Antoni Kępiński powiedział niegdyś, że "Człowiek więcej boi się tworów własnego umysłu niż konkretnej rzeczywistości."
Ostatnio mam okazję sprawdzić prawdziwość tej tezy na własnej skórze. Wiem, że za dużo myślę i teraz mści się to na mnie. Mój umysł kreuje milion różnych wersji przyszłości i w przerażającej większości z nich jestem sama jak palec. Nawet kota nie mam. Ani kwiatka. Wszystko usycha i siedzę zamknięta, oddzielona od świata zewnętrznego zbudowanym przez siebie, grubym murem.
Tego się boję najbardziej.
Samotności.
Nie tej, którą wybieram. Nie w sensie fizycznym. Boję się samotności emocjonalnej. Boję się tego, że jak będzie bardzo źle, że kiedy upadnę, nie znajdzie się nikt kto pomoże mi wstać, kto podtrzyma mnie na duchu.
Wczoraj było jedynie trochę kiepsko. Byłam sama. Pustka już zaczęła mnie przygniatać, wyłam (trudno to było nazwać płaczem) całą noc. Dzisiaj jedynie dzięki dobrodziejstwom nowoczesnej kosmetologii nie widać podkrążonych i zapuchniętych oczu.
Kudłaty nie miał nastroju na towarzystwo, ale zauważył, że coś nie podoba mi się w tym, że chce być sam. Nie o to chodziło, ja po prostu potrzebowałam choćby milczącego towarzystwa. Ale oczywiście nie zatrzymałam go, nie powiedziałam: "Posiedź ze mną, proszę" Pewnie jak się dowie, to znów będzie się wściekał. Trudno. Nie umiem się przełamać nad poproszeniem kogoś by poświęcił mi swój czas, gdy tego potrzebuję, bo przecież staram się nikogo nie ograniczać. Pieprzony charakter. Powiedziałam, że zagadam do Adaśka. Oczywiście, że tego nie zrobiłam... Zamiast tego zamknęłam się w sobie i znów dusiłam wszystko aż do łez. A potem nie mogłam uwolnić się od spazmów. Nawet Luna przede mną uciekła.
Co raz częściej zastanawiam się czy ja w ogóle potrafię być z kimś. Wydaję się sobie zbyt zaborcza i popieprzona z tym swoim altruizmem i myśleniem o innych. Jak zwykle spycham swoje potrzeby na ostatnie miejsce łańcucha zainteresowań. Zawsze stawiam innych przed sobą i czuję się nieszczęśliwa z tym, ze nie zauważają iż coś mi dolega. A przecież nie są jasnowidzami... Skoro nie mówię, że cos mi jest, to jak niby mają to zauważyć. Odkąd pamiętam czułam się niespełniona emocjonalnie, bo moje potrzeby nie były zaspokajane. To nie wróży dobrze żadnym relacjom, że o jakimkolwiek związku nie wspomnę. To rodzi frustrację. Nie wiem czy potrafię to w sobie zmienić skoro od dziecka pokazywano mi, że inni są ważniejsi i inni mają większe problemy.
Najbardziej na świecie w taką noc jak wczoraj chciałabym żeby ktoś mnie przytulił. Tak sam z siebie. Milcząc. Pozwolił mi płakać aż zabraknie mi łez i nie puszczał. Nie rozmawiał. Po prostu był i trzymał mnie za rękę aż histeria i strach miną.
Wiem, że nie ma nikogo.
Jak zawsze...
Nie mam odwagi by kogoś wołać więc otwieram bezgłośnie usta, jak ryba. Dlaczego? Bo mój upośledzony Rozumek twierdzi iż nie mam prawa angażować nikogo w to co się ze mną dzieje, bo to wszystko tylko moje problemy. Kretyn...
Pan Rzeczywistość jest brutalnym draniem...
Serce idiotką.
Wczoraj pocięła sobie aorty okruchem tej Prawdy-o-życiu i wykrwawiając się, kolejny raz pragnęła jedynie usłyszeć jedno słowo.
" Jestem... "
...Była jedynie cisza ...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz