środa, 22 grudnia 2010

Cierpliwość jest cnotą...

Podobnież jest jedną z cnót największych, najwyżej cenionych, a mnie jej ostatnio brakuje. Pomaga Frank i Eric. Dwaj moi osobiści mistrzowie muzyki reprezentujący dwa kompletnie różne style. Sinatra tchnie jazzem, spokojnym, zmysłowym, lekko swingującym, zaś Clapton kołysze bluesem i łagodnym brzmieniem gitary. Dwaj panowie z niepowtarzalnymi głosami, które moszczą sobie miejsce w moim sercu.
Uczę się na nowo łagodności i pokory, uczę się na nowo siebie i własnych uczuć. Z precyzją chirurga i sumiennością onkologa staram się wychwycić zrakowaciałe smugi negatywnych emocji i usunąć je z siebie jak najszybciej, w przeciwnym razie zagnieżdżają się i szybko opanowują kolejne obszary mojego wewnętrznego ja. Tego bardzo nie lubię i jeszcze bardziej nie chcę.
Na nowo odkrywam w sobie kobietę świadomą. Wczoraj przełamałam w sobie kolejną barierę fizyczną i emocjonalną. Niestety skutek nie był najlepszy, ale nie zraziło mnie to drobne niepowodzenie. Dzisiaj spróbowałam ponownie, ale obawiam się, że skutek będzie podobny. To przywołało wspomnienia pamiętnej "romantycznej" kolacji, którą onegdaj przygotowałam dla K., w efekcie nabawiając się traumy, ale nie będę uprzedzać faktów. Może życie i tym razem mnie zaskoczy, podobnie jak serce, jak czyniły to tysiące razy...
Odcięcie się od przeszłości nie jest łatwe. Czasami przywodzi mi na myśl wyrzucenie znoszonych trampek, którym słoma wystaje z podeszwy, ale nadal je trzymasz mając na względzie własny sentymentalizm i wspomnienia. Właśnie... Z tymi ostatnimi poradzić sobie najtrudniej. My, kobiety, mamy tendencje do masochizmu i rozpamiętywania niepowodzeń, porażek, smutnych spraw. Zdarza nam się szybciej zapomnieć o czyimś podziękowaniu i uśmiechu niż o przykrym słowie wypowiedzianym w gniewie. I po co? Przecież to nie wnosi absolutnie nic pozytywnego ani konstruktywnego do naszego życia. Kiedyś w mojej obecności zacytowano słowa: "Jeżeli chcesz mojej przyszłości, to zapomnij o mojej przeszłości". Dlaczego więc z takim upodobaniem wracamy do tego co było? W szczególności jeżeli miało to związek z naszymi obecnymi chłopakami, mężami, partnerami. Po co wnikać w to co było, skoro teraz są z nami, kochają nas i za nami tęsknią? Po co dobijać się do zamkniętych drzwi i narażać siebie na niepotrzebne porównania i gdybanie? Po co podsycać powstałe w ten sposób wątpliwości i niepewność? Czy nie lepiej byłoby z radością zaakceptować i przyjąć to, co otrzymujemy teraz? Oczywiście, że lepiej, ale to nie znaczy że łatwiej... Czasem warto wkroczyć na trudniejszą ścieżkę z wiarą w sercu i z zaufaniem pod rękę. Także trudne i płochliwe towarzystwo, ale z nimi bezpieczniej i milej niż z całym tabunem głośnych wątpliwości.
Jestem kobietą, to nie ulega wątpliwości. Jestem kobietą w każdym calu i aspekcie. Mimo wielu niedoskonałości znalazł się ktoś kto mnie pokochał i kto mnie akceptuje, kto ufa mi bez reszty, a co ja robię w tym czasie? Karmię naszą raczkującą więź własnymi kompleksami, niepewnością i nadkruszonym zaufaniem (ok, nie bezpodstawnie ukruszonym, ale nie ma sensu do tego wracać, prawda? Zasada grubej kreski...). Robię wiele rzeczy na opak, duszę pytaniami zamiast obdarowywać spokojem i wytchnieniem, a potem tego żałuję. Przecież o wiele przyjemniej jest spędzać czas w towarzystwie kobiety, która obdarowuje zrozumieniem i milczącym wytchnieniem przy uspokajającym i miłym drapaniu po plecach niż w towarzystwie skwaszonej i wylewającej wiadro żółci jędzy. Po co utrudniać sobie życie w ten sposób?
Stawiam kolejną grubą kreskę, tym razem dla siebie. Odcinam się od uczucia przykrości za to że gra była ważniejsza od obejrzenia krótkiego filmiku. Nieważne co ten filmik znaczył dla mnie. Nie będę zachowywać się dziecinnie i schowam rozgoryczenie do znoszonego trampka. Prawego. W lewym siedzi już rozpamiętywanie tego co robił z innymi kobietami. Do sznurówek doczepię jeszcze własną niecierpliwość i chęć ucieczki. A trampki z tym całym balastem pakuję do reklamówki.... i na śmietnik!
Mam marzenia. Tym razem proste i jasne, możliwe do spełnienia jeżeli tylko się postaram. Chciałabym widzieć, że jest szczęśliwy i spokojny, że jest szczery sam ze sobą, nie oszukuje samego siebie. Chciałabym widzieć blask w jego oczach i wiedzieć, że w moim towarzystwie naprawdę czuje się sobą i nic nie ogranicza jego wolności. Chciałabym mu to umożliwić. Ja wiem, ze tak się przy nim czuję. Poczucie iż czujemy to oboje jest nie do opisania. To sprawia, że ja jestem pełna szczęścia. Świadomość, że osoba, której oddałam się bez reszty, całkowicie, kompletnie, absolutnie, jest szczęśliwa i spełniona. To moje małe marzenie... Najskrytsze i największe.
Mam dość strachu, że zamykam go w złotej klatce własnych emocji, że nie rozumiem, że nie wspieram i denerwuję. Konfliktów nie uniknę, ale przecież nie każdy musi przekształcać się w walkę na śmierć i życie o własną niezależność i ostatnie słowo.
Bardzo chciałabym żeby wiedział jak bardzo cenię sobie jego rady i jak ważne są one dla mnie. Może nie stosuję się do nich od razu i pozornie nic sobie z nich nie robię, ale to nieprawda. Pamiętam o nich, tylko czasami musi przyjść odpowiedni moment i zaistnieć odpowiednie okoliczności żebym mogła z nich skorzystać w sposób jak najłagodniejszy w skutkach dla mnie. Jestem mu wdzięczna za możliwość wysłuchania tego co ma do powiedzenia na dany temat i jego sposobu na rozwiązanie dręczących mnie problemów. Jeszcze bardziej jestem mu wdzięczna za pozostawienie mi wyboru własnej drogi, co dla mnie w żadnej mierze nie umniejsza znaczenia jego osądu sytuacji. Często jednak nie umiem tej wdzięczności ubrać w odpowiednie słowa. Dopiero uczymy się siebie nawzajem, swoich odczuć, uczuć, reakcji, potrzeb. Ten proces mnie cieszy bo mamy szansę świadomie i wspólnie zagłębić się w świat nas samych. O ileż łatwiej robić to razem... O ileż bezpieczniej czuję się mając go za przewodnika po jego własnym świecie. O ileż przyjemniej mi zanurzać się w odmęty samej siebie prowadząc go za rękę.
Strach nie zniknął i nie ucieknie od razu. Boję się cały czas, że historia jednak lubi zataczać kręgi. A tymczasem nie dam się jej zdominować, mimo niejasnego wrażenia że coś mi cały czas umyka i że robiąc jeden krok w przód, czynię dwa w tył. Wokół mnie krąży szept, że on jednak ma znów wątpliwości... Odpycham to od siebie i bardzo staram się o tym nie myśleć. Wieczorne spacery pomagają.... Pobliski park prześlicznie wygląda oświetlony nocą i pozwala mi na odrobinę niezbędnej ostatnio do życia ciszy.

Brak komentarzy: