W duszy mi dziwnie gra....
W duszy niepokój zagościł.
Rozpiera mnie dość jasno ukierunkowana energia, która szarpie się na smyczy moich ograniczeń i lęków. Nie mogę jej spuścić, nie mogę pozwolić wyrwać się na wolność, więc toczy pianę ze wściekłego pyska. Moja seksualność. Najsilniejsza z energii, w moim przypadku stoi ponad gniewem... A przy niej słaba i mała Ja, niepewna tego czy podołam, niepewna uczuć, niepewna przyszłości. Stoję z oczami pełnymi zupełnie nieprzydatnej w tej chwili wiedzy. Stoję z ustami pełnymi krzyku. Stoję z drżącymi kolanami i czekam na znak.
Moje Serce szarpie się razem z energią, wyrywa, chce wyskoczyć, telepie się w piersi jak oszalały ślepiec. I czeka. Drżące czeka. Na gest. Na słowo. Na znak.
A wokół cisza.
Znak nie nadejdzie.
Słowo pozostanie niewypowiedziane.
Miłość zjada mnie od środka. Zamknięta w szczelnej klatce moich trzewi. Oszalała jak ja. Przy takim poczuciu niepewności choruję. Na serio. Ciężko mi oddychać, zmuszam się do każdego haustu. Wzmaga się arytmia. Miewam zawroty głowy i brak apetytu.
To wszystko boli.
Śniła mi się P. Wyrwała mi Serce z piersi i na moich oczach rozpieprzyła je na milion małych kawałków. Znów odzywała się do X. Dowiedziałam się po fakcie. Wiedziałam. Po prostu wiedziałam. Nie zniknie.
Nie mam siły by się przeciwstawić, nie mam siły by się obronić. Nie mam siły by walczyć o coś czego nie jestem pewna i czemu nie do końca ufam, że istnieje.
Ostatnio jej temat często wypływa w naszych rozmowach. Boję się, że znów usłyszę słowa: Zacząłem się do niej zbliżać.
Boję się, że więcej nie usłyszę słów: Tá mé chomh doirte sin duit...
Dużo we mnie lęku ostatnio. Mimo iż za 20 lat widzę siebie i X w tym samym punkcie. Po prostu wiem.
I jakiś okropny głos skrzekliwie telepiący się w głowie, że nikt nie kocha mnie a jedynie to co ode mnie dostaje: wsparcie, zrozumienie, ciepło, wiedzę, słowa, świadomość że jestem... - zależy od człowieka.
Tylko gdzieś się wszystkim zawieruszam ja sama.
I tak samo jest w przypadku X. Tłumię ten głos, ale ziarno niepewności zostało zasiane i teraz kiełkuje, rośnie w siłę. A mnie siły zaczyna brakować. Zataczam się już z wyczerpania. Mogłam przejść mur, mogłam spojrzeć X w duszę, mogłam znieść oschłość... Potrzebuję siły, wsparcia, nadziei... Odrobinę.. By nie poddawać się zupełnie.
Błagam o mały znak.
Najmniejszy choćby.
Tyci...
Tak tyci i maleńki jak słowo.
Jedno słowo.
Tycie...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz