W weekend padło dużo słów, niekoniecznie miłych i przyjemnych dla mnie ale przynajmniej prawdziwych.
Odkryłam w sobie wampirzycę (Boże, daj mi o tym zapomnieć!), nabawiłam się niezłej traumy i strachu przed czymś co do tej pory uwielbiałam... (fuck!) Szczególnie, że ofiara koszmarnego pecha i zbiegu okoliczności przestała się do mnie odzywać. Nie pragnęłam nigdy wcześniej praw własności do wehikułu czasu, dzisiaj oddałabym za niego wszystko.
Gubię się.
Znów czuję się tak jakbym szła przez gęstą mgłę.
Kiedyś z tego wszystkiego śmiałabym się i żartowała. Owszem, powiedziałabym szczere przepraszam, ale nie zaczynałabym płakać. A ja tymczasem co? Przepłakałam całą noc i dałam owinąć się ciasno lękom. Boję się ciemności, znów zasypiam przy świeczce. Boję się pustki, znów zasypiam ściskając w ręku korale babci. Boję się ciszy, znów zasypiam otoczona muzyką.
Za dużo niewiadomych, za dużo wątpliwości, za dużo pytań. Serce milczy trzęsąc się niemiłosiernie, Rozum krzyczy rozedrgany natłokiem myśli. Chciałabym mieć pewność, że chociaż jedna rzecz w moim życiu poza mną jest pewna, ale pewne jest jedynie to, że kiedyś umrę. I to nie jest ta pewność, której mi potrzeba.
Chciałabym wierzyć, że miłość przezwycieży wszystko... "Pffff.. Bzdura!" - drze się Rozum wyglądając spod kolejnej góry przemyśleń.
"Ale tak jest" - niemal bezgłośnie szepcze Serce, upodlone milczeniem.
I jak mam im wytłumaczyć, że mogliby dojść do kompromisu, skoro sama nie wiem co myśleć. Nie mam cudownego planu ani metodyki postępowania. Nie mam zielonego pojęcia co robić.
Znowu przestaję ufać.
Znowu zaczynam wątpić.
Znowu czepiam się nadziei.
Warto?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz