piątek, 9 lipca 2010

Przeraża mnie cisza...

Bezsilność...
To czuję przez ostatni tydzień.
Wiem, miało być optymistycznie, ale mój własny optymizm jakoś mi przez gardło nie przechodzi ostatnio...
Dzielę swój czas pomiędzy pracę, dom i szpital. Wychodzę rano do szpitala, potem gnam do pracy, wracam do szpitala, dom traktuje bardziej jak hotel, w którym padam na łóżko błagając o sen... I śpię... Snem bez snów, bez koszmarów, takim jak czarna otchłań nie dająca wytchnienia... Budzę się bardziej zmęczona niż przed tym bezdennym snem.
W nocy jest cicho...
Zupełnie jakby otoczyła mnie jakaś bariera odgradzająca mnie od zwyczajowych odgłosów: chrapania, szumu samochodów, bzyczenia komarów.
Po prostu cisza...
Taka martwa...

Dzisiaj rozmawiałam z lekarzem. Rokowania? Spojrzał na mnie dziwnie..
"Cud... Wszystko w rękach Boga"
Znam go na tyle długo i dobrze by wiedzieć co oznaczają takie słowa w jego ustach.
Tyle co: "Kwestia godzin,... przygotujcie się..."

Nie jestem gotowa by go pożegnać. Do cholery, nie jestem!

Wczoraj ledwie oddychał. Nienawidzę siebie za to, co czułam siedząc przy jego łóżku. Trajkotanie ciotek za plecami.. Miałam ochotę je pozabijać. Pieprzenie o wakacjach Andrzejka, o wypadzie w góry, o tym, ze Aśka zabierze babcię do siebie... O pogodzie, cudownych znachorach i pustej gadce, co dla dziadka jest teraz najlepsze...
Nie mam siły...
Czuję się jakby rdzawa mgła zachodziła mi oczy gdy patrzę na niego i słyszę takie rzeczy.
Nakryły go po uszy... W tej sali duszno i gorąco, bo pozamykały okna, on spocony.
Mówię, ze gorąco mu, żeby dały mu spokój, żeby go tak nie nakrywały bo to gorzej, ale co ja wiem, prawda? Nie słyszą. Robią swoje. Wiedzą lepiej, bo są starsze ode mnie. Dziadek nie ma już nawet siły by się odkryć.
Chce mi się wyć. Okropny, straszliwy, rozpaczliwy ryk kłębi mi się w trzewiach gotowy do wyrwania się na wolność. Nie mogę go wypuścić. Nie mogę bo rozniósłby ich, porwał na strzępy.
Patrzę na dziadka i widzę Kochaną sprzed lat. Nie mogę płakać.
Nie na sali. Nie przy nich... Przede wszystkim nie przy nim... Może otworzyć oczy w każdej chwili a ja nie chcę by widział moje łzy. Chcę by pamiętał uśmiech.
Paradoks....
Przecież to ja będę pamiętać. Jego już nie będzie. Odejdzie...

Leży nieprzytomny. Nie ma odruchu połykania. Ona mu wlewa wodę łyżeczką przez otwarte usta, wprost do gardła. On się krztusi. Ona nadal wlewa mu tą pieprzoną wodę. Zupełnie nie reaguje na to, że on się krztusi...
Mam ochotę wyć. Nie płakać. To raczej skowyt.
Mam ochotę wyrzucić ją z sali.
Nie mogę. To przecież moja babcia... Kocha go, prawda?

Nie wierzę w cuda. Już dawno przestałam. Od odejścia Kochanej... Tymczasem okazuje się, że odrobina tej wiary by się przydała. Nie umiem jej w sobie znaleźć.
Pomożesz mi?

Brak komentarzy: