Walczę z sobą. Nieustannie.
Walczę z kruchością i słabościami i czasem brak mi sił.
Jak dziś.
Mam ochotę zwinąć się w kłębek i po prostu milczeć.
Gorszą rzeczą od oszukiwania kogos jest oszukiwanie samego siebie. Idzie mi pięknie i koncertowo. Wmówiłam sobie, ze jestem silniejsza i zniosę wszystko, wszystkiemu dam radę.
I co?
Brzoza dzisiaj mnie wyśmiała. Zwinęłam się w śniegu u jej stóp i przez kilka minut po prostu leżałam. Dobrze że nikt mnie nie widział.
Płakałam aż zamarzły mi łzy na rzęsach.
Płakałam nie dlatego, ze jestem nieszczęśliwa. Wręcz przeciwnie. Jedynym cieniem są jego oczy. Smutne.... Nie wiem czemu. Nie umiem czytać w myślach.
Płakałam bo świat boli, bo ludzka obojętność boli, bo czasem zbyt wiele widzę i czuję.
Płakałam... sama do końca nie wiem czemu. Coś we mnie tkwi głęboko, w ciemności.
Dzisiaj mnie uderzyło to co kryłam w sobie. Powinam była wtedy dac mu w twarz. Pomogłoby...
Powinnam była dać mu w twarz i wyrzucić za drzwi. A co ja zrobiłam? Płakałam i zamknęłam ból w sobie.
Po co?
Bo kocham.
Ból urósł.
Dzisiaj ukorzyłam się przed wiatrem. Błagałam by wyrwał ból i wątpliwości. Bez tego moja wiara chwiejna jest jak ja sama. Składam się z części niespójnych, przeczących samym sobie.
Ulotna...
A brzoza nadal stoi gdzie stała....
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz