sobota, 20 listopada 2010
Weź ugryź poduszkę albo coś...
Wczorajszy dzień w pracy był ciężki. Dużo spotkań, mnóstwo telefonów. Przez chwilę czułam się jak w centrum handlowym pełnym rozkrzyczanych przekupek.
Wyszłam z biura z wielkim bólem głowy i marzeniami o ciszy. W ramach trzymania bilansu żywieniowego, odwiedziłam stację Orlen i zjadłam hot-doga. Autobusy dwa nie przyjechały wiec wymarzłam na przystanku. Plus, że był jasno oświetlony, więc Sacrum wzbogaciło się o kilka zapisanych maczkiem stron.
W domu panowała cisza. Ł. się randkował a ja w pierwszym momencie po prostu wyciągnęłam się na łóżku i z lubością rozkoszowałam się ciszą.
Zadzwonił S. Rozmowa wiła się normalnie, bez zbędnych histerii, miło i jak dawniej. Nie potrafię nawet odzwierciedlić tego, w jaki sposób to na mnie wpłynęło. Po prostu oddychałam. Spokojnie i głęboko. Przyznaję, że takich rozmów mi brakowało jak powietrza. Odprężających, relaksujących, pełnych uśmiechu. To wprowadziło mnie nie tylko w dobry nastrój ale też podziałało jak balsam na serce.
Przyjechał R. Przywiózł ze sobą sok jabłkowy i korzenne przyprawy. Wtrząchnęliśmy kolację składającą się z bigosu, kaszy gryczanej i dukanowskich kotletów mielonych a'la Ł. Pycha! W piekarniku dochodził ryż z jabłkami i cynamonem. Opierniczyliśmy wyjątkowo mało dietetyczne pączuszki i opakowanie delicji. A potem zwijaliśmy się oglądając zwycięzcę polskich eliminacji na Eurowizję, który pokazał się również w programie Mam Talent z piosenką "Cztery osiemnastki". Podejrzewam, że tematyką i wykonaniem byłby zachwycony jedynie Kappa. :P Na tapetę wzięliśmy później kabarety.
Reszta wieczoru obfitowała w rozmowy i całkiem spokojny relaks. Położyłam się nad ranem, po napisaniu bardzo ważnego dla mnie maila.
Takiego prosto z serca, pierwszego bez żadnych udziwnień, ułagodzeń, bez owijania w bawełnę i krążenia. Takiego pełnego prawdziwej mnie, bez żadnej maski.
Zasnęłam spokojna i nie śniłam nic. To było odprężające i zaowocowało równie odprężającym przebudzeniem.
Postanowiłam dzisiaj oddać się słodkiemu lenistwu i "nic-nie-robieniu".
Nałożyłam dziwną zieloną papkę na twarz i wyglądam jak obcy :D Łażenie w piżamie też ma swój urok. Na śniadanie wyciagnęłam ocalone czekoladki od Drida i kanapkę z bryndzą :P Połączenie jedyne w swoim rodzaju.
Na Pulsie leci właśnie mój ulubiony Robin Hood z Michaelem Praed'em. Miód na moje poczucie estetyki i smaku :)
Dzwonił S. Krótka rozmowa. Cieszę się. Przyjeżdża na Sylwestra, przynajmniej się postara. Może nawet ze dwa dni wcześniej. Zrobilibyśmy sobie własne święta. To jego pomysł. Moje Serce krzyknęło z zachwytu, Rozum mruknął coś, ale się uśmiechnął. Widziałam.
Ostatnio za dużo gadam i za duzo myślę, może powinnam się zastosować czasem do niedawno usłyszanej rady: "Weź ugryź poduszkę, albo coś" :P
A w głowie gra mi dziś Clannad. Wina Robina, jak nic...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarz:
E tam, poduszkę, zęby w tynk, to dopiero są wrażenia smakowe!
Dobrze, że jest dobrze :). I tyle.
Prześlij komentarz