wtorek, 11 stycznia 2011
Nat King Cole, świece i kubek herbata.
Najpierw Clapton i Cocker, a teraz Nat King Cole pieści moje uszy. Świece nadal się palą, a dzbanek gorącej herbaty paruje na stoliku. Jest mi dobrze. Niemal.
Półka dalej tchnie symbolizmem i z tym mi też dobrze.
Przez myśli przemyka piosenka, którą ostatnio tak często słyszałam... Po kątach mieszkania przebrzmiewa jeszcze głos, nieco zachrypnięty, ciepły, miękki. Owija się wokół mnie i lekko pęta serce, rozkosznie muska szyję i powoduje ciche westchnienie.
Od soboty zdążyłam się stęsknić, w domu jakoś pusto i zbyt cicho, nawet Tris osowiała śpi na krześle obok. W pokoju nagle zrobiło się o kilka stopni chłodniej, do spania nagle potrzebuję też koca, poduszki przestały być tak miękkie i wygodne, ale za to zyskałam ciepłe i miłe kapcie.
Podśpiewuję sobie pod nosem mimo, że śpiewać nie umiem. Słoń na ucho nadepnął, na to nic nie poradzę, ale miłość do muzyki i śpiewu została. Staram się nie narażać innych na te okropne dźwięki i nucę sobie samotnie. Kotu nie przeszkadza, szyby nie pękają a mnie się lżej na duszy robi, gdy śpiewam. Najlepiej mi robi Hayley Westenra. Jej głos odpowiada mi barwą, jako że mam tendencję do uderzania w wysokie tony. Nat King Cole'a sobie nie pośpiewam, ale co innego.... Why, the hell, no?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz