niedziela, 21 listopada 2010

Karuzela...

Kiedyś uwielbiałam wesołe miasteczka. Kochałam kolejki górskie i karuzele wszelkiego rodzaju. Śmiałam się szaleńczo gdy pęd powietrza rozwiewał mi włosy, a w żołądku pojawiało się to dziwne uczucie.

Teraz życie dba bym doświadczała karuzeli każdego dnia. Takiej bez pędu powietrza, ale z dziwnym uczuciem w żołądku. Tyle, że tym razem to uczucie nie jest przyjemne, raczej przypomina płonące dłonie zaciskające się wokół trzewi.

Dzisiaj dowiedziałam się, że jak nikt potrafię wyprowadzić K. z równowagi.

Nie daję rady, po prostu brakuje mi sił. Marzę o tym, żeby zwinąć się w kłębek i po prostu leżeć.
Chciałabym żeby przestało mi być tak przeraźliwie zimno. Nie umiem odkryć źródła, ale po prostu zamarzam. Koc i dwie bluzy nie pomagają, mrozi mnie od środka. Zupełnie jakby ta rozmowa i dwa smsy wyssały ze mnie całe ciepło.
Ja wiem, że on doskonale zdaje sobie sprawę ile kosztują mnie takie rozmowy. Wiem, że robi to specjalnie, ale najzwyczajniej w świecie brak mi sił i oparcia. Przewróciłam się dzisiaj i ciężko uderzyłam o ziemię. Potknęłam się o własną wiarę w to, że można będzie wszystko rozwiązać w sposób cywilizowany. Tymczasem K robi ze mnie histeryczną wariatkę, pełną niezdecydowania i rozchwiania emocjonalnego. Każde moje słowo odwraca jak kota ogonem. Przestałam odpowiadać, przestałam się bronić, przestałam mówić. Gdy już się odzywam.... sarkazm stał się moim podstawowym językiem.

Boli mnie serce. Tak realnie i dosłownie. Od dwóch dni jadę na Persenie, ale nie wiem czy nie będę się musiała przeprosić z lekami od psychologa. Dzisiaj zbiłam słoik. Po prostu wypadł mi z rąk.

Jak nigdy potrzebuję przytulenia i obecności drugiej osoby. Takiej obecności obok, świadomości, ze nie jestem sama.
Na święta zażyczyłam sobie kota. Chcę mieć możliwość zanurzenia palców w miękkie futro i wiedzieć, że obok mnie zyją inne istoty. Materialne, namacalne, ciepłe i żywe.

Chciałam złapać w dłonie odrobinę światła słonecznego, ale zjadliwość słów brutalnie rozwarła mi ręce i połamała palce.

Chciałam uciec, ale połamane skrzydła nie mogą mnie unieść, a w piersiach brakuje oddechu do biegu.

Pociechę przynoszą wersy Księgi. Czytam je w kółko, słucham ich w kółko, mając nadzieję, że zagłuszą inne.

Kończą mi się świece...

Brak komentarzy: