Dzisiaj wyłączyłam telefony i postanowiłam odpocząć od świata, od ludzi i od samej siebie.
W piątkowy wieczór i sobotę mój dom przypominał dom wariatów, lecz w tym pozytywnym znaczeniu - po prostu było pełno ludzi. :) (niektórzy krzyczeli na mnie że wstaję, ale ileż można leżeć? ]:>) Piątkowa sesja przeciagnęła się do czwartej nad ranem, późniejsze wspólne usypianie z S. niewiele pomogło. Znów spałam w kratkę, too many minds i zbyt dużo niepewności. Sobota była istnym szaleństwem.
Ł. szykował się na randkę, to było zadziwiające doświadczenie, zaczęłam się zastanawiać czy ja szykuję się tak samo... Doszłam do wniosku, ze jestem gorsza :D Wybieram się jak sójka za może i przebieram 15 razy :D
Wizyta Raga jak zwykle wprawiła mnie w dobry nastrój i wywołała uśmiech. Dzięki Bogu, że tym razem powstrzymał się od łaskotek - tego mogłyby nie przetrwać moje żebra :P Za to nakarmił mnie kurczakiem w cieście (a może placuszkami z kurczakiem?), naumiał przepisu i będzie zbierał laury za mój maleńki sukces kulinarny wieczoru. I słusznie. Należy mu się chwała.
Następnie wpadł Dziki. Nie widziałam go ze 4 lata, ale nie zmienił się wiele. Wspólnymi siłami ograliśmy Raga w szachy. No dobrze, to Dziki go ograł, a właściwie uratował beznadziejną moją grę i w ostatecznym rozrachunku zadał szacha & mata. Chylę czoła, bo się należy!
A potem zaczął się ukochany dom wariatów obejmujący smażenie placków, oglądanie Mamma Mia! i sesję. Telefony wyciszyłam, co było doskonałym pomysłem. Niestety poddałam się ostatecznie w okolicy piątej nad ranem, zmęczenie wzięło górę. Kochana zgraja grała dalej, a ja osunęłam się w ramiona Morfeusza, wtulona w pysk Stefana (uwielbiam tego owca! ;) )Nie wiem, o której godzinie ich wypuściłam, nie wiem o której godzinie wrócił Ł., nie wiem czy zadzwonił budzik... Chyba odruchowo, kładąc się, zadzwoniłam do S. ale nie wiem... Grunt, że wstałam nieprzytomna i oczekując na moją madre starałam się wyglądać mądrze i zabawiać konwersacją brata Ł. z dziewczyną, którzy to wpadli z wizytą, składając ofiarę naszej lodówce (mmmmm.... pierrrrogi z miętą)
Pojechałyśmy z madre do dziadka. Jak zwykle wizyta u niego powoduje u mnie dysonans i chęć ucieczki od wszystkich. (Te rozmowy o prostacie.... O.O)
Wyłączyłam telefony po powrocie, łyknęłam Persen i walnęłam się ze Stefanem do łóżka. A sen nie nadchodził... Płakałam z bezsilności. W końcu zawlokłam się pod prysznic. W akcie desperacji włączyłam telefon mając nadzieję, że zadzwoni ktoś kto mnie wkurzy. Niebiosa były łaskawe :P
Potem SMS od Raga i w niedługim czasie, zaopatrzona w składniki do spagetti z pesto, podążałam w kierunku Powiśla. Znów wyłączyłam telefony. To zadziwiające, że Rag wykracza poza granice jakie wyznaczam ludziom, gdy od nich odpoczywam, ale przecież ustaliliśmy, że nie jest człowiekiem :p Krótkie zakupy w pobliskim sklepie i raczyliśmy się makaronem z zielskiem i pestkami słonecznika (absolutnie "dietetyczne"-.-'). Wieczór obfitował w rozmowę o życiu i dowiadywanie się różnych ciekawostek (już wiem, że mężczyźni mają punkt G! Buahahahaha :D:D:D:D). Zaczęłam go traktować jak przyjaciela i starszego brata (no dobra... o wieku ani słowa bo zadźgam patyczkiem do lodów!). I wiem, że nawet jak mnie wkurza czasem, to i tak w ostatecznym rozrachunku poprawia mi humor. I uświadamia pewne rzeczy (albo sama je sobie uświadamiam po rozmowie z nim). Jak na przykład to, że w S. byłam zakochana od samego początku. Albo to, że mam syndrom żeńskiego odpowiednika księcia na białym koniu. Zapomniałam o tym co mnie boli, zapomniałam o tym co nie daje mi spać, zapomniałam o strachu i niepewności. Wiem, że mogę przestać czasem udawać silną i niezależną i dać sobie otworzyć drzwi albo podać płaszcz. Nie umrę od tego, a takie drobnostki mogą być przyjemne. I zadziwiająco są. Wiem, że bez względu na to co się stanie, mam przyjaciół, którzy mnie podniosą gdy upadnę. I cieszę się, że przypominają mi o tym. Odprężona wróciłam do domu i padłam spać. Znów śnił mi się wypadek, ale tym razem przynajmniej nie rzucałam się po łóżku i przespałam całą noc wsłuchana w Dougana.
S. dzwonił. Dzisiaj przysłał sms. Już wie... Powie dopiero jak przyjedzie. Nie lubię niepewności ale wytrzymam. To jedynie dwa tygodnie i wszystko będzie prostsze, bo jasne. Skoro znalazł już swoją odpowiedź, to ja dostanę swoją. Serce mi do tego czasu nie wyskoczy, a potem już będę wiedziała co zrobić.
Do tego czasu nie będę nad tym gdybać. Do tego czasu pozwolę sobie na drobne przyjemności takie jak popołudniowy spacer w parku w liściach po kostki, albo kostka mlecznej czekolady rozpływającej się w ustach, albo zapach róż zamknięty w jednym płatku... Bo te drobnostki się liczą. Tak jak liczy się jeden uśmiech, który rozjaśnia zmęczoną twarz...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz