Spokojna atmosfera Polanicy pomaga, bo w głowie nie mam już bajzlu. Odetchnęłam głęboko i już wiem co muszę zrobić. Moje tchórzostwo uwiera, ale nie dam lękom rządzić moim światem i życiem.
Nie mam prawa nikogo oszukiwać, nawet samej siebie. Nie zasługuję na trwanie w wygodnictwie i kłamstwie, nie mam też prawa narażać na to nikogo innego.
Zaczęłam czytać książkę "Eat. Pray. Love" i wyłam. Jakbym czytała o sobie miejscami. Po prostu jakby ktoś otworzył mój pamiętnik i żywcem spisał moje przeżycia i uczucia, moje rozterki. Szczególnie z ostatnich miesięcy....
Znów jestem ruda i znów zapuszczam włosy, zupełnie jakbym chciała zatoczyć koło i zamknąć cykl. Zaczęło się wszystko gdy miałam długie włosy w rudym kolorze.
Nie wiem czy nie będę żałować podjętej decyzji, ale wiem że nie mogę jej nie podtrzymać albo nie podjąć działania. Nie mogę. Po prostu wiem. Jeżeli zostawię wszystko tak jak jest to albo zwariuję do końca albo skoczę z mostu. To też wiem.
Chcę złożyć pozew o rozwód. Powiem K. jak tylko wrócę. To jedyna słuszna decyzja. Nie można tkwić w zawieszeniu. Trudno jest być z kimś kogo jednocześnie się kocha (na swój sposób) i nie jest się go w stanie znieść.
Nawet założywszy, że do końca życia będę sama nie umiałam się przekonać do pozostania przy nim. Żadne z nas na to nie zasłużyło.
Byłoby łatwiej gdybym go nienawidziła, ale nie umiem, nie potrafię. Jest za dobrym człowiekiem. Nie będę pisać dlaczego z nim nie chcę być, dlaczego nie mogę. To zbyt osobiste i zbyt bolesne. Nie będę pisać dlaczego go kocham i chciałabym zostać. Nie będę opisywać jego wad ani zalet.
Będzie ciężko. Wiem, że zapanuje poczucie pustki i porażki. Ogromnej porażki. Wiem, że przyjdzie moment na rozpacz i depresję. Na poczucie winy i straty. Wiem, że przyjdzie samotność. Wiem, że mogę stać się nieznośna i marudna. Wiem, że... dużo wiem.
W tej chwili czuję się jak emocjonalnie upośledzony karzeł z dzwonnicy. Emocjonalny ślepiec. Życiowa łamaga.
Czuję, że spieprzyliśmy oboje na całej linii i wiem, że jest już za późno by cokolwiek łatać. Materiał jest zbyt wiekowy i drze się wszędzie.
Mam trzydzieści lat i życie wali mi się na łeb. Na własne życzenie.
Mam trzydzieści lat i zaczynam od nowa.
Mam trzydzieści lat i nie mam nic poza sobą.
Obecnie przechodzę moment użalania się nad sobą, a jednocześnie drażni mnie każdy przejaw litowania się nade mną. Frustruje mnie krytyka i niezrozumienie, a jednocześnie nie daję nikomu nawet zbliżyć się do tego co tkwi głęboko we mnie. Emocjonalny chaos...
Ciężko idzie mi akceptacja i zrozumienie. Ciężko mi zaakceptować to co wiem i co tkwi głęboko na dnie Serca: że jestem warta miłości i zasługuję na szczęście, że jestem kimś wartościowym, że to co się dzieje jest bolesne, ale ból minie, że krzywdziłabym bardziej zostając i tkwiąc w tej matni.... Że odrodzę się i nie stracę oddechu.... Że nadal będę umiała kochać i czuć.... Że nadal będę pełna ciepła i optymizmu.
A przede wszystkim, że nie zrażę do siebie tych, którzy mnie kochają. Że nie stanę się w ich oczach emocjonalnym debilem i zgorzkniałą jędzą.
Ogarnia mnie czarne poczucie życiowego tsunami, które niszczy wszystko.
Ale przecież jest Afirmacja, która przyszła do mnie.
Przypominam sobie o niej...
"Jestem Feniksem zrodzonym z popiołów i płomieni..."
Widocznie ziemia wokół mnie już zaczyna płonąć. Powinnam zamiast użalać się, zaczerpnąć siłę z ognia i dać się spopielić. A potem powstać...
Modlę się o siłę.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarz:
Ta książka widać ma działanie terapeutyczne na wszystkich czytających, choć przyznaję że mnie przekonuje tylko część o Włoszech :)
Prześlij komentarz