Prysznic nie pomógł.
Wynikło z niego tyle, że nadal czuję się zbrukana emocjonalnie i zgwałcona mentalnie, tylko teraz jeszcze pomarszczona od gorącej wody. I moczę poduszkę wodą ściekającą mi po plecach. Ale za to jestem czysta i pachnąca. Trzeba w każdej sytuacji znaleźć dobre strony, prawda?
Rozdrażnienie osiągnęło apogeum i musiałam się odciąć na dobrą chwilę od wszystkich. Plusy? Cóż, w końcu obrobiłam zdjęcia i uporządkowałam je. Pośpiewałam sobie. Obejrzałam dwa głupawe filmiki i napisałam list do Świętego Mikołaja. Może zdąży go dostać... Kicia pomruczała mi trochę do ucha, ale niestety i to nie pomogło.
Rozmowa z Angie przynajmniej mnie uspokoiła jeżeli idzie o Seana. Przyszły dziadek bliźniąt przechodzi rekonwalescencje pooperacyjną w domu swej córki i realizuje swoje despotyczne potrzeby krzycząc na Leslie, ze powinna się oszczędzać. Ona, jako że poszła w ślady szanownego tatusia, odwdzięcza mu się tym samym. Kochana rodzinka :-)
Słucham dziwnej muzyki i zamykam lęki w kryształowych kulach. Zajrzałam w głąb siebie i przestraszyłam się tego co zobaczyłam. Dopiero teraz widzę jak bardzo pobliźnione mam Serce. Czuję się przerośnięta ogromem zniszczeń. Błagałam wodę by zmyła je ze mnie, ale nie dała rady. Zniknęło tylko kilka... Rozważałam zdarcie reszty, ale czy naruszając tkankę, nie zrobię większej rany albo nie odnowię starych? A blizny mnie dzisiaj bolą. Tak samo jak boli ludzka głupota i bezmyślność. Drą i ciągną tak samo jak ludzka znieczulica i skłonność do osądzania po pozorach. Tym boleśniej to odczuwam, ze sama się tego dopuściłam ostatnio. House miał rację. Wszyscy kłamią, tylko w ramach usprawiedliwienia nazywają to inaczej. Niedopowiedzenia, pominięcie jednego czy dwóch szczegółów, naginanie rzeczywistości, ubarwianie, kolorowanie, przemilczenie... Jak zwał tak zwał. Kłamstwo to kłamstwo...
Ostatnie dni pokryły mnie ciemnym i lepkim osadem niegodziwości w przeróżnych postaciach, skalały mi serce wspomnieniami i bólem zabliźnionych już niemal miejsc.
Zazwyczaj spacer i prysznic pomagał., ale dzisiaj jakoś ból w klatce nie mija, a ja czuję zbliżający się napad paniki.
Od kilku godzin palę trzy świece. Zieloną, białą, niebieską. Ich chybotliwe płomyki rozpraszają mrok i rzucają ciepłe światło na pustą ścianę obok mnie. Widzę cienie czające się w kątach. Dzisiaj nie podejdą, bo póki co trzy siostry trzymają straż. Wiara, Nadzieja i Miłość. Oświadczyły, że nie wybierają się nigdzie. Serce trzyma z nimi sztamę, mimo iż sama ledwo ciepła. Rozum już się wyłączył.
Tylko ciało wyszło z tego wszystkiego jak Zabłocki na mydle. Ból w klatce siedzi nadal i nie zamierza się wynieść, mam dreszcze i koszmarnie brak mi ciepłego dotyku palców na mojej dłoni. Kot czmychnął pod łóżko więc nie mam co liczyć na miękkie futro.
Oddech za oddechem. Oddech za oddechem. Oddech...
Mama obiecała mi, że spróbuje raz jeszcze. Nawrzeszczałam na nią strasznie za to co powiedziała. Zamknęła znaczenie słowa WSZYSCY w dwóch osobach. I w dodatku osądzając nie tylko niesprawiedliwie ale i krzywdząco, nawet nie znając faktów, okoliczności i charakteru. Niesprawiedliwość mnie boli. Krzywdzenie innych, nawet przypadkowe, mnie boli.
Wszystko razem zgwałciło brutalnie moją emocjonalność i dało Sercu w twarz. Zrobiłam się wrażliwa i delikatna, więc wróciły mechanizmy obronne. Dzisiaj miałam ochotę cofnąć się głęboko do podświadomości i zamknąć się w niej, zanurzywszy się w słodką ciemność pozornej obojętności. Pech, że nie umiem już być obojętna.
Drażniły mnie dźwięki. Nawet pikanie telefonu i gadu gadu doprowadzało mnie do szału. Potrzebowałam ciszy... i lodów z sosem czekoladowym.
Teraz potrzebuję ciepłego oddechu, muśnięcia opiekuńczej dłoni na włosach i uspokajającego mruczenia do ucha. To wszystko jest moim katharsis. Potrzebnym. Od zaraz...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz