się dzieje u nich ze zdrowym dystansem, który nie zobojętnia a jedynie chroni mnie samą. Tym sposobem i wilk syty i owca cała.
Na nowo polubiłam nocne rozmowy, co prawda rzadkie ale nadal wnoszące wiele do mojego życia. Może nawet więcej niż wcześniej?
Polubiłam na nowo milczenie we dwoje - nie skrępowane a relaksujące, odprężające.
Na nowo polubiłam zapach tytoniu wieczorami i ciepłą obecność pachnącą piżmem. Na nowo przekonuję się, że mogę sobie pozwolić na komfort polegania na kimś i nie rezygnuję chociaż to nie jest łatwe zadanie i wymaga wiele wysiłku. Ale idea i cel są warte każdej ceny.
Wiem, że dzięki przełamaniu się będę jeszcze szczęśliwsza i uczynię kogoś szczęśliwszym. I będę śmiać się częściej, czyściej, mocniej. Prawdziwiej. Bez tego dziwacznego ciężaru pojawiającego się od czasu do czasu.
Śmiech to zdrowie.
Śmiech to lekarstwo.
Na wszystko.
sobota, 8 stycznia 2011
Jak nowo narodzona...
Oddycham, śpię, żyję...
W zasadzie czuję się jak nowo narodzona.
Odzyskałam wiarę i serce, na nowo uczę się słuchać i rozumieć. W duszy panuje spokój i nie wyzywam tego na górze od niedołężnych i złośliwych. ;-)
W dwa tygodnie odzyskałam wiarę w miłość i to, że może być wszystko tak jak tego chcę i potrzebuję.
W dwa tygodnie nabrałam pewności, że jestem kochana, ważna i cenna, że jestem warta każdego wysiłku i zmiany.
W dwa tygodnie wróciło mi zaufanie i potrzeba bliskości.
Dwa tygodnie...
Bóg na stworzenie świata potrzebował tygodnia.
Ja z jego pomocą odbudowałam siebie w dwa..
Stwierdzam, ze jednak cuda się zdarzają.
A S.... S. to S. Jedyny, niepowtarzalny, kochany i kochający Anioł. Mój Anioł Stróż :-)
W zasadzie czuję się jak nowo narodzona.
Odzyskałam wiarę i serce, na nowo uczę się słuchać i rozumieć. W duszy panuje spokój i nie wyzywam tego na górze od niedołężnych i złośliwych. ;-)
W dwa tygodnie odzyskałam wiarę w miłość i to, że może być wszystko tak jak tego chcę i potrzebuję.
W dwa tygodnie nabrałam pewności, że jestem kochana, ważna i cenna, że jestem warta każdego wysiłku i zmiany.
W dwa tygodnie wróciło mi zaufanie i potrzeba bliskości.
Dwa tygodnie...
Bóg na stworzenie świata potrzebował tygodnia.
Ja z jego pomocą odbudowałam siebie w dwa..
Stwierdzam, ze jednak cuda się zdarzają.
A S.... S. to S. Jedyny, niepowtarzalny, kochany i kochający Anioł. Mój Anioł Stróż :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
