piątek, 28 maja 2010

Chwilowe zwycięstwo i postępujące zniechęcenie...

Panna Melancholia czaiła się na mnie od kilku dni. Po przedwczorajszym koszmarze doszłam do wniosku, że ktoś mi naprawdę źle życzy. Wczoraj przynajmniej spałam...
Nic nie dzieje się bez przyczyny, nic nie dzieję się bez powodu, szczególnie w moim życiu.

Koszmar dopadł mnie przed Dniem Matki. Reaguję nań z każdym rokiem mniej histerycznie, mniej emocjonalnie. Panna Melancholia próbowała mnie zmusić do płaczu, ale jej nie wyszło. Pan Złośliwiec próbował mnie nastraszyć i zmusić do kolejnej bezsennej nocy, ale dzięki Ragowi udało się go wygnać w cholerę. Swoją drogą ten facet mnie zaskakuje. Mimo, ze gwałci statystykę jak ostatni zboczeniec :D

Dzisiaj dopadła mnie panna Melancholia... A zaraz za nią Kawaler Zniechęcenie.
W sumie nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy, ale życie zawsze nas zaskakuje. Jak to mówi Kudłaty: "Życia nie oszukasz"
Nienawidzę tych słó, ale prawdziwości im odmówić nie mogę.

Myślałam, że odniosłam zwycięstwo nad moją największą słabością. Myślałam, że w końcu będę mogła zatrzymać się na chwilę i odpocząć mając poczucie bezpieczeństwa i harmonii. Nie dane mi będzie...
Zwycięstwo było chwilowe, przez co smak porażki wyjątkowo gorzki. Ogarniają mnie wizje tysiąca prawdopodobnych scenariuszy, z których jeden wybija się na pierwszy plan podpierając się bolesną świadomością własnego realizmu. Wolałabym się nad nim nie zatrzymywać, ale to niemal niewykonalne, nie na tym etapie, nie w tej chwili....
Czuję narastające zniechęcenie do dalszej walki, do trzymania nerw na wodzy, do udawania, ze nic mnie nie obchodzi. Do stania obojętnie i z uśmiechem na twarzy pozwalania na kopanie mnie z każdą chwilą dotkliwiej.

Znów zapaliłam świece. Tym razem na noc zostawię wszystkie trzy. Na wszelki wypadek i dla spokoju serca. Tego samego, które trzepoce mi w piersi zniechęcone równie jak ja... Całokształtem, próbą sił i domysłami.

Chciałabym móc wstać, spojrzeć w lustro i ze śmiechem powiedzieć: Mam to w dupie.
Problem polega na tym, ze nie mam. Cholernie nie mam...

Panna Melancholia podśpiewuje się ze mnie w kącie. Mam ochotę rzucić w nią butem, ale akurat nie mam żadnego pod ręką.

Milczenie, takie milczenie, zuboża, oddala, odchudza serce. Jak nieobecność.

Wsłuchuję się w hang, bo on pomaga mi uspokoić rozżalone serce i wmawiać sobie, ze mało mnie obchodzi co się z Tobą dzieje i co robisz w tej właśnie chwili. Wmawiam sobie to wpatrując się w płomienie świec. Palą się prosto i równo. Będę jak one. Wyprostowana, spokojna, dumna i pewna swego. Niewzruszona. Niepowstrzymana.

I tylko gdzieś w środku zniechęcona na przyszłość....

Brak komentarzy: