niedziela, 25 kwietnia 2010

Krótki weekend....


Piątkowy wieczór upłynął w miłym towarzystwie Raga i Drida oraz sesją na bazie Kinga. Wszystko byłoby pięknie gdybym przez cukierki toffi, minę Grzesia oraz potwora Raga nie dostała głupawki. Ragowa mimika i coś na kształt: "Grrrrrrrrr" rozwaliło mnie i zaliczyłam atak śmiechu. Powtarzalny...
Mimo wszystko zaliczam noc do szalenie udanych :)
Po powrocie zaliczyłam długą rozmowę z T. On naprawdę jest jak mój starszy brat. I to troskliwy. Naprostował mnie trochę. Co prawda uświadomił mi kilka niezbyt zabawnych rzeczy ale dzięki mu za to i tak.
Perspektywa i świadomość tego, że jestem dobrą przyjaciółką, taką z którą się dobrze rozmawia, dobrze bawi i której można się wyżalić w każdym momencie, taką która jest zawsze wtedy gdy potrzeba, jest w zasadzie bardzo miła. Jednak nie wówczas gdy sobie człowiek uświadomi, że tej przyjaciółki nigdy nie zaprosi się do domu na herbatę. Oczywiście to symboliczne ujęcie, ale nawet oddaje to o czym rozmawialiśmy z T. Nie jestem tym typem przyjaciółki, którą zaprasza się na imprezy albo na wypad za miasto. Od tego są przecież inni. To przykre, ale nie powinnam mieć wielkich problemów z zaakceptowaniem tego. Przykrość się chwilę utrzyma i zniknie.
Poza tym przypomniałam sobie skąd u mnie ten brak zaufania i trudności z mówieniem o tym co naprawdę czuję. Trudno pokonać niemal trzynastoletnie przyzwyczajenie.
T. zastosował terapię szokową i najzwyczajniej w świecie nawrzeszczał na mnie za chęć ucieczki i ponownego zagrzebania głowy w piasek. Na szczęście siedzi w tej swojej Kalifornii i nie może zmyć mi łba ani sprać na kwaśne jabłko. Nie wątpię by to zrobił, gdyby był bliżej.
Kazał mi się ubrać i wyjść do ludzi. Dobrze, że nie widział mojej miny.

Jednak wyszłam.
O dziwo przygotowania do sobotniego wyjścia sprawiły mi przyjemność. Nie ma to jak poczuć się kobieco.... Pas do pończoch, pończochy ze szwem, buty na obcasie i kiecka.... A potem w miasto. Spotkanie z Mru okazało się zbawieniem i ocaleniem resztek mojej godności. Wizyta w HRC (mrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr) zaowocowała późnym powrotem do domu w niezłym humorze i z lekko szumiącą główką. Ale czasem i takie coś jest potrzebne. Powiesiłyśmy psy na tym na kim trzeba było, dogadałyśmy szczegóły wyjazdu na sierpniowy festiwal i spiłyśmy nieco Adasia. Powspominałyśmy dobre czasy XR oraz wybryki Di i Amry. Adasia nie widziałam całe wieki, więc spotkanie z nim było niebywałą przyjemnością. Niewątpliwie to nadal mój ulubieniec ;) Niestety nieszczęsny odważył się ze mną założyć o przekonanie, że moja osobowość go nie przestraszy., Obie z Mru wybuchnęłyśmy mrocznym śmiechem, obie doskonale wiemy bowiem, że bywam przerażająca....

Niedziela upłynęła spokojnie. Odwiedziny u rodziców wyciszyły mnie dziwnie. Mała Sońka (najnowszy domownik - czyt. szczeniara jamnikowata) okazała się przylepą nie z tej ziemi, która za najlepsze miejsce do spania uznała balkonik z mego biustu i z upodobaniem wciskała maleńki nosek w moją szyję. To było zabawne. Czas upłynął nawet nie wiem kiedy.
Szkoda że już poniedziałek, bo nie chce mi się ani iść do pracy ani wychodzić z domu.
Widocznie taki głupi czas nastał...

Brak komentarzy: