wtorek, 21 grudnia 2010

Emocjonalna karuzela...

Zbyt emocjonalna...
Jak zwykle przed księżycowymi dniami jestem wyczulona i przewrażliwiona, przez co zbyt wiele rzeczy uderza we mnie mocniej niż dotychczas. Całą sobą czuję dziwny niepokój gnieżdżący się w okolicy serca i sięgający mackami w moje wnętrze. Niepokój taki jak przed wizytą ciotki Aśki, niepokój taki jak przed sprawą z S. i O., niepokój taki jak przed laty przy pierwszej wizycie u lekarza w klinice... Niepokój, że stanie się coś, co we mnie uderzy mocno i dotkliwie. Przez to zaczynam się rozglądać wokół i szukać pierwszych symptomów. Takie węszenie w powietrzu połączone z moim obecnym przeczuleniem nie prowadzi do niczego dobrego, pierwsze symptomy nadchodzącej katastrofy widzę w zbyt wielu miejscach. Odczuwam silną potrzebę otulenia się ciepłym szlafrokiem i zanurzenia się w czeluście puchatego koca. Pragnę ciszy... Kompletnej i absolutnej, przerywanej jedynie oddechami i nieśmiałym szelestem skrzydeł.
Ludzie mnie drażnią.
Denerwują mnie ich mało istotne problemy w stylu: Lepiej wybrać szary czy grafitowy krawat? A może lepiej kupić skarpety?
Czy nikt nie widzi tego co się dzieje na świecie? Ludzka znieczulica sięgnęła apogeum. Martwimy się i przejmujemy tym, że wyskoczył nam pryszcz na środku twarzy i straszy innych wielkością, ale nie zatrzymujemy się przy głodnym dziecku żebrzącym o bułkę. Nie mówię o tych, którzy żebrzą jedynie o pieniądze. To mój stary test na to czy osoba, która właśnie do mnie podeszła naprawdę jest głodna czy po prostu uczyniła sobie z żebrania sposób na zarobienie. Pytam czy zamiast pieniędzy mogę jej kupić jedzenie, skoro jest głodna. Jeżeli odpowiedź jest negatywna - odchodzę. Jeżeli słyszę "A mogłaby pani?" kieruję kroki do sklepu i zaopatruję taką osobę w siatkę jedzenia. Taki wariat ze mnie. Po prostu nie mogę wobec czegoś takiego przejść obojętnie. Nie mogłabym chyba spać ze świadomością, że mogłam a nie pomogłam. To przeraża. Boli mnie to, ze ludzie nie zatrzymują się nawet by zapytać czy nic nie jest kobiecie leżącej na chodniku. Po prostu mijają ją, uważając jedynie by jej nie nadepnąć. To samo tyczy się mężczyzny śpiącego na ławce. Ja wiem, ze istnieje ryzyko iż natkniesz się na pijaka, który z agresją coś CI odwarknie, ale skąd pewność, że mężczyzna właśnie nie przechodzi zawału, zasłabł albo dostał udaru? Pewności nigdy nie ma a sprawdzenie tego przecież nic nie kosztuje. Poza kilkoma sekundami poświęconymi na zadanie pytania.
Nie umiem przejść obojętnie. Zbyt emocjonalnie reaguję na ludzką krzywdę. Taki emocjonalny wariat ze mnie. Gdy umarł Marek, mój wieloletni przyjaciel, odczekałam do pełnoletności i skończyłam jako wolontariuszka w hospicjum dla chorych na białaczkę. Psychicznie najcięższe chyba miesiące mojego życia. Ale i obfitujące w najbardziej szczery śmiech i łzy radości. I w największą nadzieję. Czułam, że naprawdę pomagam, że to na tamten moment było moje miejsce. Wraz z chorymi niosłam pocieszenie rodzinom, przekonując, że śmierć jest tylko początkiem nowej drogi... Moja wiara wtedy była niezachwiana. Mogło grzmocić we mnie co bądź, ale miałam swoją tarczę z wiary, nadziei i miłości. Miałam tarczę z uśmiechu i cierpliwości. Teraz odczuwam ich brak, dlatego uciekam i zaszywam się w swojej jaskini.
R. stwierdził, że zrobiła się ze mnie introwertyczka. Tak, w pewien sposób to prawda. ALe ja chyba po prostu czuję się przytłoczona towarzystwem ludzi, ich działaniami, manipulacjami... Czuję się tak jakby chwilowo świat mnie przerósł. Emocje wylewają się ze mnie wszystkimi porami skóry. Wczoraj miałam kolejny atak paniki...
Jak nigdy wcześniej, teraz potrzebuję zapewnienia... Że jestem potrzebna, że jestem istotna, chciana, że się za mną tęskni, że wszystko jest w porządku, ze nic się nie zmieniło... Że jestem kochana...
Dziecinne? Może, ale dzisiaj dużo we mnie z dziecka. Takiego, które obserwuje świat wielkimi z przerażenia oczami.
Jutro sprawa spadkowa w sądzie. Ona napawa mnie ogromnym niepokojem. Boję się, że babcia z tatą pokłócą się i to ostatecznie pogrzebie nadzieję na przynajmniej ciepłą atmosferę świąt rodzinnych.
Potrzebuję ciepła. Dużo ciepła. Ciepłych palców zaciśniętych na palcach moich dłoni. Palców dających poczucie bezpieczeństwa. Potrzebuję mojej tarczy splecionej z miłości, nadziei i wiary. Potrzebuję ich, bo wiem, że panika nigdy nie atakuje tylko raz...

Brak komentarzy: