Nadeszły...
cichcem...
jak zwykle...
Panna Melancholia zmyła się niepyszna, wszyscy moi towarzysze pochowali się taktycznie, a Pan Rzeczywistość od czasu do czasu troskliwie przynosi mi do łóżka kubek herbaty ziołowej.
Lubię być rozpieszczana w Księżycowe Dni... to sprawia, że przestaję czuć się jak kilkutonowa słonica z obrzękiem mózgu i wielkim węzłem zamiast mięśni brzucha. I kilkoma luźnymi klepkami.
Pan Rzeczywistość mocno się stara mimo dziwnych zapędów Krisa by zniweczyć jego działania.
Mój szanowny małżonek genialnie rozpoznając ciężki dla mnie czas (hmmm.... czy ja mu sama przypadkiem o tym nie wspomniałam przypadkiem?), znalazł sobie dziewczynkę do krzyczenia i wylał na mnie wszystkie (nieuzasadnione!) żale, począwszy od pogiętego widelca (O__o)
Z początku patrzyłam na niego jak na kosmitę, ale nerwy nadwerężone upierdliwym i nieprzemijająco bolesnym dyskomfortem puściły. Nie znoszę wybuchać w takich momentach, bo trudno mi się zatrzymać. To z kolei wywołuje ciąg niezbyt przyjemnych zdarzeń zapoczątkowanych gwałtowną wymianą zdań. Zazwyczaj wychodzę wyrzucić śmieci po to by zatrzasnąć za sobą drzwi zsypu i osunąć się po ścianie. Tam przynajmniej nikt nie widzi łez jak grochy... Jak już się wypłaczę jestem gotowa wrócić i stawić czoła choćby rozjuszonemu nosorożcowi... Przynajmniej taka jest teoria. W praktyce różnie bywa. Najczęściej mam ochotę zbić całą zastawę, ale skubana jest z nietłukącego się szkła. Nie na moją siłę. A tej biało-czarnej mi szkoda... polubiłam ją...
Jak już się Pan Mąż wykrzyczał zapytałam o co chodzi naprawdę. Odpowiedź wybiła mnie całkowicie z orbity... Zazdrość....
Jeżeli wszyscy zazdrośni mężczyźni postępują w ten sposób... Boże, chroń kobiety!
Ja również jestem zazdrosna, ale nie wydzieram się z tego powodu na obiekt mojej zazdrości. Raczej cierpię w milczeniu planując zimną zemstę... Jestem wredna. Ot co.
Udało mi się usnąć.
Hurra!
Obudzono mnie...
mój brzuch znów spiął się w nierozerwalny gniot mięśni...
Nocna rozmowa...
Kudłaty...
Po głosie było od razu znać, że coś jest nie w porządku. Na szczęście nie pokłócił się z P. To dobra wiadomość, chociaż ta dziewczyna mnie odrzuca. Nie znam jej i nie zwykłam oceniać ludzi, których nie znam,a le w jej wypadku... Nęka mnie jedno z tych moich głupich przeczuc, które lubią się sprawdzać. Pierwszy raz mam nadzieję, że się mylę (chociaż nienawidzę się mylić!) Jedyne co mi przychodzi na myśl kiedy słucham o tym ich dziwacznym związku to "toksyczna miłość". Taka w najgorszym wydaniu. Nie wtrącam się, nie komentuję, wnioski i uwagi zachowuję dla siebie, ale to mój najlepszy przyjaciel i chciałabym widzieć w jego oczach radość a nie wieczną melancholię. To coś co mnie dobija czasem.. Kudłaty nawet jak się śmieje, ma smutne oczy... To mnie boli. Czasem boli tak bardzo, że mam ochotę wyć, ale nie mówię nic. Po prostu jestem i nadal jak Syzyf próbuję poprawić mu nastrój. Wiem, dziwna jestem. I za cholerę nie zamierzam się poddać. Może walka z wiatrakami to moje przeznaczenie?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz