Powrót z Hiszpanii był jak zderzenie z rozpędzonym pociągiem. Nagle wszystko od czego odpoczywałam i uciekałam walnęło mnie jednocześnie, następnego dnia po przylocie. Niektóre z tych meteorów niosły za sobą coś miłego w efekcie.
Tydzień na Teneryfie był obłędny. Dużo zobaczyłam, chodziłam w chmurach (literally!), zanurzyłam stopy w piasku z Sahary (ha!)... i miałam mnóstwo czasu na przemyślenia. Do niektórych spraw się zdystansowałam (skutecznie!), inne przemieliłam umysłem na drobne kawałki i porządkuję je sobie powoli jako ze nie wymagają reakcji natychmiastowej. Jedyne czego mi brakowało tam, to byli moi przyjaciele. Patrząc w dół z wulkanu, na iście księżycowy krajobraz myślałam, że spodobałoby się to Aguni. Siedząc na redzie i zerkając na ostre krawędzie Gigantów żałowałam, że Kudłatego nie ma ze mną. Byłby zachwycony. Spacerując brzegiem oceanu po gorącym pustynnym piasku wspominałam Lwiczkę. W Masce, spoglądając na wąwóz przemknęła mi przez myśl Ponura z aparatem.... Takich momentów było wiele.
Wróciłam.
I następnego dnia pełna stresu wsiadłam w autobus via wioseczka Kudłatego z przystankiem u Lwiczki. Z uśmiechem myślałam o weekendzie dwa tygodnie później bo w końcu pojechałabym do Ponurej. Obecnie troszkę się pozmieniało, ale przecież nie będę się cięła tostem z tego powodu...
Pobyt u Lwiczki był cholernie przyjemny i wesoły. Stęskniłam się za babą jak diabli :D:D:D:D Ale i tak stres mnie nie opuszczał. Miałam poznać rodzinę Kudłatego... a pamiętając jazdy z rodzinką Lwiczki, byłam bliska obgryzienia sobie palców... Całą drogę Kudłaty żartował sobie ze mnie i straszył... Niepotrzebnie. Bogusia, pełna humoru kobieta jest człekiem do rany przyłóż. Kudłaty nieco mnie podczas pobytu olał, ale dzięki jego mamie i kilku ekspresowych rozmowach z braćmi nie oszalałam. Nie to, żeby było nudno, ale po prostu nieswojo się czułam zostawiona sama sobie w obcym miejscu. Jednak ze wszystkiego idzie nauka, teraz już wiem, ze następnym razem nie będę się litować. Ściągnę lenia z wyra i każę się dopieszczać mentalnie i estetycznie ;-D jakimś spacerem albo czymś podobnym. W każdym razie przyjechałam do domu bogatsza o kilka pięknych widoków, ogromną sympatię dla rodziny Kudłatego i kilka tajemnic kulinarnych Bogusi.
I mając Kudłatego za towarzysza.
Kolejne dni minęły jak z bicza strzelił. Za szybko. I zbyt nerwowo. Kudłaty się alienował, ale powiedzmy, że tłumaczyłam to sobie jego środowym spotkaniem. Trzymałam nerwy w wodzach, żeby nie wybuchnąć. Dość skomentować, że płaczliwy poranek był na porządku dziennym. Byłam wściekłą i rozżalona ale za bardzo idiotę kocham, żeby mu nie wybaczyć ;-) Bo jakże nie kochać Przyjaciela?
Chciałam mu pokazać wszystkie moje ulubione miejsca w Warszawie. Ja wiem, że tego się nie da zrobić za jednym razem - jest ich zbyt wiele. Nie wiem sama, bałam się, ze nie będzie miał czasu gdy przyjedzie następnym razem na włóczenie się ze mną... Głupie, ale to wszystko przez ten niepokój, który do mnie przylgnął.
Wtorek zepsuła mi P... Nie znam jej ale trudno byłoby mi ją polubić. Dlaczego? Po prostu jak widzę co wyprawia i jak mi to na Połówkę Duszy wpływa, to mi się nóż w kieszeni otwiera i zwierzę we mnie wyje. Ech... Jak można się tak bawić ludźmi? Tak manipulować? Tak mało dbać o uczucia kogoś kogo rzekomo się kocha? Właściwie popsuła nastrój i chęci. Moja Intuicja była bezlitosna widząc w tym wszystkim celowe działanie.. Cóż... Sprzeczać się nie zamierzam, bo przecież to jedynie poszlaki i domysły mojego Rozumku. Serce już dawno wydało wyrok. Ale nie należy się uprzedzać, prawda? W końcu ja się również mylę, jestem jedynie człowiekiem.
Środa była dziwna, najlepiej ją wyciąć i potraktować oddzielnie, zamknąwszy za kratkami, w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Jedyny komentarz, jaki mi się nasuwa jest następujący:
Dając całego siebie, nie zapomnij zdjąć buty... inaczej Ci nimi niemal na śmierć, boleśnie dokopią.
Tyle na ten temat.
Czwartek mimo lekko wisielczego nastroju upłynął przyjemnie, mam nadzieję, że obu stronom. Nie chciałam być nachalna i się naprzykrzać więc starałam się trzymać język w karbach by nie wyskoczyć z jakąś nieprzemyślaną głupotą. Chyba się udało, bo wyjeżdżając wydawał się zadowolony z pobytu w ostatecznym rozrachunku. A to mnie cieszy. Ciężko mi patrzeć jak się smuci, Serce mi się wówczas buntuje i drze na mnie aortę.
Najbardziej pamiętna chwila? Patrzenie w ciszy na obraz Leonarda da Vinci. Piękny, cudownie skontrastowany, wspaniale nieidealny ze swoimi pociągnięciami pędzla i pęknięciami widocznymi na powierzchni. Doskonały!
Żałuję, że był tak krótko...
Następnym razem zabiorę go na piknik w Łazienkach. W końcu zapowiedział, że przyjedzie ;-)
Oczywiście mam na myśli Kudłatego, a nie obraz. Da Vinci'ego mogę oglądać do września. ;-)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz