Powoli zaczyna mnie ogarniać tumiwisizm i obojętność. Niedługo nie będzie na mnie żadnego wrażenia robiło to, co teraz mnie boli.
Ogarnia mnie ten rodzaj obojętności, przy której życie smakuje jak tektura, traci zapach, smak, aromat, kolory i miękkość. Wszystko staje się bezbarwną masą, która przecieka przez palce bez żadnego wyrazu.
Podobno człowiek bez marzeń umiera. Ja umieram na własne życzenie, bo zamordowałam marzenia.
No nie, przepraszam, mam jedno maluteńkie. Maciupkie. Takie tylko dla mnie...
Czuję się zmęczona i kompletnie wyczerpana psychicznie i emocjonalnie.
Wyjazd, podczas którego miałam wszystko poukładać, okazał się pod tym względem niezbyt fartowny. Wróciłam pozbawiona połowy serca, połowy duszy i jednej różowej świecy, a także z kolejną porcją wątpliwości graniczących z kryzysem światopoglądowym. Nie wiem w co i komu mam wierzyć. Nie wiem komu mam ufać, skoro nie mogę ufać nawet samej sobie. Nie wiem na czym mam się oprzeć i gdzie zakotwiczyć, by się nie rozpaść. Jest mi słabo od natłoku myśli i natłoku słów. Jest mi niedobrze od nadmiaru emocji. Jest mi ciężko od niepewności i umierającej nadziei i wiary w to, że można wszystko zwyciężyć, że miłość pokona wszystko... Okazuje się, że są rzeczy mogące pokonać miłość. Rzeczy potrafiące zmiażdżyć ją w jednej chwili i pozostawić nas bez tchu i możliwości złapania kolejnego oddechu. Tak byśmy w ostatniej sekundzie mieli jeszcze czas na zastanowienie się czy mogliśmy temu zapobiec. Nie doczekamy już oczywistej odpowiedzi wyszeptanej przez wiatr: Nie.... Ja chcę by on był szczęśliwy, on chce żebym ja była szczęśliwa... Tylko drogi do szczęścia nam się rozjechały... Mamy impas. Taki bez możliwego kompromisu, chociaż ten, który ustaliliśmy, pozbawiony jest satysfakcji i ukontentowania.
Obiecałam jedynie, że będzie mnie widział szczęśliwą. Słowa dotrzymam.
Nie obiecałam, że będę...
Nie umiem odejść. Nie chcę!
Całą drogę do Warszawy udawałam, że śpię. Płakałam...
Pierwsza noc: Płakałam...
Wczoraj: Płakałam...
Sądzę, że na dziś zabrakło mi już łez.
Wczoraj gawędząc w milczeniu i samotności z duchem Kochanej uzmysłowiłam sobie, co w tej chwili i w obecnej sytuacji mogłoby mnie uszczęśliwić. To ostatni bastion moich marzeń skrywający to jedno jedyne... i nieosiągalne. Nie mam prawa o to prosić. To egoistyczne, samolubne i niedojrzałe. I absolutnie niemożliwe do spełnienia, ale resztką nadziei uchwyciłam się tego ziarenka jak tonący brzytwy. Jeden strzał, jedna próba, jedna szansa... Ostatnia... Ciekawe czy przewrotny los okaże się na tyle łaskawy by mi to umożliwić albo chociaż nie przeszkadzać?
Nie gdybam. Nie obiecuję sobie nic. Nie planuję.... Skończyłam z tym raz na zawsze.
Tumiwisizm...
Kochana jest ze mną, czuję jej opiekuńcze tchnienie. Bez jej pomocy nie utrzymałabym okruchów siebie w jednej kupie. I tak mam wrażenie jakbym za chwilę miała się rozpaść na milion małych kawałków, a w sklepie akurat zabrakło kleju do posklejania tej skorupy...
Wszystko się komplikuje w tempie błyskawicznym i zaczynam się czuć jak Hiob. Wali się już nie tylko tynk, wali mi się cały sufit na głowę. Mam ochotę uciec z krzykiem albo wsadzić głowę w piasek. Mam ochotę wykrzyczeć: Dajcie mi wszyscy święty spokój!
L. wraca z Londynu. Chce u mnie zostać przez tydzień. Oczywiście się zgodziłam, bo jakbym mogła odmówić?
A. okazała się dziwacznym tworem, który komentuje i ocenia moje postępowanie. Boli.
Ł. ledwie chyba wytrzymuje mój obecny nastrój.
K. znów imputuje mi, że nie wiem czego chcę. Jego zdaniem chyba powinnam przeprosić za wszystko i wrócić z podkulonym ogonem.
S. nie chce mnie ranić a rani. Kocha ale w sposób dziwaczny i pokręcony. Boli. Przyjeżdża na moje urodziny. Chyba. Pewnie zostanie do soboty.
I wszystko na raz, wszystko w jednym czasie.
Gdzie ja pomieszczę Ł., L. i S. w jednym momencie, nie tylko w mieszkaniu ale przede wszystkim w życiu i dobie.
Głupio mi poprosić Ł. żeby na tych kilka dni pojechał do K. W końcu Ł. ze mną mieszka, to tak samo jego dom jak i mój.
Głupio mi poprosić L. żeby jednak wstrzymała się z przyjazdem może... Stęskniłam się za nią ale wiem, że będzie wymagała absolutnej uwagi. Nie mam na to siły, naprawdę.
Chciałabym spędzić z S. kilka chwil sam na sam....szczególnie teraz kiedy mam wrażenie, że katastrofa gna w moją stronę z szybkością światła. Zupełnie jakby te kilka dni miało być ostatnimi dniami spędzonymi razem... Irracjonalne i głupie uczucie, które boli.
Chce mi sie wyć, chce mi się drzeć pazurami co popadnie, chce mi się rzygać tym wszystkim.
Znów kołaczę się uwięziona między tym co wypada, co powinnam a co mogę. Uparcie staram się zignorować to czego chcę.
Uciec. Biec przed siebie. W las. W drzewa. W watahę wilków. Wydobyc z gardła skowyt i poczuc się wolną.
Od wszystkiego.
Wszystkich.
Za dużo ludzi, za dużo emocji, za dużo słów.
Potrzebuję ciszy.
Milczenia.
Subtelnego szeptu drzew.
Milczenia ziemi.
Milczenia
Ciszy
Ciszy
Ciszy...
Takiej, w której zapomniałabym brzmienia swojego własnego głosu.
Takiej, w której zapomniałabym własnego imienia.
Takiej, w której zapomniałabym siebie.
Takiej... dzikiej...
Wolnej..
Mojej...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz