sobota, 3 kwietnia 2010

...

Masochistka....

Pieprzona masochistka emocjonalna ze mnie...

Powinnam sama siebie kopnąć w dupsko. Nic dziwnego, że ludzie mnie ranią skoro sama im daję ku temu sposobność. Ba! Zachęcam ich do tego.
Odsłaniam się i sama wskazuję im czułe punkty.

Pieprzona masochistka.

Na każdą dzisiejszą łzę i cierń bólu zapracowałam sama. Daję się wciągać w ich i nie umiem się odciąć. Serce mi pęka, a nadal patrzę jak pastwią się nade mną w swojej bezmyślnej nieświadomości.

Niknę... Nic nie jest takie jak było. Już od dawna. Rozsypuję się i z każdym dniem mnie mniej. Nie widzą tego. Nie chcą widzieć. Tak jest prościej, lepiej, ładniej... Nie widzieć..

Patrzę załzawionymi oczami jak rwą mi serce rozpalonymi szczypcami ignorancji i uśmiecham się, bo przecież nie pokażę im swojego bólu, nie pokażę cierpienia. Wstydzę się. Boję się. Odgradzam się.

Nieuchronne zbliża się wielkimi krokami. Wiem, że mnie to zniszczy. Jednym słowem, jednym spotkaniem, jednym gestem. Zmiecie z powierzchni w sposób absolutny. Taki, po którym się nie podniosę. Płaczę, drżę, lękam się, ale nie ruszam się z miejsca.

Trzy rzeczy w życiu przychodzą niezapowiedziane i są nie do opanowania: strach, zazdrość i miłość. We mnie kotłują się wszystkie na raz.

Dlaczego nie idę? Dlaczego nie odchodzę? Dlaczego nie znikam?
Stoję jak słup soli, chociaż wiem, że to co nadchodzi zetrze mnie na proch i odbierze mi duszę.

Masochistka emocjonalna...

Powinnam uciec...

Brak komentarzy: