środa, 28 kwietnia 2010

Pachelbel i Márquez na dobranoc.

Wczorajsza noc była niemal bezsenna, lecz w żadnej mierze nie stracona. Czyż stracone mogą być chwile poświęcone na rozmowę i rozmyślania?

Jeden z rozdziałów mojego życia został zamknięty. Definitywnie pożegnałam Pana X. Czy żałuję? To nie jest odpowiednie słowo. Będę za nim tęsknić. Mocno i dotkliwie, lecz może tak jest lepiej. Wczoraj cała rozmowa napawała mnie niepokojem, dzisiaj przynosi lekkość w sercu.
Wiele rzeczy nabrało nowego wyrazu, nowego wymiaru. Stały się czytelniejsze, bardziej przejrzyste.

Dzisiaj się uśmiecham. W blasku świec, przy dźwiękach Pachelbela i Canon in D, wśród aromatu herbaty jaśminowej wszystko nabiera rumieńców.
Cieszę się, że mam przyjaciela. TAKIEGO przyjaciela.
Cieszę się, że myślę i moje myślenie może jeszcze prowadzić do dalszych refleksji.
Cieszę się, że mogę pomilczeć w ciszy.

Nie płaczę. Uśmiecham się łagodnie i spokojnie. To taki uśmiech, który zaczyna się w sercu i sięga oczu. Prawdziwy. Taki jakiego nie było we mnie od tygodni...

Uszanuję Twoją dzisiejszą niechęć do rozmowy.
Po prostu wiedz, że jestem i będę,. W ciszy ofiaruję wsparcie. W ciszy wezmę część bólu byś mógł znieść resztę. W ciszy poczekam aż wywalczysz drogę sam, bo walka jest Twoja. W ciszy podam Ci dłoń gdy jej zapragniesz.
Wierzę. Mocno wierzę. W Ciebie.

A wśród moich refleksji zrodzonych dziś w ciszy króluje myśl Marqueza:

"Nie płacz, że coś się skończyło, tylko uśmiechaj się, że ci się to przytrafiło."



Brak komentarzy: