Panna Melancholia dzisiaj usiadła na zapiecku obrażona faktem iż postanowiłam ją ignorować. Przesadza. Ja po prostu postanowiłam nie dać się wciągnąć jej roztrząsanie i dzielenie włosa na czworo. Gdyby miała ochotę zachowywać się jak normalny człowiek a nie rozhisteryzowana nastolatka, to z chęcią napiłabym się z nią herbaty i zagryzła ciasteczkiem imbirowym. Ale nie... ona ma swoje poglądy na życie. Niech więc sobie w dniu dzisiejszym siedzi na zapiecku i grzeje marudne ciałko. Ja wolę się krzątać śpiewając z The Pogues.
Opracowuję kolejny raport i robota pali mi się w rękach. Uśmiech nie złazi mi z gęby, co również mnie cieszy.
W ogóle wracam do pionu i chciałabym ten stan utrzymać jak najdłużej, ale nie mam wpływu na działanie jednostek aspołecznych, które dla własnej przyjemności będą próbowały wyprowadzić mnie z równowagi. Czy im się to uda to całkiem odmienna kwestia. Nie wątpię, że będą dokładali starań.
Na bezrybiu i rak ryba, więc chociaż moje ciało nadal domaga się tańca, a ja chwilowo nie mam możliwości zabezpieczyć tej potrzeby, to znalazłam alternatywę. Popołudnie będę spędzać z Agą na ćwiczeniach... Powinno się doskonalić swoje umiejętności prawda? Zapowiada się interesująco, bowiem tym razem na tapetę wzięłyśmy masaż... :-)))))))))))))))
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

4 komentarze:
Blog mile zaskakujący, pani Deo;). Panna Melancholia ostatnio też wkrada się do mojego domu, ale ja bezczelnie ją ignoruję. Trzeba być optymistycznie nastawionym do świata, prawda;)?
Będę tu zaglądać.
June
June, czy Ty wiesz że ja Cię za to "Pani Deo" powieszę za uszy? :P
Nie trzeba być optymistycznie nastawionym do świata, ale warto :)
oh nie. Nie wieszaj:D
już nie będę tak oficjalnie.
Prześlij komentarz