Sobota minęła pod znakiem: Nie-podchodź-do-mnie-bo-gryzę-a-jak-ugryzę-to-będziesz-cierpieć. Przynajmniej do popołudnia.
Rano zaspałam.
Biegusiem pognałam do fryzjera.
Czesanie.
Założyłam okulary, zerknęłam na zegarek i ponownie spojrzałam w lustro skrupulatnie ukrywając przerażenie.
Wróciłam do domu.
Wsadziłam głowę pod kran.
Uczesałam się sama.... Dziękuję...
Wieczorowy makijaż na mamie
Manicure, pedicure... mamy...
A ja? Jak zwykle w lesie.
Błyskawicznie nakręcone na wałki włosy i pośpiesznie robiony make-up.
Szybka jazda na Ursynów.
Makijaż panny młodej (hmmm.... )
Powrót w korkach...
45 minut na dokończenie robienia się na bóstwo i wyjście.
Szaleńcza jazda na Ursynów..
Dotarliśmy...
Odetchnęłam...
OD tej chwili moje życie nabrało barw. Kieliszek wina, pyszne jedzenie, przyjemna muzyka, świetne towarzystwo... Przyjęcie weselne wypełnione śmiechem i zero kłopotów. Uśmiech nie schodził mi z ust, aż mnie szczęka rozbolała. Wróciłam późno, z przyjemnym szumem w głowie i doskonałym humorem. Palcami musnęłam płatki róż z bukietu, który ofiarował mi Kris. Pachniały domem...
Tak samo i łóżko...
I on....
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz