Zasypiałam spokojna, wsłuchana w oddech, wsłuchana w ciszę. Było mi dobrze... Obudziłam się z uśmiechem, wyspana snem bez koszmarów, wyspana kolorem niebieskim jak prześcieradło Kudłatego... Zdarzenia wczorajszego dnia, płacz i to że upiłam się jednym piwem z nerw, nie miało dzisiaj znaczenia. Nie chcę nawet wspominać o wczorajszym wieczorze. Rozmowa z Krisem była ciężka, bolesna, trudna... i będzie odbijać się echem jeszcze długo na strunach moich emocji. Chcąc zapłacić za swoją kawę usłyszałam że chociaż raz na jakiś czas mogłabym dać mu się poczuć facetem. Przełknęłam gulę w gardle, bo co to miało znaczyć? Że do tej pory przy mnie nie czuł się facetem? Pięknie...
Rano odebrałam maila i z powodu głupiego żartu nerwy znów mi pękły, a cierpliwość i opanowanie rozsypały się w drobny mak. Kudłaty zadzwonił nie w porę, więc chociaż jego telefon wywołał na mojej twarzy uśmiech, to w ciągu 5 minut zepsułam humor i jemu i sobie... Czym? Swoimi głupimi pytaniami, swoją niepewnością, swoimi kompleksami. Nieufnością... Skoro dzwoni to znaczy, ze chce mnie usłyszeć, prawda? To przecież oczywiste, a ja idiotka, pytam po co dzwoni - a pytam bo chcę usłyszeć, że chciał ze mną porozmawiać.
Teraz jak nigdy potrzebuję słyszeć, że jestem potrzebna, ważna i miło się ze mną spędza czas. A tymczasem sprawiam, że człowiekowi odechciewa się nawet ze mną rozmawiać. Muszę się wziąć w garść i przestać mówić co myślę a zacząć mysleć co mówię, bo póki co mówię durnie. A tymczasem chciałabym powiedzieć mu z głębi serca: Taim i' ngra leat...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz