Dziś pierwsza wizyta w nowej klinice... Dzień pełen wrażeń. Nie dość, że chodzę jak paralityk (nieszczęsne rozcięgna nadal atakują!) to dodatkowo mam kłopoty z koncentracją... A godzina wyjazdu zbliża się nieubłaganie. Powinnam się cieszyć, a tymczasem... Doszłam do wniosku, że boję się cieszyć... boję się mieć nadzieję... Najnormalniej w świecie boję się tchórzliwym strachem... Jakby ktoś tylko czekał na ten wątły płomyczek - by, gdy tylko się pojawi, ze złośliwym rechotem zdmuchnąć go.
Zastanawiałam się ostatnio, co mnie wkurzało przez cały czas leczenia. Doszłam do wniosku, że była to jedna rzecz. Bynajmniej nie chodzi o ciągłe pytania rodziny i znajomych - dało się z tym żyć. Ale ta ciągle powtarzająca się rada: "Wyluzuj się". Do tej pory zgrzytam zębami gdy usłyszę... Gdy uznajemy niepłodność za chorobę trudno jest zaakceptować takie słowa od lekarza. Czy jakikolwiek chory na cukrzycę, stwardnienie rozsiane czy nowotwór albo chociażby zwykłą grypę, w trakcie leczenia słyszy" Wyluzuj się"? Czy wszyscy zadręczają ich opowiastkami o osobach, które przestały myśleć o swojej chorobie i po wielu latach (ba, nawet dziesięciu!) wyzdrowiały?
A do tego dylemat na tle religijnym. Która z kobiet leczących się w kierunku niepłodności nie słyszała, że może Bóg nie chce żebyśmy miały dzieci? A my się faszerujemy lekami wbrew Jego woli? Której to nie przeszło przez myśl? To nie ułatwia walki i życia, i tak pełnego bólu i cierpienia. Gdy po latach bezsilnej batalii stajemy przed decyzja zapłodnienia in vitro, dowiadujemy się, że popełniamy grzech ciężki nie do wybaczenia. Tak bardzo pragnę mieć dziecko, a gdy robię wszystko co w mojej mocy nie mogę przyjąć komunii? Dlaczego nie mogę walczyć ze swoją chorobą z podniesioną głową, przy wsparciu lekarzy, Kościoła i znajomych? Czy to ciągłe miotanie się moralne i zadręczanie nie wpędza mnie w chorobę jeszcze bardziej?
Są jeszcze inne aspekty - takie objawy niepożądane - składowa leczenia - zupełnie niezależne i przychodzące ukradkiem. Pięknie opisano je w "Charakterach" :
"Owulacja palce lizać, plemniki jak pershingi - cieszy się ginekolog patrząc w ekran monitora - no to dziś wieczór do roboty. A za dwa tygodnie ciąża jak malowana. Mówi tak już od pięciu lat, odkąd Anna i Marek leczą się z powodu niepłodności. Anna przez rok mierzyła codziennie temperaturę. Każdy miesiąc to nowa szansa na dziecko. Lata lecą, oni już niemłodzi, trzeba dostosować się do rytmu leczenia i ciągle pilnować, kiedy jest ten najlepszy moment.
Niepłodność dotyka w Polsce co piątą parę. Rodzi depresję, lęk, wstyd, czasem wzajemne obwinianie się partnerów. Poddaje trudnej próbie życie seksualne. Wiele par skarży się: nie mamy już ochoty na seks.
Anna i Marek wychodzą od lekarza i już w samochodzie dochodzi do sprzeczki. "Właściwie nie wiadomo o co, o jakąś bzdurę." "Jest w tym jakaś prawidłowość' - myśli Anna.- To pewnie dlatego, że znowu przez dwa tygodnie będziemy żyć nadzieją" Wracają do domu. On włącza telewizor, ona zamyka się w kuchni. Oboje odwlekają moment pójścia do łóżka. Na seks nie mają kompletnie ochoty. Bo trzeba zrobić "na gwizdek". Ale muszą się przełamać, bo inaczej kolejny miesiąc zmarnowany. Anna nie pamięta, kiedy robili to z ochotą. A przecież kiedyś było inaczej. Seks sprawiał im tyle przyjemności. Marek zasypia przed telewizorem. Anna budzi go, z udręką w głosie mówi: chodź, musimy to zrobić.
Następnego dnia zwierza się przyjaciółce, jak bardzo oddalili się z mężem od siebie. Pożądanie stało się dla nich pustym słowem. Kiedy nie muszą współżyć, nie mają na to kompletnie ochoty. Czasem czuje, jakby nie byli w łóżku sami. Złości ją, że ktoś im mówi, kiedy się mają kochać. I podaje się, bo przecież chcą mieć dziecko.
Seks w służbie zajścia w ciąże rujnuje niejedno małżeństwo. Leczenie niepłodności ingeruje w pożądanie i intymność pary. Poczucie przymusu rodzi wściekłość, upokorzenie i bunt, że ktoś obcy ma kontrolę nad współżyciem. Pacjentki często mówią: wiem od początku, że nic z tego nie będzie, a jednak robię to. Ale organizm też buntuje się wobec przymusu.
Pomocy psychologiczna i terapia dla osób leczących się z powodu niepłodności ma na celu między innymi odbudowanie często zrujnowanego życia seksualnego, tak, aby przestało być traktowane jedynie jako sposób na posiadanie dziecka. Nieprzypadkowo do poczęcia dochodzi często podczas wakacji, albo wtedy, gdy para rezygnuje z walki o posiadanie dziecka, a seks odzyskuje swoje dawne znaczenie.
Krystynę od miesięcy prześladuje ten sam sen. Śni jej się, że idzie ulicą i zatrzymuje się przed wystawą z napisem "Drzewa owocowe". Przez szybę dostrzega swojego męża. On nie zauważa jej wpatrzony w młodą, uśmiechniętą kobietę. Kobieta, w przeciwieństwie do Krystyny, ma szerokie biodra, duże piersi. I Krystyna wie, że on właśnie wybrał tę kobietę na matkę swojego dziecka. I budzi się z krzykiem.
Od sześciu lat są małżeństwem. Pobrali się dwa lata po studiach. Wspólnie podjęli decyzję, że poczekają z dzieckiem. Wyjechali za granicę, by zarobić na własne mieszkanie. Po powrocie okazało się, że Krystyna nie może zajść w ciążę i czeka ją długie leczenie hormonalne. To był wstrząs. Nigdy nie należała do osób śmiałych i pewnych siebie. Teraz popadła w stan przygnębienia i apatii. Czuła się winna. Nigdy też nie była ulubienicą teściowej. Ta zarzucała jej zwlekanie z urodzeniem dziecka. Dawała tez do zrozumienia, że przy jej szczupłej sylwetce może nie być płodna. "Suche drzewa, które nie dają owoców, należy ścinać" - często powtarzała. Ten motyw pojawił się we śnie.
Krystyna nie czuje się w pełni kobietą, odkąd wie, że może nie być matką. Wszystko zaczęło ją drażnić, wybucha złością, albo potrafi przepłakać cały wieczór. Przestała spotykać się z koleżankami, zwłaszcza z tymi, które już są matkami. Obsesyjnie myśli o tym, że jest gorsza od innych kobiet, mało kobieca, zbyt chuda. Boi się, że maż ją opuści, bo nie urodzi mu dziecka. Mimo, że nigdy nie zarzucał jej tego, wręcz przeciwnie, troszczył się i współuczestniczył w leczeniu. Stała się wobec niego agresywna i odrzucająca. Na propozycje współżycia reaguje niechęcią albo złością. Zarzuca mu, że robi to z litości. Przecież bezpłodna kobieta nie może budzić pożądania. Jest pewna, że chciałby ją zostawić. Wcześniej ich życie seksualne układało się dobrze. Byli dobrana parą.
U kobiet, leczących się z powodu niepłodności, często zmienia się obraz ciała. Wydaje im się, że są mało kobiece, mniej atrakcyjne od innych kobiet i nie budzą już pożądania. Wierzą, że inni tak właśnie je spostrzegają. I zgodnie z tym wyobrażeniem zachowują się wobec partnera. Odrzucają go również seksualnie. Zdezorientowany partner często wycofuje się, co potwierdza obawy kobiety, że nie jest już atrakcyjna. Dopóki kobieta nie oddzieli sfery seksu i obrazu siebie jako kobiety od niemożności zajścia w ciążę, narażona jest na negatywne emocje, a w konsekwencji obniżenie popędu seksualnego.(...)
Pary leczące się z powodu niepłodności narażone są na pułapkę zniechęcenia seksem, traktowanym instrumentalnie. Niepłodność jest chorobą, a nie wyrazem braku kobiecości lub męskości."
Czy ktoś nas na to przygotował? Czy ktoś o tym mówił? Przez lata ten temat był tabu. Nawet próba rozmowy z własną rodziną bywa kwitowana: " a co ty opowiadasz? jesteś jeszcze młoda, masz czas... wyluzujcie się" i kółeczko się zamyka.
Tylko, że ja się nie chcę wyluzować... Ja najzwyczajniej w świecie chcę być matką... Jak mam sobie powiedzieć po latach nadziei i wiary, która gaśnie co miesiąc, że może warto zająć się czymś zupełnie innym?
Zastanawiałam się ostatnio, co mnie wkurzało przez cały czas leczenia. Doszłam do wniosku, że była to jedna rzecz. Bynajmniej nie chodzi o ciągłe pytania rodziny i znajomych - dało się z tym żyć. Ale ta ciągle powtarzająca się rada: "Wyluzuj się". Do tej pory zgrzytam zębami gdy usłyszę... Gdy uznajemy niepłodność za chorobę trudno jest zaakceptować takie słowa od lekarza. Czy jakikolwiek chory na cukrzycę, stwardnienie rozsiane czy nowotwór albo chociażby zwykłą grypę, w trakcie leczenia słyszy" Wyluzuj się"? Czy wszyscy zadręczają ich opowiastkami o osobach, które przestały myśleć o swojej chorobie i po wielu latach (ba, nawet dziesięciu!) wyzdrowiały?
A do tego dylemat na tle religijnym. Która z kobiet leczących się w kierunku niepłodności nie słyszała, że może Bóg nie chce żebyśmy miały dzieci? A my się faszerujemy lekami wbrew Jego woli? Której to nie przeszło przez myśl? To nie ułatwia walki i życia, i tak pełnego bólu i cierpienia. Gdy po latach bezsilnej batalii stajemy przed decyzja zapłodnienia in vitro, dowiadujemy się, że popełniamy grzech ciężki nie do wybaczenia. Tak bardzo pragnę mieć dziecko, a gdy robię wszystko co w mojej mocy nie mogę przyjąć komunii? Dlaczego nie mogę walczyć ze swoją chorobą z podniesioną głową, przy wsparciu lekarzy, Kościoła i znajomych? Czy to ciągłe miotanie się moralne i zadręczanie nie wpędza mnie w chorobę jeszcze bardziej?
Są jeszcze inne aspekty - takie objawy niepożądane - składowa leczenia - zupełnie niezależne i przychodzące ukradkiem. Pięknie opisano je w "Charakterach" :
"Owulacja palce lizać, plemniki jak pershingi - cieszy się ginekolog patrząc w ekran monitora - no to dziś wieczór do roboty. A za dwa tygodnie ciąża jak malowana. Mówi tak już od pięciu lat, odkąd Anna i Marek leczą się z powodu niepłodności. Anna przez rok mierzyła codziennie temperaturę. Każdy miesiąc to nowa szansa na dziecko. Lata lecą, oni już niemłodzi, trzeba dostosować się do rytmu leczenia i ciągle pilnować, kiedy jest ten najlepszy moment.
Niepłodność dotyka w Polsce co piątą parę. Rodzi depresję, lęk, wstyd, czasem wzajemne obwinianie się partnerów. Poddaje trudnej próbie życie seksualne. Wiele par skarży się: nie mamy już ochoty na seks.
Anna i Marek wychodzą od lekarza i już w samochodzie dochodzi do sprzeczki. "Właściwie nie wiadomo o co, o jakąś bzdurę." "Jest w tym jakaś prawidłowość' - myśli Anna.- To pewnie dlatego, że znowu przez dwa tygodnie będziemy żyć nadzieją" Wracają do domu. On włącza telewizor, ona zamyka się w kuchni. Oboje odwlekają moment pójścia do łóżka. Na seks nie mają kompletnie ochoty. Bo trzeba zrobić "na gwizdek". Ale muszą się przełamać, bo inaczej kolejny miesiąc zmarnowany. Anna nie pamięta, kiedy robili to z ochotą. A przecież kiedyś było inaczej. Seks sprawiał im tyle przyjemności. Marek zasypia przed telewizorem. Anna budzi go, z udręką w głosie mówi: chodź, musimy to zrobić.
Następnego dnia zwierza się przyjaciółce, jak bardzo oddalili się z mężem od siebie. Pożądanie stało się dla nich pustym słowem. Kiedy nie muszą współżyć, nie mają na to kompletnie ochoty. Czasem czuje, jakby nie byli w łóżku sami. Złości ją, że ktoś im mówi, kiedy się mają kochać. I podaje się, bo przecież chcą mieć dziecko.
Seks w służbie zajścia w ciąże rujnuje niejedno małżeństwo. Leczenie niepłodności ingeruje w pożądanie i intymność pary. Poczucie przymusu rodzi wściekłość, upokorzenie i bunt, że ktoś obcy ma kontrolę nad współżyciem. Pacjentki często mówią: wiem od początku, że nic z tego nie będzie, a jednak robię to. Ale organizm też buntuje się wobec przymusu.
Pomocy psychologiczna i terapia dla osób leczących się z powodu niepłodności ma na celu między innymi odbudowanie często zrujnowanego życia seksualnego, tak, aby przestało być traktowane jedynie jako sposób na posiadanie dziecka. Nieprzypadkowo do poczęcia dochodzi często podczas wakacji, albo wtedy, gdy para rezygnuje z walki o posiadanie dziecka, a seks odzyskuje swoje dawne znaczenie.
Krystynę od miesięcy prześladuje ten sam sen. Śni jej się, że idzie ulicą i zatrzymuje się przed wystawą z napisem "Drzewa owocowe". Przez szybę dostrzega swojego męża. On nie zauważa jej wpatrzony w młodą, uśmiechniętą kobietę. Kobieta, w przeciwieństwie do Krystyny, ma szerokie biodra, duże piersi. I Krystyna wie, że on właśnie wybrał tę kobietę na matkę swojego dziecka. I budzi się z krzykiem.
Od sześciu lat są małżeństwem. Pobrali się dwa lata po studiach. Wspólnie podjęli decyzję, że poczekają z dzieckiem. Wyjechali za granicę, by zarobić na własne mieszkanie. Po powrocie okazało się, że Krystyna nie może zajść w ciążę i czeka ją długie leczenie hormonalne. To był wstrząs. Nigdy nie należała do osób śmiałych i pewnych siebie. Teraz popadła w stan przygnębienia i apatii. Czuła się winna. Nigdy też nie była ulubienicą teściowej. Ta zarzucała jej zwlekanie z urodzeniem dziecka. Dawała tez do zrozumienia, że przy jej szczupłej sylwetce może nie być płodna. "Suche drzewa, które nie dają owoców, należy ścinać" - często powtarzała. Ten motyw pojawił się we śnie.
Krystyna nie czuje się w pełni kobietą, odkąd wie, że może nie być matką. Wszystko zaczęło ją drażnić, wybucha złością, albo potrafi przepłakać cały wieczór. Przestała spotykać się z koleżankami, zwłaszcza z tymi, które już są matkami. Obsesyjnie myśli o tym, że jest gorsza od innych kobiet, mało kobieca, zbyt chuda. Boi się, że maż ją opuści, bo nie urodzi mu dziecka. Mimo, że nigdy nie zarzucał jej tego, wręcz przeciwnie, troszczył się i współuczestniczył w leczeniu. Stała się wobec niego agresywna i odrzucająca. Na propozycje współżycia reaguje niechęcią albo złością. Zarzuca mu, że robi to z litości. Przecież bezpłodna kobieta nie może budzić pożądania. Jest pewna, że chciałby ją zostawić. Wcześniej ich życie seksualne układało się dobrze. Byli dobrana parą.
U kobiet, leczących się z powodu niepłodności, często zmienia się obraz ciała. Wydaje im się, że są mało kobiece, mniej atrakcyjne od innych kobiet i nie budzą już pożądania. Wierzą, że inni tak właśnie je spostrzegają. I zgodnie z tym wyobrażeniem zachowują się wobec partnera. Odrzucają go również seksualnie. Zdezorientowany partner często wycofuje się, co potwierdza obawy kobiety, że nie jest już atrakcyjna. Dopóki kobieta nie oddzieli sfery seksu i obrazu siebie jako kobiety od niemożności zajścia w ciążę, narażona jest na negatywne emocje, a w konsekwencji obniżenie popędu seksualnego.(...)
Pary leczące się z powodu niepłodności narażone są na pułapkę zniechęcenia seksem, traktowanym instrumentalnie. Niepłodność jest chorobą, a nie wyrazem braku kobiecości lub męskości."
Czy ktoś nas na to przygotował? Czy ktoś o tym mówił? Przez lata ten temat był tabu. Nawet próba rozmowy z własną rodziną bywa kwitowana: " a co ty opowiadasz? jesteś jeszcze młoda, masz czas... wyluzujcie się" i kółeczko się zamyka.
Tylko, że ja się nie chcę wyluzować... Ja najzwyczajniej w świecie chcę być matką... Jak mam sobie powiedzieć po latach nadziei i wiary, która gaśnie co miesiąc, że może warto zająć się czymś zupełnie innym?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz