poniedziałek, 1 marca 2010

Okruchy się też kruszą, ale bankructwo zażegnane.

Szanowny Panie X.

Cały dzień czyhałam na Pana, w garści trzymając miłe okruchy dnia. A Pan nie przyszedł....
Z niepokoju i niecierpliwości zgniotłam okruchy w dłoni.
Okruchy też się kruszą, wiedział Pan?

Niepokój to paskudne uczucie, którego powinni zakazać. Karmiłam się nim cały ten czas - to silniejsze ode mnie.
Zmęczenie...
W każdym razie karmiłam się niepokojem, że od dziś zamienił Pan moje życie jak zamienia się mały sklepik osiedlowy na nowo otwarty market z mnóstwem promocji. Tam ciągle się coś dzieje, a u mnie?
Te same twarze, te same emocje niezmienne jak ceny ustalone przed laty.
Nuda...

Otwierałam już pudełko z samotnością by zjeść ją jak czekoladki, gdy wpadł Pan zziajany i zmęczony.
Ot, na chwilę.

Ja się przyzwyczaiłam do tego, że Pan jest, proszę Pana. Gdy Pana nie ma, to jakoś mi tak dziwnie pusto i głucho. Nie chcę myśleć co by było, gdyby Pana nie było.
Nie myślę więc, nie zastanawiam się, nie gdybam..
Dość, że Pan wrócił.
Wstrzymam się z ogłoszeniem bankructwa.

Ja wiem, że o małych sklepikach się zapomina. Tak samo jak o ludziach, którzy są cisi i niepozorni. Takich, którzy nie pchają się na pierwszy plan, a stoją na uboczu. Takich, którzy płaczą w kącie i śmieją się cicho. Oni są jak te sklepiki osiedlowe - małe, rodzinne, pełne ciepła, ale niepozorne. Inne od wszystkich innych.
Tylko czy w markecie ktoś zapamiętałby, że lubi Pan mandarynki, proszę Pana?

Brak komentarzy: