Zmęczona jestem i dojrzałam do porządków w życiu. Tych ostatecznych.
Sprawa z S. mnie męczy bo tak do końca nie wiem o co chodzi. To, co dostaję przez telefon jest jedynie zaczątkiem, trudno się rozmawia nie w cztery oczy, dlatego postanowiłam to wyjaśnić raz a dobrze. Na zawsze. Tak żeby temat został wyczerpany do cna.
I to jest ostatnia tego typu możliwość. Przy kolejnej takiej sytuacji nie będzie dyskusji, nie będzie nic. Po prostu... Tym razem jeszcze znajdę w sobie siłę, żeby rozdrapać to co boli i albo się zagoi, bo znajdziemy WSPÓLNIE sposób na leczenie albo to wytnę. Z nas obojga. Ostatecznie.
Nie poradzę sobie z półśrodkiem. Egoistycznie wyrwę sobie serce, bo perspektywa jednego nagłego i dotkliwego bólu mimo wszystko wydaje się lżejsza niż powolne wykrwawianie. I've been there already - więc wiem że sobie z tym nie radzę najlepiej.
To oczywiście nie oznacza, że zakładam najgorsze. Daleka jestem od tego! Cały czas żyję pełna nadziei. Po prostu znam siebie i wiem, że nie umiem kochać na pół gwizdka. Albo przyjmuję i jestem przyjęta w całości, ze wszystkim co za tym idzie, albo mnie nie ma. Ze skrajności w skrajność... Przecież ja jestem taka sama - ze skrajności w skrajność. I nie wynika to z rozchwiania emocjonalnego ale z osobowości i sposobu bycia, z empatii i tego że uczucia dla mnie są najważniejsze.
Nie wyobrażam sobie takiego nieokreślonego bycia i nie bycia, z otwartą furtką do pieprzenia się z kimś innym, gdy przyjdzie ochota. Albo z kimś jestem i przynajmniej próbuję walczyć ze swoimi słabościami do końca, albo nie. Bo chcę. Dla kochanej osoby. Bo każda chwila z nią jest zadośćuczynieniem za wszelkie poświęcenie i wyrzeczenia. Bo kocham... Co nie znaczy, ze nie ponoszę czasem porażek, ale przynajmniej wiem, ze zrobiłam wszystko by do nich nie dopuścić.
Ja nie wiem jak teraz jest.
Jesteśmy?
Nie jesteśmy?
Czuję się zawieszona w niebycie wspólnego jestestwa.
Dochodzę do wniosku, że powoli pozbywam się oporów przed stosowaniem rozwiązań ostatecznych, ponieważ są przynajmniej jasne i konsekwentne. I trudno się z nich wycofać... W niektórych wypadkach potrzebuję dodatkowego bodźca do wytrwania w ciężkiej dla mnie decyzji, ale myślę, że nie jestem w tym osamotniona. Czasem po prostu trudno wykazać się konsekwencją.
Wczorajsza impreza u D. przyniosła kolejne refleksje. Dobrze się rozumiemy, czasem bez słów. Miewamy podobny tok myślenia. Nie gram z nim więcej w marynarza bo wynik jest identyczny! Ba, nawet alternatywa pozostająca w myślach jest identyczna. To się robi dziwaczne... Przeanalizowaliśmy, co prawda sytuację ze względu na ewentualne powinowactwo, ze skutkiem negatywnym, ale... Zawsze pozostaje odsetek tajemnicy :P Eeeee.... nieeeeee......
Martwię się R. Po prostu. Przyjaciel ma kłopot, jest coś co go męczy, ja nie mogę nic na to poradzic... Boli mnie to. Wiem, ze mam od R. trzymać S. z daleka, bo skończyłoby się to bardzo źle. Myślę, że podobnie gdybym ja spotkała A. Tylko na innych płaszczyznach. On załatwiłby sprawę fizycznie, ja emocjonalnie i psychicznie. Zazdroszczę mu opanowania, mnie dawno już szlag by trafił...
Za bardzo przyzwyczajam się do tego, że podają mi płaszcz i otwierają drzwi. To przerażające jak szybko można do tego przywyknąć, jak szybko docenić takie drobnostki, przyjemności. Jak miło się robi na sercu....
Porządki. Nie cierpię porządków, ale pierwszy raz w życiu wiem, czego naprawdę chcę - porządku i jasności w głowie i uczuciach. Chcę wiedzieć czego mam się spodziewać, czego mam oczekiwać, na czym stoję. Pierwszy raz w życiu pragnę jako takiej równowagi. A kiedy przyjdzie czas na decyzję, podejmę ją pewnie i ostatecznie....
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

2 komentarze:
... a kiedy przyjdzie chwila na miłość a skończą się te wyjaśnienia ...
Miłość? Miłość jest okrutną damą... A Los przewrotnym starym dziadem.
Prześlij komentarz