Kołyszę się na nitce nieokreślonych pragnień a góry płoną od niewypowiedzianych myśli....
Jestem jeszcze bardziej ruda. Dwa tygodnie w górach zrobiły swoje, bo złapałam pion i trzymam fason. Oddycham już bez przeraźliwego bólu w klatce i zasypiam spokojna. Koszmary minęły. Bez oddechu Kudłatego. Jak widać potrafię radzić sobie sama ze swoimi lękami.
Wczoraj konferowałam z Agunią do północy, dawno nie rozmawiałyśmy tak radośnie. Ma rację, odzyskuję równowagę i dystans, którego ostatnio mi brakło. Cieszę się z tego niezmiernie z tego powodu.
Afirmacja powoli zaczyna działać. Jestem zmianą, jestem transformacją. Jestem sobą, ale inną. Moje wiedźmowanie będzie silniejsze bo ja jestem silniejsza. Poza tym mieszkam z Wilkołakiem, a to też nie pozostaje bez odzewu ;-)))))
Przede mną kilka spraw do załatwienia, ale podchodzę do nich już ze spokojną głową, bez histerii i nadinterpretowania, bez zbędnych emocji.
Jeżeli coś pójdzie nie po mojej myśli, już nie wpadnę w panikę, bo mam wyjście awaryjne. Niezbyt szczęśliwe, ale dobre dla mnie w ostatecznym rozrachunku. Postanowiłam chronić swoje serce i duszę, bo mam tylko je.
Odnajdowanie siebie i harmonia z samym sobą nie jest egoizmem. Jest równowagą. :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz