środa, 15 grudnia 2010

Bo śnieg...



Ostatnie dwa tygodnie przewartościowały mnie dokumentnie i sprawiły, że uwierzyłam we własne szczęście. Mimo różnych wpadek (nazwijmy to wpadkami, w sumie w chwili obecnej nie mają już takiego znaczenia) moja wiara powraca sukcesywnie, a to mnie cieszy.

Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że spędziłam najpiękniejsze i najcudowniejsze dwa tygodnie w moim dotychczasowym życiu. I wiem, ze takich będzie jeszcze dużo. To niesamowite uczucie.

Dwa ostatnie dni były dziwne. Najchętniej bym o nich zapomniała, ale to nie miałoby sensu. Czuję się nieco zmanipulowana, po trosze rozczarowana i odrobinę zawiedziona. Chciałabym o tym zapomnieć.

Dzisiejszy dzień spędziłam miło i rozkosznie. Spotkania z J. zawsze wprawiają mnie w doskonały nastrój, a jak się okazało obie mamy powody do śmiania się pełną gębą. To cieszy. Pierwszy raz widziałam ją tak szczęśliwą. A ona mnie. To motywuje i buduje. Drobny prezent, który dostała szalenie jej się spodobał.

Skończyłam prezent dla S. i dla Ł. Mam nadzieję, że obu panom będą się podobały. Jeżeli nie, to trudno. Pozostanie mi odstawić druty. :-D albo zamienić je na coś innego.

Za oknem sypie śnieg, a ja spędzam wieczór z kubkiem korzennej herbaty, S. w słuchawkach, kotem pod łóżkiem i Frankiem nucącym w tle. Niemal pełnia szczęścia. Jedyne co bym zmieniła to zamiana S w słuchawkach na S siedzącego obok. :-)
Tylko tydzień...

Święta będą białe.
Bo śnieg...

Brak komentarzy: