Dzisiaj był kolejny termin egzaminu. Uczyłam się, byłam przygotowana, zadowolona wsiadłam do samochodu z J. i pojechaliśmy.
Na egzamin nie dotarłam...
Zamiast tego zwiedziłam szpital na Stępińskiej, gdzie zostałam przebadana i puszczona do domu po kilku godzinach. J. zostawili na obserwacji do jutra. Samochód odholowali. Ja wyszłam z tego jedynie z kilkoma bladymi sińcami, bólem żeber i kręgosłupa. Dzieciakowi, który wyskoczył nam przed koła nic się nie stało. Każdy z nas ma jakiegoś Anioła Stróża...
Nie cierpię jesieni. Nie znoszę mokrych dróg. Gdy pomyślę jak się to mogło skończyć, robi mi się słabo...
Odnoszę wrażenie, że nie będę chciała widzieć Ujazdowskich jeszcze przez jakiś czas... Nerwy odpuszczają mi dopiero teraz, tak samo jak leki przeciwbólowe. Strasznie bolą mnie żebra, ale nic dziwnego. Po zetknięciu z poduszką powietrzną mają prawo. Swoją drogą błogosławię się za grube ubranie i za to że mnie nie połamało. Uderzenie nie było zbyt wielkie, bo nie jechaliśmy aż tak szybko, ale wrażenie cholernie nieprzyjemne.
Mam ochotę zwinąć się w kłębek i wtulić w czyjeś ramiona, usłyszeć, że już jestem bezpieczna i wszystko jest ok, ale nikogo nie ma. W domu pusto, mogę się przytulić jedynie do Stefana - pluszowego owco-barana przywiezionego z Zakopanego.
Odczuwam ogromną potrzebę żeby ktoś mnie odrobinkę porozpieszczał dzisiaj, tak po prostu... Podał herbatę, pogłaskał po głowie, przykrył kocem....
Tęsknię.
S. nic nie wie. Tak samo jak Ł, jednak ten drugi za chwilę wróci i będę musiała mu powiedzieć czemu snuję się jak paralityk ;) Czuję się jak pensjonariusz na turnusie dla geriatyków :)
Najważniejsze, że nic mi nie jest. To sobie powtarzam od rana. Najważniejsze, że J. nic nie jest. I że ten gnojek jest cały...
Mam Anioła Stróża...
Zadziwiające, że zwątpiłam już w jego istnienie.
A jednak jakiegoś mam...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz