wtorek, 20 kwietnia 2010

Gdybym nie istniała...

"Why do you come here, when you know I've got troubles enough?
Why do you call me, when you know I can't answer the phone?
And make me lie when I don't want to,
And make someone else some kind of an unknowing fool?
Make me stay when I should not?
If you're so strong then resolve the weakness in me.
Why do you come here, and pretend to be just passing by?
I need to see you - I need to hold you - tightly.(...)"

/J. Armatrading - The Weakness in Me/


Ostatnio się czuję jakby życie nie uciekało mi między palcami, ono spada na mnie lawiną i wbija w ziemię.
Czegokolwiek się nie tknę, zawalam w całości. Prywatnie, bo zawodowo kwitnę.
Dochodzę do wniosku, że powinnam uciec od ludzi zanim kogoś skrzywdzę.
Kristof i Aggie byli zgodni w jednym: przywiązuję do siebie ludzi.
Do cholery, ja nie chcę! Nie wiem jak to robię, nie chcę tego! Tak samo jak nie chcę przywiązywać się do nich. A robię to. W sposób zatrważający mnie samą. Angażuję się w ich życia i cierpię, raniąc ich przy tym. Nie chcę nikogo ranić, bo to sprawia, że nienawidzę sama siebie. Za ból, który sprawiam. I za ból, którym oni obdarzają mnie...
I w tym wszystkim zapominam o sobie. Oddaję im całą siebie a potem patrzę jak wyrzucają mnie do kosza, gdy moja obecność staje się zbędna. Gramolę się z tego kosza o własnych siłach, ledwie żywa i wynoszę z tego nic. Kompletnie nic. Bo następnym razem popełniam ten sam błąd. Angażuję się. I just really do care.

Po co? Dlaczego?

Masochizm.. To musi być masochizm, bo co innego?
Staram się nie urazić nikogo, nie przysporzyć mu cierpienia i na nic się to zdaje. Bo ludzie cierpią.
Powinnam otoczyć się murem. Być przyjacielem dla ludzi, lecz nikogo nie dopuszczać do siebie. Czy to w ogóle jest wykonalne?

Zostanę sama. Wybiorę własne cierpienie w zaciszu pustelni i samotność. Tę znienawidzoną. Tę, która mnie przeraża. Zatrzasnę serce i nie dam nikomu się dotknąć. O ile będę w stanie. Chciałabym. Czasem naprawdę bym chciała to umieć. Tylko, że ja kocham tych ludzi. Słysząc, ze ich ranię moje serce rozpada się na miliony małych kawałków. Jak James.
Mam ochotę zapalić.
Pierwszy raz w życiu.
Złapać za papierosa i zaciągnąć się głęboko by dym wypełnił mi płuca. A potem przestać oddychać.
Właściwie tym nie muszę się przejmować, bo brakuje mi tchu.

Ponura odeszła. Uznała, że ją porzuciłam, odwróciłam się od niej. Przyznaję, że nie miałam dla niej zbyt wiele czasu ostatnio. Głównie ze względu na pracę i to co się działo w tym popieprzonym trójkącie: ja, Lwiczka i Kudłaty. Mogła czuć się odepchnięta. Nie chciałam tego. Nadal jest dla mnie ważna tak mocno jak była. Nie da się wrócić czasu, a chciałabym...

Lwiczka odejdzie. Wiem to. Czuję. Właściwie już odeszła. W chwili, gdy pierwszy raz zareagowała złością na moją przyjaźń z Kudłatym. W tym momencie postanowiła odłączyć się. Dlaczego nie mogę przyjaźnić się z nimi obojgiem? Dlaczego nie możemy wypracować sobie własnego kodu, własnego języka... Dlaczego muszą się wkradać wzajemne pretensje. To boli. Lwiczka powiedziała, że ją ranię, że czuje się odstawiona na boczny tor. Zawsze starałam się jakoś zrównoważyć to wszystko, czas jaki poświęcałam i jednemu i drugiemu. Tu co prawda chodzi bardziej o czas jaki Kudłaty poświęca na kontakt ze mną, przynajmniej w moim odczuciu.

Kudłaty odejdzie. Prędzej czy później odejdzie. Już same jego pytanie, które zadał ostatnio ... Jak myślisz kiedy nasza przyjaźń się skończy? Kiedy skończy się szczerość? Stawianie takich pytań świadczy o tym, że się o takim obrocie sprawy myśli. Ja nie myślałam do tej pory, nie rozważałam tego, nie zastanawiałam się. Było to dla mnie coś kompletnie poza możliwością poznania. Jakże mogłabym nie być szczera? Jak mogłabym się nie przyjaźnić? Po tym pytaniu zaczęłam się zastanawiać. Kiedy się skończy? Nie wiem, lecz wiem co nastanie później. Pustka. W moim życiu...

Gdy kończy się szczerość, zaczyna się samotność.
Moze ja po prostu jestem jednostką aspołeczną i złym człowiekiem? Takim, który najpierw przytłacza ludzi samym sobą aż do zamęczenia, a potem wczepia się jak rzep i trzeba odrywać go od siebie by w końcu odetchnąć... Może powinnam się sama zdecydować na samotność i odizolować od ludzi? Dla ich i własnego bezpieczeństwa emocjonalnego.

Lwiczka i Kudłaty mają dziś rozmawiać. Dobrze. Chociaż moja fatalistyczna część natury krzyczy, że dostanę efektem tej rozmowy jak kulą armatnią. Chociaż rykoszetem.
Nie będę się wtrącać. Nie będę dawać rad i wysnuwać wniosków.
Będę milczeć. Wszyscy na tym skorzystają jak mniemam.

Boję się.
Jestem przerażona.
Samą sobą. Tym życiem, które na mnie spada. Świadomością, że ranię i krzywdzę tych, którzy są mi najbliżsi. Zaczynam myśleć, że dla nich byłoby lepiej gdyby mnie nie poznali. Byli by szczęśliwsi bez balastu jaki ze sobą niosę.
Gdybym nie istniała...

Może powinnam?


Brak komentarzy: