Drążą mnie trzy krople. Drążą jak skałę a ja boję się, że mnie pokonają.
Pierwsza...
Koszmary wróciły... Wiem, że to przez nagromadzenie emocji, których nie umiem rozpuścić w sobie, w żaden sposób odreagować.
W nocy znów realistyczny sen, w którym ktoś chciał mi zrobić krzywdę a ja nie mogłam krzyczeć, zawołać. Najstraszniejsze jest właśnie to, że nie mogę wydobyć z siebie głosu, krzyk wzbiera we mnie i rozsadza zblokowane struny głosowe. Nawet jednego chrapliwego oddechu... Nic.
Obudziłam się spłakana. Na szczęście bez spazmów jak ostatnim razem... Głos Kudłatego w telefonie wyciszał i koił, odganiał złe sny. Muszę się nauczyć jak sobie radzić z koszmarami... Kudłaty nie zawsze będzie w zasięgu, a ja nie wiem co robić gdy wybudzam się przerażona w środku nocy a wokół jest pustka. Nie będę przecież wydzwaniała wtedy do ludzi. Boję się zasnąć...
Druga...
Poczucie winy podstępnie zakrada się i atakuje zawsze wieczorami, gdy szykuję się spać. Czuję się winna marnowania ludziom życia, osaczania ich, przyzwyczajania do mnie i uzależniania... A. powiedziała mi kiedyś, że powinnam skończyć z uzależnianiem od siebie ludzi, z przyzwyczajaniem ich do tego, ze jestem. Roześmiałam się wtedy bo nie zauważyłam nic takiego, ale rzeczywiście tak jest... To znaczy uzależnienie to zbyt wielkie słowo, przyzwyczajam ludzi do tego, że jestem. A potem nagle znikam... Niektórzy ciężko to przechodzą... A ja znikam gdy czuję, że się narzucam albo zaczynam przeszkadzać i męczyć.
X powiedział że go rozkochałam w sobie. Żartował, ale czy do końca? Nie planowałam tego, nie chciałam... po prostu tak się zdarzyło, a ja przez te jego żarty zastanawiam się czasami czy aby nie czuje się przez to skrzywdzony. Przecież to komplikuje wszystko...
K.... to największy problem. I z jego powodu poczucie winy jest najsilniejsze. Często mówił, że beze mnie jego życie straci sens. A teraz? Ja odchodzę. Martwię się o to co z nim będzie. Nie boję się, że coś sobie zrobi, jest na to za silny, za rozsądny, za mądry. Martwię się, że tak go zranię iż nikomu więcej nie zaufa. Czuję się winna zawiedzionego zaufania właśnie. Bo odchodzę, zostawiam mimo iż mówiłam że będę zawsze... Ranię. Inni cierpią. Poczucie winy mnie zjada. Właśnie za to cierpienie nałożone na innych. TO wszystko trudno wyjaśnić, trudno zrozumieć. Zdaję sobie sprawę, że ktoś czytający i patrzący na to z boku może mieć niezły ubaw i ni w ząb tego nie rozumieć. Ja rozumiem i dla mnie to wystarczy. Trudno mi jest nagle przestać się przejmować innymi, gdy przez całe życie właśnie tak robiłam: przejmowałam się tym co inni czują, myślą, widzą... Teraz uważam że to co ja chcę jest najmniej ważne i nie zasługuję na to. Wychodzi mi to już bokiem...
Trzecia...
Trzy S.
Samotność, strach, samookaleczenie.
Samotność i strach wiążą się ze sobą, jedno wynika z drugiego. Samookaleczenie jest konsekwencją obu.
Samotność... - kompletny brak kogokolwiek. Zero. Nul. Pustka. Nie chodzi mi o brak fizyczny, w końcu mam przyjaciół, rodzinę... Chodzi mi o ten rodzaj samotności, który narzucam sobie sama - izolację. Izoluję się od ludzi bo się boję. Kolejnego zranienia, tego że ja zranię, że zacznę się narzucać i być upierdliwa, że ktoś zacznie mnie osaczać, nadmiernie kontrolować. Naprawdę jestem emocjonalnym tchórzem - boję się uczuć. Boję się wypuścić je na zewnątrz, takie nieokiełznane, burzliwe, intensywne. Boję się że mogą wszystkich dokoła wystraszyć wpychając mnie tym samym w jeszcze większą izolację. Błędne koło.... Mówiąc o samookaleczeniu nie mam na myśli wypalania sobie dziur, cięcia się czy innego rodzaju kaleczenia fizycznego. Stać mnie przecież na więcej... ja się sama okaleczam psychicznie, nadinterpretując t,o co mnie dotyka, wyobrażając sobie najgorsze scenariusze, odpychając tych, na których mi najbardziej zależy... Wmawiając sobie że na nic nie zasługuję, że nie ma we mnie nic wartościowego. Podświadomie wiem, że to bzdury ale nadal wmawiam to sobie z uporem wariata. Powiększam swoja własną emocjonalną schizofrenię... I nie pozwalam sobie pomóc, chociaż w głębi mnie wszystko krzyczy: Pomóż mi! Nieliczni mają cierpliwość żeby się przez to przebijać. Boję się, że i im zabraknie cierpliwości.
Trzy krople drążące mnie jak skałę.
Czy pokonam je? Bez pomocy nie dam rady, ale nie umiem już o pomoc prosić, a jasnowidzów jak na lekarstwo...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz