Pieczęć na sobie samej. Złamałam ją we śnie. W dziwnym śnie, który mi się przyśnił. Było w nim wszystko i wszyscy: Kochana, Dziadek S. (a właściwie jego głos), Sean, Angie, On, K., P., O. ... A przede wszystkim ja i S. Krążyli wokół nas a my jak te sierotki staliśmy w środku. K., P., O. nie pozwalali nam dostać się wyżej, nie pozwalali wzlecieć. A wraz z nimi cienie i słowa zwątpienia. Wiara S. i jego wysiłki nie wystarczały by ochronić nas oboje, więc chronił mnie, sam narażając się na bolesne ciosy. Słabł, a ja nie potrafiłam wykrzesać z siebie nic. Widziałam ból w jego oczach, widziałam poranione ciało i serce dźgane moimi słabościami. Widziałam jak życie wysączało się z niego w tempie błyskawicznym. Widziałam jak płakał. Wiedziałam, ze płacze bo nie ma więcej sił by mnie chronić. Płakał bo nie chciał mnie puścić, nie chciał by mnie zraniono. Trzymał mnie w ramionach i promieniował miłością. Moje serce nie wytrzymało i pękło. Moje skrzydła nie wytrzymały i spłonęły w żarze jego uczucia. Złamałam na sobie pieczęć, tą którą sama sobie założyłam gdy odszedł. Wyrwałam się z okowów strachu i odrodziłam się w płomieniach miłości, którą sama czułam. Spopieliłam wszystkie wątpliwości, spopieliłam przeszłość, spopieliłam wszystko co mnie powstrzymywało. Odrodził się ze mną. Wzlecieliśmy razem, obejmując się i patrząc sobie w oczy. Spleceni niczym jedność. Wzlecieliśmy ku Niemu. Kochana otuliła nas oboje ciepłem swego jestestwa. Dziadek S. otoczył nas bezpiecznym głosem. A On otoczył nas miłością i w sercu zapanował mi spokój. Był tylko S. i On. Nic więcej nie miało znaczenia.
To najdziwniejszy sen jaki kiedykolwiek miałam. Ale przyniósł ze sobą determinację i zrozumienie.
Zdecydowałam się zwyciężyć brak zaufania jego pełnią. Złamałam pieczęć na sobie i otworzyłam serce kompletnie i absolutnie. Ponownie. Nie ma we mnie wrażliwszego elementu.... Strach pozostał, zazdrość również, ale wierzę i ufam, że S. nie zrobi nic co mogłoby mnie zranić. Nie zrobi nic, co mogłoby mnie zniszczyć. Wierzę, że jest i będzie. Ufam.
Miał rację mówiąc, że to rozum kieruje brakiem wiary i pamięcią. Nie umiem zapomnieć tego co się stało, ale staram się by było to jedynie wspomnienie zamknięte w komodzie umysłu. Ot, jedna z zatrzaśniętych szufladek. Potrzebuję jego pomocy by zatrzasnąć ją na dobre i wiem, ze tę pomoc otrzymam. To zadziwiająca ulga, świadomość iż mam wsparcie i znajdzie się ręka, która mnie podtrzyma gdy się potknę. To naprawdę wielka ulga... By zatrzasnąć to na dobre będę musiała poznać O. Będę się musiała zmierzyć z własnym lękiem i własnymi kompleksami. Ale chcę to zrobić. I chcę jej ofiarować przebaczenie i miłość. Chcę jej ofiarować zaufanie i wiarę. Chcę jej ofiarować życie wolne od moich podejrzeń. Chcę jej ofiarować wiedzę, że serce ma największą siłę jeżeli tylko jest się uczciwym wobec niego. Chcę jej ofiarować to jaka jestem. Chcę jej ofiarować ciepło i uśmiech, szczere, nieskalane niczym. To coś co muszę zrobić dla siebie.
"Zwyciężaj wszystko miłością..." Te słowa usłyszałam od dziadka S. gdy płakałam w parku pod brzozą. Do tej pory byłam zbyt zaślepiona strachem by móc pojąć ich głębię. Czas wyzbyć się lęku. Wiem, że sama nie dam sobie rady z tą walką, ale jestem pewna, że gdy tylko sięgnę obok, tam znajdę dłoń S. Z nim jestem w stanie pokonać wszystko. Wiem... Czuję... A serce mam spokojne...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz