Szanowny Panie X.
Porozmawiajmy poważnie. Przychodzi Pan tu już od pewnego czasu, prawda? A ja się tak skradam i skradam... i zebrać nie mogę by się do Pana odezwać.
"Cześć" - mówię więc patrząc w podłogę. A Pan unosi moją głowę, szczupłym i ciepłym palcem łapiąc mnie pod brodę i patrzy tylko, uśmiecha się. Milczy. Ja już się peszę, rumienię, chcę uciekać.
"Dzień dobry" - odpowiada Pan w końcu.
Wraca mi oddech.
Proponuję kawę, Pan się zgadza. Nie piliśmy brudzia, więc zostańmy przy moim "Panu"...
Mimo tego zwrotu, który sprawia, że nadal trzymam dystans, czuję się jakbym znała Pana od lat. To wyjątkowe uczucie.
Patrzę...
Pociąga mnie Pan.
Siedzę obok i mam ochotę zanurzyc palce w Pana włosy, musnąć nosem policzek.
Czy mówił Panu ktoś, że pachnie Pan wolnością i spokojem? Pachnie Pan rosą, świeżym listowiem i promieniami słońca.
Z roztargnieniem mieszam łyżką w pustej filiżance.
Zagląda mi Pan przez ramię.
"Tam już nic nie ma poza wspomnieniem kofeiny" - mówi Pan a ja czuję Pana oddech na moim ramieniu.
Nie umiem się powstrzymać i scałowuję ostatnią kroplę kawy z brandy jaka została w kąciku Pana ust.
Milknę.
Przerażona własnym czynem.
Spuszczam wzrok.
Przerażona Pańskim spojrzeniem.
Ulegam.
Porażona gwałtownością Pańskiego jestestwa.
W końcu...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz